29.08.2025, 08:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2025, 08:53 przez Rodolphus Lestrange.)
Uśmiechnął się kącikiem ust. Mimo że wróżbiarstwo było dość popularną dziedziną magii (chociaż on sam nie uważał tego za "dziedzinę"), to wciąż obracał się w kręgach, które uważały to za banialuki. I dobrze, bo chyba przetrąciłby sobie gałki oczne, przewracając oczami na pierdolenie wróżbitów. Wyjątkiem był, oczywiście, Alexander Mulciber. Jedna jego wróżba się sprawdziła, chociaż nie tak, jak powinna. Drugą osobą był Morpheus, lecz jego wróżba... Cóż, była zawieszona w próżni. W końcu Lestrange jeszcze żył, prawda? Więcej zaufania miał jednak do młodej Greybackówny, która zdążyła mu kilka razy pomóc, niż Longbottoma.
- Trudno zapomnieć o naszym przyjacielu - niby powiedział to z przekąsem, ale w gruncie rzeczy lubił Alexandra. Był pierdolnięty, na dodatek był Mulciberem - a Rodolphusa ewidentnie ciągnęło do tego połączenia. Kolejną niewątpliwą zaletą Niewymownego Cygana było jego zamiłowanie do wykonywania rozkazów. Robił to w okrutny, pasujący Rolphowi sposób - a czy mu się to podobało, czy nie, to była sprawa drugorzędna. - Wyślij mu tę kartę z pałkami i ją opisz, może dostanie wylewu i przestanie gadać.
Gdy Stanley zgarnął monety, nawet nie mrugnął. Miał ich przy sobie tyle, że mogliby grać całą noc, a jego skrytka by nie ucierpiała ani trochę. I to jego własna, a nie rodzinna. Lestrange nie miał co robić z pieniędzmi, bo miał naprawdę małe wymagania, jeżeli chodzi o życie i jego poziom. Nie potrzebował luksusów, a tak właściwie to nawet ich nie chciał: wierzył, że człowiek w luksusie stawał się zgnuśniały i nieostrożny.
- Alexander zawsze bredzi pod nosem - zauważył, sięgając dłonią po dementorka. Ten mały gnój chyba za bardzo się poczuwał, bo usiadł na skraju biurka i zaczął udawać, że pali niedopałek, ewidentnie co jakiś czas zerkając na Staneya, jakby się z niego naigrywał. Gdy figurka zobaczyła Rodolphusową dłoń, która ku niemu szybowała, rzucił peta i uniósł się w powietrze, żeby przysiąść na głowie Stanleya. Wydał z siebie cichy syk, podobny do syczenia kota, a potem umościł się we włosach Borgina. - Zdrajca.
Mruknął w jego stronę, ale bez żalu. To tylko nieznośna papierowa figurka dementora, pech chciał że trafił na najbardziej złośliwą z całego zestawu. Dementorek pokazał mu kościstego faka w odpowiedzi.
- Masz 6, dałbym więcej, ale skoro to takie proste, to musimy zacząć być przesądni. Więcej mogłoby przynieść pecha - zauważył niewinnie, wyciągając kolejne monety z kieszeni. Przesunął je po stole w kierunku Borgina. - Jak myślisz, będziemy dawać ministerstwu czas na oddech, czy niedługo spadnie na nas kolejne zadanie?
Lestrane przetasował karty i wyciągnął ze stosika jedną. Po pożarach w Londynie nastała cisza, a wszyscy lizali rany. Według niego to był najlepszy czas, by uderzyć ponownie, ale zarówno Louvain, jak i Mistrz, milczeli.
- Człowiek z talerzem. Czeka mnie zmywanie garów - zawyrokował. - To wróżbiarstwo to jakieś pierdolenie, mam od tego skrzata.
Chyba że akurat dzisiaj go nie było, nie miał go na własność, bo nie zniósłby, gdyby ktokolwiek pałętał mu się po domu.
- Trudno zapomnieć o naszym przyjacielu - niby powiedział to z przekąsem, ale w gruncie rzeczy lubił Alexandra. Był pierdolnięty, na dodatek był Mulciberem - a Rodolphusa ewidentnie ciągnęło do tego połączenia. Kolejną niewątpliwą zaletą Niewymownego Cygana było jego zamiłowanie do wykonywania rozkazów. Robił to w okrutny, pasujący Rolphowi sposób - a czy mu się to podobało, czy nie, to była sprawa drugorzędna. - Wyślij mu tę kartę z pałkami i ją opisz, może dostanie wylewu i przestanie gadać.
Gdy Stanley zgarnął monety, nawet nie mrugnął. Miał ich przy sobie tyle, że mogliby grać całą noc, a jego skrytka by nie ucierpiała ani trochę. I to jego własna, a nie rodzinna. Lestrange nie miał co robić z pieniędzmi, bo miał naprawdę małe wymagania, jeżeli chodzi o życie i jego poziom. Nie potrzebował luksusów, a tak właściwie to nawet ich nie chciał: wierzył, że człowiek w luksusie stawał się zgnuśniały i nieostrożny.
- Alexander zawsze bredzi pod nosem - zauważył, sięgając dłonią po dementorka. Ten mały gnój chyba za bardzo się poczuwał, bo usiadł na skraju biurka i zaczął udawać, że pali niedopałek, ewidentnie co jakiś czas zerkając na Staneya, jakby się z niego naigrywał. Gdy figurka zobaczyła Rodolphusową dłoń, która ku niemu szybowała, rzucił peta i uniósł się w powietrze, żeby przysiąść na głowie Stanleya. Wydał z siebie cichy syk, podobny do syczenia kota, a potem umościł się we włosach Borgina. - Zdrajca.
Mruknął w jego stronę, ale bez żalu. To tylko nieznośna papierowa figurka dementora, pech chciał że trafił na najbardziej złośliwą z całego zestawu. Dementorek pokazał mu kościstego faka w odpowiedzi.
- Masz 6, dałbym więcej, ale skoro to takie proste, to musimy zacząć być przesądni. Więcej mogłoby przynieść pecha - zauważył niewinnie, wyciągając kolejne monety z kieszeni. Przesunął je po stole w kierunku Borgina. - Jak myślisz, będziemy dawać ministerstwu czas na oddech, czy niedługo spadnie na nas kolejne zadanie?
Lestrane przetasował karty i wyciągnął ze stosika jedną. Po pożarach w Londynie nastała cisza, a wszyscy lizali rany. Według niego to był najlepszy czas, by uderzyć ponownie, ale zarówno Louvain, jak i Mistrz, milczeli.
Rzut Tarot 1d78 - 56
Paź Denarów
Paź Denarów
- Człowiek z talerzem. Czeka mnie zmywanie garów - zawyrokował. - To wróżbiarstwo to jakieś pierdolenie, mam od tego skrzata.
Chyba że akurat dzisiaj go nie było, nie miał go na własność, bo nie zniósłby, gdyby ktokolwiek pałętał mu się po domu.