24.08.2025, 14:07 ✶
Nie dało się ukryć, że słowa, które padły z moich ust, nie były rzucone mimochodem, każda głoska niosła ze sobą ciężar stanowczości, której nie starałem się łagodzić. Brwi miałem ściągnięte, spojrzenie utkwione w niej - jedno z tych, które zostawiały mało miejsca na dyskusję. Wiedziałem, że rozumiała, co chcę przekazać, i że nie potrzebowała więcej wyjaśnień. Stanowczość w moim głosie nie była przypadkiem - dokładnie tak zamierzałem podkreślić każde słowo, żeby nie miała wątpliwości co do tego, jak bardzo zależy mi na tym, by sprawa wyglądała właśnie tak, a nie inaczej. Zmarszczone brwi, spojrzenie zawieszone na niej nie były grą, raczej czymś naturalnym, co wymknęło się spod mojej kontroli. Prue jednak nie należała do kobiet, które łatwo przyjmują takie gesty. Widziałem, jak odruchowo reaguje, niemal natychmiast włączał jej się ten nawyk samowystarczalności, dla niej kupno sukienki nie stanowiło żadnego problemu, nawet gdyby miała wydać fortunę - przywykła do tego, że sama radziła sobie ze wszystkim.
Widząc, jak szarpie się wewnętrznie, poczułem coś pomiędzy zrozumieniem a cichą frustracją. Znałem ją już na tyle, by wiedzieć, że każdy taki krok, „odpuszczenie” było dla niej czymś więcej niż błahostką. To nie była kwestia sukienki, ani galeonów, ani absurdalnej ceny, którą i tak z chęcią bym zapłacił. To było o tym, by pozwoliła mi na coś nietypowego dla niej, żeby przestała się chować za zbroją samowystarczalności, choćby na chwilę. Nie chciałem jej niczego odbierać, nie zamierzałem wchodzić z butami w tę niezależność, którą pielęgnowała od lat, ale równocześnie nie miałem zamiaru udawać, że dla mnie to wszystko było obojętne.
Obserwowałem, jak w jej oczach rodzi się wewnętrzny opór, a potem powoli zaczyna mięknąć. Wiedziałem, że biła się z myślami, i mogłem się tylko domyślać, jak trudne to było dla niej - balansować pomiędzy swoją niezależnością a akceptacją faktu, że skoro byliśmy razem, to chciałem od czasu do czasu wziąć coś na siebie. Chciałem dawać, nie dlatego, że musiałem, ale dlatego, że byłem jej mężczyzną - nawet, jeśli tylko na kilka chwil. Patrzyłem na nią w milczeniu, widząc, jak długo ważyła w myślach każdą stronę tej sprawy, i jak bardzo musiała przełamać samą siebie, by w końcu wypowiedzieć to krótkie „dobrze, niech ci będzie”. Widziałem, że to nie przyszło jej łatwo, ale właśnie dlatego miało dla mnie większą wartość niż sama kreacja, o którą poszło. To nie był spór o materiał czy galeony, tylko o zaufanie, o pozwolenie, bym mógł zrobić dla niej coś od siebie. Wiedziałem, że to była kwestia wpuszczenia mnie trochę głębiej, przyzwolenia, żebym zrobił coś, co przecież przyszło mi naturalnie. Zwycięstwo? Nie. Bardziej znak, że uczyliśmy się kompromisowania, krok po kroku.
Słuchałem dalej jej słów, jej próby obrony - tego, że chciała, żebym pamiętał, iż sama również była gotowa to zrobić. Nie było w tym dumy ani chłodu - raczej potrzeba, bym zrozumiał, że nie chodziło o żadne profity. Dla niej liczył się czas, zrozumienie - to, co budowaliśmy razem. Kiwnąłem głową, rozumiałem to, sukienka była tylko symbolem.
- Lubię na ciebie patsześ, Plue. - Odpowiedziałem, wzruszając ramionami, jakby to była najprostsza rzecz pod słońcem. Wiedziałem, że zabrzmiało to jak unik, mogła uznać to za ucieczkę od sedna sprawy, ale nie mogłem powiedzieć inaczej, bo to - tak w gruncie rzeczy - była prawda, nawet jeśli nieco nieporadna, a ja już nie chciałem się z nią dłużej kłócić. Bardzo lekko pokręciłem głową, samemu rozbawionym własną odpowiedzią, uśmiechnąłem się pod nosem, i potarłem kark, jakbym w ten sposób mógł rozładować resztki napięcia.
- Muszę wziąś plysznic, przeblaś szię w coś suchego i coś zjeść, to był długi dzień. - Mruknąłem, czując, że taka prozaiczna czynność może odsunąć nas od powagi tej rozmowy. Nie oznaczało to końca tematu, raczej krótką pauzę, której oboje mogliśmy potrzebować. Zatrzymałem na niej spojrzenie jeszcze na moment, szukałem potwierdzenia, że jest w porządku. - A ty… Jadłaś coś, zanim wlóciłem? - Zapytałem spokojniej, miękko. - Czy mosze miałabyś ochotę dotszymać mi towaszystwa pszy… Niepszyzwoicie późnej kolacji? - Dodałem z lekkim uśmiechem, świadom, że godzina zdecydowanie nie sprzyjała jedzeniu.
Spoglądałem na nią jeszcze przez chwilę, ale zamiast faktycznie ruszyć w stronę łazienki czy kuchni, obie moje dłonie same z siebie znów odnalazły jej talię. Zaplotłem je mocniej, przyciągając ją zdecydowanie do swojej piersi. Czułem, jak całe napięcie, które krążyło między nami od początku tej rozmowy, nagle znalazło ujście. Pochyliłem się, nie dając jej szansy na jakikolwiek sprzeciw, i zamknąłem jej usta pocałunkiem. Nie jednym. Pierwszy był ciężki od tego wszystkiego, co nie zostało powiedziane. Drugi - odrobinę bardziej miękki, jakby dawał jej przestrzeń, by poczuła, że to nie walka, a coś znacznie delikatniejszego. Trzeci… Trzeci zatrzymał mnie już całkiem, sprawił, że odsunąłem się tylko po to, by odetchnąć i wrócić do niej znów, jeszcze bliżej.
Widząc, jak szarpie się wewnętrznie, poczułem coś pomiędzy zrozumieniem a cichą frustracją. Znałem ją już na tyle, by wiedzieć, że każdy taki krok, „odpuszczenie” było dla niej czymś więcej niż błahostką. To nie była kwestia sukienki, ani galeonów, ani absurdalnej ceny, którą i tak z chęcią bym zapłacił. To było o tym, by pozwoliła mi na coś nietypowego dla niej, żeby przestała się chować za zbroją samowystarczalności, choćby na chwilę. Nie chciałem jej niczego odbierać, nie zamierzałem wchodzić z butami w tę niezależność, którą pielęgnowała od lat, ale równocześnie nie miałem zamiaru udawać, że dla mnie to wszystko było obojętne.
Obserwowałem, jak w jej oczach rodzi się wewnętrzny opór, a potem powoli zaczyna mięknąć. Wiedziałem, że biła się z myślami, i mogłem się tylko domyślać, jak trudne to było dla niej - balansować pomiędzy swoją niezależnością a akceptacją faktu, że skoro byliśmy razem, to chciałem od czasu do czasu wziąć coś na siebie. Chciałem dawać, nie dlatego, że musiałem, ale dlatego, że byłem jej mężczyzną - nawet, jeśli tylko na kilka chwil. Patrzyłem na nią w milczeniu, widząc, jak długo ważyła w myślach każdą stronę tej sprawy, i jak bardzo musiała przełamać samą siebie, by w końcu wypowiedzieć to krótkie „dobrze, niech ci będzie”. Widziałem, że to nie przyszło jej łatwo, ale właśnie dlatego miało dla mnie większą wartość niż sama kreacja, o którą poszło. To nie był spór o materiał czy galeony, tylko o zaufanie, o pozwolenie, bym mógł zrobić dla niej coś od siebie. Wiedziałem, że to była kwestia wpuszczenia mnie trochę głębiej, przyzwolenia, żebym zrobił coś, co przecież przyszło mi naturalnie. Zwycięstwo? Nie. Bardziej znak, że uczyliśmy się kompromisowania, krok po kroku.
Słuchałem dalej jej słów, jej próby obrony - tego, że chciała, żebym pamiętał, iż sama również była gotowa to zrobić. Nie było w tym dumy ani chłodu - raczej potrzeba, bym zrozumiał, że nie chodziło o żadne profity. Dla niej liczył się czas, zrozumienie - to, co budowaliśmy razem. Kiwnąłem głową, rozumiałem to, sukienka była tylko symbolem.
- Lubię na ciebie patsześ, Plue. - Odpowiedziałem, wzruszając ramionami, jakby to była najprostsza rzecz pod słońcem. Wiedziałem, że zabrzmiało to jak unik, mogła uznać to za ucieczkę od sedna sprawy, ale nie mogłem powiedzieć inaczej, bo to - tak w gruncie rzeczy - była prawda, nawet jeśli nieco nieporadna, a ja już nie chciałem się z nią dłużej kłócić. Bardzo lekko pokręciłem głową, samemu rozbawionym własną odpowiedzią, uśmiechnąłem się pod nosem, i potarłem kark, jakbym w ten sposób mógł rozładować resztki napięcia.
- Muszę wziąś plysznic, przeblaś szię w coś suchego i coś zjeść, to był długi dzień. - Mruknąłem, czując, że taka prozaiczna czynność może odsunąć nas od powagi tej rozmowy. Nie oznaczało to końca tematu, raczej krótką pauzę, której oboje mogliśmy potrzebować. Zatrzymałem na niej spojrzenie jeszcze na moment, szukałem potwierdzenia, że jest w porządku. - A ty… Jadłaś coś, zanim wlóciłem? - Zapytałem spokojniej, miękko. - Czy mosze miałabyś ochotę dotszymać mi towaszystwa pszy… Niepszyzwoicie późnej kolacji? - Dodałem z lekkim uśmiechem, świadom, że godzina zdecydowanie nie sprzyjała jedzeniu.
Spoglądałem na nią jeszcze przez chwilę, ale zamiast faktycznie ruszyć w stronę łazienki czy kuchni, obie moje dłonie same z siebie znów odnalazły jej talię. Zaplotłem je mocniej, przyciągając ją zdecydowanie do swojej piersi. Czułem, jak całe napięcie, które krążyło między nami od początku tej rozmowy, nagle znalazło ujście. Pochyliłem się, nie dając jej szansy na jakikolwiek sprzeciw, i zamknąłem jej usta pocałunkiem. Nie jednym. Pierwszy był ciężki od tego wszystkiego, co nie zostało powiedziane. Drugi - odrobinę bardziej miękki, jakby dawał jej przestrzeń, by poczuła, że to nie walka, a coś znacznie delikatniejszego. Trzeci… Trzeci zatrzymał mnie już całkiem, sprawił, że odsunąłem się tylko po to, by odetchnąć i wrócić do niej znów, jeszcze bliżej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)