23.08.2025, 19:51 ✶
– Ach, no tak, to... to ważne święto, ważne żeby ludzie czuli się bezpieczni – przyznała mu rację oczywiście, jak zawsze, jak zawsze gdy Mav robiła mu wyrzuty, a ona bardzo intensywnie rantowała ją za to (oczywiście za plecami), że każdy glina powinien znać swoje miejsce, znać swój obowiązek, znać powinność i jak się tego nie rozumie... I nie chodziło o logiczne argumenty, bo tych nie brakło. Chodzilo o to, że Miles chciała być odebrana przez niego. Ale uśmiechnęła się. Krzywo. Dziecinnie. Znajdzie czas. Może pójdą na lody. Może pamiętał że tydzień później ma urodziny.
Zorientowała się, że pokazuje mu miejsca do siedzenia, gdy on już siedzi obok na jej łóżku, więc sama na nie przysiadła, patrząc to na mężczyznę, to na zabazgraną ścianę. Skubała nerwowo skórki od paznokci czekając aż po opisie tego jak pomogła jej lecznica, on pomoże jej. Kiwała przy tym machinalnie głową. Tak tak odratowali ją tak tak proszę jak pięknie sobie radzi w klatce wypełnionej koszmarami tak tak pierdolnięty terapeuta cały czas mówi o niezaleczonych traumach i testuje na niej jakieś gówna tak tak złamała typowi spod dziewiątki nos gdy zorientowała się co robi nocami. Tak.
Piękne cudowne miejsce.
Zabrali jej pędzle, bo przebiła sobie nimi rękę. Incydent. Dawno zapomniana sprawa. Dni zlewały się w jedno, trudno było jej odliczać do upragnionej wolności, do kolorów, do nocy pozbawionych krzyków. Dlatego pytała pielęgniarkę. Dlatego pytała ją każdego dnia i każdego dnia próbowała zapamiętać pomniejszającą się liczbę.
Drgnęła na jego deklarację o tym, że zrobiłby dla niej wszystko. Umiała zrobić ten uśmiech, który ukrywał pragnienie ciała, marzenia, których nigdy przenigdy nie chciała mu zdradzić, duszne sny w której ich ciała stają się jednym. Umiała zrobić ten uśmiech, który ukrywał pragnienie ducha, tęsknotę za tym, żeby móc mu mówić co ją boli, bez karcącego wzroku pierdolonego starego, który ustawiał ich do pionu, bo słabi giną, a oni nie mogą być słabi.
Nie mogą być tacy jak matka.
Nie mogą umrzeć.
Umiała zrobić ten uśmiech, umiała wyciągnąć dłoń przed siebie i położyć na jego szerokiej dłoni. Umiała przemilczeć patrol w dniu w którym wychodziła z odsiadki.
- Ja dla Ciebie też Alik. Teraz i zawsze. Patrz. Kazałeś mi wrócić i wróciłam. Razem jesteśmy niepokonani. - powiedziała z wiarą, a potem lekko, leciuteńko zadrżały jej ramiona.
- Piździ tu makabrycznie, niby jest lipiec, a ja cały czas marznę. To przez ten nowe leki, wiesz że przy większej dawce chuchałam szronem, czy co tam leci z ust zimą? - poderwała się znów i podeszła do zaścielonego łóżka. Śledztwo. Tak. To było ważne. To było najważniejsze. W końcu płynęła w nich policyjna krew.
- Zakon, klątwa, popiół. To mówiła, to pamiętam. Masz... masz jej kartę, ja nie mogę w tym za bardzo grzebać, bo wyjdzie, że nasenne nie działają. - powiedziała konspiracyjnie, uciekając znów wzrokiem do twarzy spoglądających na nią beznamientnie ze sciany. Oceniająco? Obojętnie? Nie mogła sobie przypomnieć. Czuła tylko wszechogarniające zimno, jakby w kieszeni brakowało jej zapałek, by po trzykroć zobaczyć coś miłego. Coś wysyconego barwą.
- Jak stąd wyjdę to zapaćkam cały pokój na pierdoloną tęczę. Jakby się tam zesrał jednorożec. - prychnęła wrogo, rozpościerając palce, znów je rozluźniając, gdy tylko płat czołowy zrozumiał, co ciało zrobiło w obronnym odruchu. - Idę po ścierę i odkażacz. Muszę to ogarnąć do obchodu. Idź zobacz co z tą laską i zobaczymy się potem w ogrodzie. - zdecydowała. Dla dobra śledztwa. Dla dobra jej wyjścia z Lecznicy. - Powodzenia. - dodała, nim wybiegła z pokoju licząc, że oboje się wyrobią nim czas odwiedzin minie.
Zorientowała się, że pokazuje mu miejsca do siedzenia, gdy on już siedzi obok na jej łóżku, więc sama na nie przysiadła, patrząc to na mężczyznę, to na zabazgraną ścianę. Skubała nerwowo skórki od paznokci czekając aż po opisie tego jak pomogła jej lecznica, on pomoże jej. Kiwała przy tym machinalnie głową. Tak tak odratowali ją tak tak proszę jak pięknie sobie radzi w klatce wypełnionej koszmarami tak tak pierdolnięty terapeuta cały czas mówi o niezaleczonych traumach i testuje na niej jakieś gówna tak tak złamała typowi spod dziewiątki nos gdy zorientowała się co robi nocami. Tak.
Piękne cudowne miejsce.
Zabrali jej pędzle, bo przebiła sobie nimi rękę. Incydent. Dawno zapomniana sprawa. Dni zlewały się w jedno, trudno było jej odliczać do upragnionej wolności, do kolorów, do nocy pozbawionych krzyków. Dlatego pytała pielęgniarkę. Dlatego pytała ją każdego dnia i każdego dnia próbowała zapamiętać pomniejszającą się liczbę.
Drgnęła na jego deklarację o tym, że zrobiłby dla niej wszystko. Umiała zrobić ten uśmiech, który ukrywał pragnienie ciała, marzenia, których nigdy przenigdy nie chciała mu zdradzić, duszne sny w której ich ciała stają się jednym. Umiała zrobić ten uśmiech, który ukrywał pragnienie ducha, tęsknotę za tym, żeby móc mu mówić co ją boli, bez karcącego wzroku pierdolonego starego, który ustawiał ich do pionu, bo słabi giną, a oni nie mogą być słabi.
Nie mogą być tacy jak matka.
Nie mogą umrzeć.
Umiała zrobić ten uśmiech, umiała wyciągnąć dłoń przed siebie i położyć na jego szerokiej dłoni. Umiała przemilczeć patrol w dniu w którym wychodziła z odsiadki.
- Ja dla Ciebie też Alik. Teraz i zawsze. Patrz. Kazałeś mi wrócić i wróciłam. Razem jesteśmy niepokonani. - powiedziała z wiarą, a potem lekko, leciuteńko zadrżały jej ramiona.
- Piździ tu makabrycznie, niby jest lipiec, a ja cały czas marznę. To przez ten nowe leki, wiesz że przy większej dawce chuchałam szronem, czy co tam leci z ust zimą? - poderwała się znów i podeszła do zaścielonego łóżka. Śledztwo. Tak. To było ważne. To było najważniejsze. W końcu płynęła w nich policyjna krew.
- Zakon, klątwa, popiół. To mówiła, to pamiętam. Masz... masz jej kartę, ja nie mogę w tym za bardzo grzebać, bo wyjdzie, że nasenne nie działają. - powiedziała konspiracyjnie, uciekając znów wzrokiem do twarzy spoglądających na nią beznamientnie ze sciany. Oceniająco? Obojętnie? Nie mogła sobie przypomnieć. Czuła tylko wszechogarniające zimno, jakby w kieszeni brakowało jej zapałek, by po trzykroć zobaczyć coś miłego. Coś wysyconego barwą.
- Jak stąd wyjdę to zapaćkam cały pokój na pierdoloną tęczę. Jakby się tam zesrał jednorożec. - prychnęła wrogo, rozpościerając palce, znów je rozluźniając, gdy tylko płat czołowy zrozumiał, co ciało zrobiło w obronnym odruchu. - Idę po ścierę i odkażacz. Muszę to ogarnąć do obchodu. Idź zobacz co z tą laską i zobaczymy się potem w ogrodzie. - zdecydowała. Dla dobra śledztwa. Dla dobra jej wyjścia z Lecznicy. - Powodzenia. - dodała, nim wybiegła z pokoju licząc, że oboje się wyrobią nim czas odwiedzin minie.
Koniec sesji