21.08.2025, 17:31 ✶
Dźwięk, który wydał z siebie Olivander, to skrzyżowanie westchnienia i skrzeku z jękiem, dźwięk, który zostanie z Samuelem na dłużęj, dźwięk ulgi i troski był połączony z uściskiem, który chłopak potrzebował bardziej niż kiedykolwiek.
Jego matka nie pochwalała takiego zachowania, uważając że psuje charakter i nie sprzyja należytej wewnętrznej dyscyplinie, a Beatrice McGonagall jako kobieta z rodu obciążona klątwą Maledictusa wiedziała o samodyscyplinie niemal wszystko. Tymczasem ojciec... kochany, jedyny, najwspanialszy... Jego ramiona były pod koniec zbyt wątłe by móc wyczuć ciało prócz kości, ale Sam wierzyłby, żeby gdyby Altair był zdrowy, to pachniałby właśnie jak Garrick Ollivander, który teraz był blisko, którego miękkość z całym chaosem i pęknięciami, z całym przerażeniem w oczach i drżącym głosem, zbyt łatwo wpasowywał się w brakującą od kilku lat figurę.
Dlatego też Samuel był głęboko nieszczęśliwy, gdy poczuł charakterystyczne klepnięcia, czyniące z uścisku niezręczny gest, chwilę słabości, której nikt nie mógł zobaczyć zwłaszcza matka, która w ptasiej postaci zawsze czuwała, również teraz, w Londynie, w którym wszystko płonęło, a upiorna rodzicielka nie miała prawa być nigdzie w okolicy. Sam stłumił jednak wszystko, stłumił żal za ciepłem, którego Olivander go pozbawił, nieświadom zupełnie okoliczności i obaw czarodzieja.
- Tak tak, kominki, tak... wiem mistrzu. One zupełnie nie działają, chcieliśmy uciec do Doliny, ale ludzie mówią, że Dolina też płonie. Znaczy... ja chciałem - poprawił się, a uszy zaczerwieniły mu się samym wspomnieniem oschłej Nory, która skarciła go wtedy bolesnym tonem. Tonem, do którego dołączył teraz Olivander.
- Ale... - zaczął i umilkł. Być może oni wiedzieli coś czego on nie wiedział? Być może ten zakład podobnie jak sklep był obłożony zaklęciem chroniącym od ognia. Być może... a jednak ciężko bylo mu przełknąć tę gorycz, gdy mimo dziejącego się chaosu na zewnątrz jemu nakazano opuścić Knieję z powodu zagrożenia, a oni - jego najbliżsi nie zamierzali opuścić swojego domu gdy zagrożenie groziło im. On musiał. Oni nie. Zacisnął wargi w wąską linię, oddychając ciężko, jakby szykował się do konfrontacji, choć ta ni jak nie leżała w jego naturze. Potrzebował jednak dwóch pełnych sekund by odpuścić.
Pokiwał głową uciekając wzrokiem, wodząc nim po zakładzie, który był ostatnim miejscem jakie widział, nim objawiła się w nim klątwa żywiołów, a cała wycieczka do szkoły, do tego całego Hogwartu, została odwołana.
Milczał, ale jego głowa pracowała.
Rzucił okiem na zakurzone witryny, na pudełka, rzeźby, cały ten bałagan, cały znajomy charmider, miejsce pachnące bezpieczeństwem od pierwszego przekroczenia progu. Wyciągnął też swoją różdżkę, pękatego kasztanowego Niedźwiadka, który skrywał w sobie cały smutek testralowego losu.
Mężczyzna oblizał wargi i znów pokiwał głową, choć przecież nie musiał zgadzać się po raz drugi z resztą, nic co by powiedział nie zmieniłoby decyzji Garricka, tak samo jak nic z tego co mówił, nie zmieniało decyzji Nory.
- Dobrze. Zostanę tutaj na wszelki wypadek. - Ostatnio w końcu dużo robił w kształtowaniu z powodu klątwy. A też myślał, czy mógłby transmutować ogień w coś... w coś innego. Przekierować energię. Było to warte wypróbowania, ostatecznie... nie był wcale taki bezbronny. Miał doświadczenie z jednym żywiołem, to sprosta drugiemu. Tutaj, gdzie wspierających ludzi było dużo, dużo mniej.
Jego matka nie pochwalała takiego zachowania, uważając że psuje charakter i nie sprzyja należytej wewnętrznej dyscyplinie, a Beatrice McGonagall jako kobieta z rodu obciążona klątwą Maledictusa wiedziała o samodyscyplinie niemal wszystko. Tymczasem ojciec... kochany, jedyny, najwspanialszy... Jego ramiona były pod koniec zbyt wątłe by móc wyczuć ciało prócz kości, ale Sam wierzyłby, żeby gdyby Altair był zdrowy, to pachniałby właśnie jak Garrick Ollivander, który teraz był blisko, którego miękkość z całym chaosem i pęknięciami, z całym przerażeniem w oczach i drżącym głosem, zbyt łatwo wpasowywał się w brakującą od kilku lat figurę.
Dlatego też Samuel był głęboko nieszczęśliwy, gdy poczuł charakterystyczne klepnięcia, czyniące z uścisku niezręczny gest, chwilę słabości, której nikt nie mógł zobaczyć zwłaszcza matka, która w ptasiej postaci zawsze czuwała, również teraz, w Londynie, w którym wszystko płonęło, a upiorna rodzicielka nie miała prawa być nigdzie w okolicy. Sam stłumił jednak wszystko, stłumił żal za ciepłem, którego Olivander go pozbawił, nieświadom zupełnie okoliczności i obaw czarodzieja.
- Tak tak, kominki, tak... wiem mistrzu. One zupełnie nie działają, chcieliśmy uciec do Doliny, ale ludzie mówią, że Dolina też płonie. Znaczy... ja chciałem - poprawił się, a uszy zaczerwieniły mu się samym wspomnieniem oschłej Nory, która skarciła go wtedy bolesnym tonem. Tonem, do którego dołączył teraz Olivander.
- Ale... - zaczął i umilkł. Być może oni wiedzieli coś czego on nie wiedział? Być może ten zakład podobnie jak sklep był obłożony zaklęciem chroniącym od ognia. Być może... a jednak ciężko bylo mu przełknąć tę gorycz, gdy mimo dziejącego się chaosu na zewnątrz jemu nakazano opuścić Knieję z powodu zagrożenia, a oni - jego najbliżsi nie zamierzali opuścić swojego domu gdy zagrożenie groziło im. On musiał. Oni nie. Zacisnął wargi w wąską linię, oddychając ciężko, jakby szykował się do konfrontacji, choć ta ni jak nie leżała w jego naturze. Potrzebował jednak dwóch pełnych sekund by odpuścić.
Pokiwał głową uciekając wzrokiem, wodząc nim po zakładzie, który był ostatnim miejscem jakie widział, nim objawiła się w nim klątwa żywiołów, a cała wycieczka do szkoły, do tego całego Hogwartu, została odwołana.
Milczał, ale jego głowa pracowała.
Rzucił okiem na zakurzone witryny, na pudełka, rzeźby, cały ten bałagan, cały znajomy charmider, miejsce pachnące bezpieczeństwem od pierwszego przekroczenia progu. Wyciągnął też swoją różdżkę, pękatego kasztanowego Niedźwiadka, który skrywał w sobie cały smutek testralowego losu.
Mężczyzna oblizał wargi i znów pokiwał głową, choć przecież nie musiał zgadzać się po raz drugi z resztą, nic co by powiedział nie zmieniłoby decyzji Garricka, tak samo jak nic z tego co mówił, nie zmieniało decyzji Nory.
- Dobrze. Zostanę tutaj na wszelki wypadek. - Ostatnio w końcu dużo robił w kształtowaniu z powodu klątwy. A też myślał, czy mógłby transmutować ogień w coś... w coś innego. Przekierować energię. Było to warte wypróbowania, ostatecznie... nie był wcale taki bezbronny. Miał doświadczenie z jednym żywiołem, to sprosta drugiemu. Tutaj, gdzie wspierających ludzi było dużo, dużo mniej.