15.08.2025, 17:10 ✶
Urocze było to zmieszanie i niemiałość Dægberhta. Helloise uśmiechnęła się rozbawiona tą reakcją, bo rzeczywiście daleko było jej do zauważenia, że cokolwiek w jego monologu mogło być owego zmieszania godne. Nawet jeśli ich wariactwo rozbiegało się czasem i plątali się w rozmowie, czarownica zawsze poświęcała dużo uwagi temu, co Flint miał do powiedzenia. Jako poeta mówił pięknie, jako prorok przekazujący słowa samej Bogini mówił przy tym mądrze, nawet jeśli czasem nie do końca wszystko rozumiała. Boskości nie należało rozumieć; wystarczyło kobiecie, że czuła w jego słowach czarującą głębię objawienia. Wywierało to na niej takie samo wrażenie, co wymuszane na Leviathanie raz po raz powtarzanie relacji ze spotkania z Matką.
— Dla tych niewiedzących może i lepiej sparzyć się i nauczyć, niż całe życie polegać na tym, że ktoś zabroni — zakwestionowała sugestię, jakoby zakazy miały być dla części osób korzystne. Wygłaszając swoją tezę, miała na uwadze również te konsekwencje najdotkliwsze: że popełnić błąd, to nie zawsze sparzyć się, lecz w niejednym przypadku spłonąć do szczętu. Tej części nie powtórzyła jednak na głos, a zostawiła w domyśle.
Nie podsumowałaby sytuacji wokół Kniei lepszymi słowami, niż zrobił to Flint. Zdecydowanie ktoś powinien zebrać ludzi innych niż ministerialni funkcjonariusze i porównać między nimi doświadczenia. Problem w tym, że Helloise nie paliła się do organizowania aktywności grupowych. O wiele pewniej czuła się w intymnej atmosferze spotkań w cztery oczy, gdzie łatwiej było jej kontrolować sytuację i zdobywać zaufanie. Nie była naturalną liderką w dużych zgromadzeniach, całkiem sprawnie radziła sobie natomiast z zaklinaniem pojedynczych dusz. Być może chodziło o to, że w sytuacji jeden na jeden mniejsza była szansa, że ktoś skonfrontuje jej słowa i życzenia ze zdrowym rozsądkiem.
— Ciężko wytropić po kolei wszystkich tych, którzy mają jakąś mądrość do przekazania — westchnęła więc tylko w odpowiedzi.
Gdy Dægberht zaczął poruszać się jakby po innym świecie, przyglądała mu się z niezmąconym spokojem. W uniwersum, w którym u tylu otwierało się trzecie oko, trans i halucynacje budziły może i w czarownicy zainteresowanie, lecz nie zdziwienie. Obserwowała Flinta, skubiąc w zamyśleniu płatki czarnej róży. Składała je na dłoni jeden na drugim, a gdy czarodziej wpadł na nią, wydała z siebie stłumiony okrzyk zdumienia i odruchowo zacisnęła dłoń, kompresując wieżyczkę z delikatnych płatków.
— Ja? Jestem tutaj — odpowiedziała, klękając przy Berhcie. Zmarszczyła czoło, gdy zobaczyła spływającą po jego twarzy wodę. Palcami wolnej ręki troskliwie zsunęła z mokrych policzków żeglarza przyklejone do nich włosy, po czym uniosła te palce do ust, żeby posmakować słonej morskiej wody, paskudnie intensywnej na języku. — Pytanie, gdzie ty jesteś.
Drażnił ją słony smak, którym sama się poczęstowała. Nie chciała czekać, aż ślina go rozpuści. Otworzyła dłoń, na której układała wcześniej czarne płatki i wpatrywała się w nie przez krótki moment.
Lubiła jadać róże o intensywnych kolorach. Te jasne smakowały po prostu roślinnie — ani dobrze, ani źle. Jak licha sałata, neutralna dla podniebienia. Im ciemniejszy był jednak kwiat i mocniejszy jego zapach, tym lepsze były doznania. Wonne różane płatki zgniecione między zębami puszczały soki mieszające się ze śliną i sprawiały, że każdy oddech smakował różanym ogrodem, w ustach i płucach zdawały się rozkwitać żywe kwiaty. Miały moc najlepszego perfumu, lecz nie były zanieczyszczone alkoholem; pozostawały naturalnie oszałamiające.
Było to kontrintuicyjne, ale zwyciężyła w czarownicy pokusa: włożyła zwinięte płatki do ust i schrupała je, pragnąc odetchnąć ich smakiem.
— Dla tych niewiedzących może i lepiej sparzyć się i nauczyć, niż całe życie polegać na tym, że ktoś zabroni — zakwestionowała sugestię, jakoby zakazy miały być dla części osób korzystne. Wygłaszając swoją tezę, miała na uwadze również te konsekwencje najdotkliwsze: że popełnić błąd, to nie zawsze sparzyć się, lecz w niejednym przypadku spłonąć do szczętu. Tej części nie powtórzyła jednak na głos, a zostawiła w domyśle.
Nie podsumowałaby sytuacji wokół Kniei lepszymi słowami, niż zrobił to Flint. Zdecydowanie ktoś powinien zebrać ludzi innych niż ministerialni funkcjonariusze i porównać między nimi doświadczenia. Problem w tym, że Helloise nie paliła się do organizowania aktywności grupowych. O wiele pewniej czuła się w intymnej atmosferze spotkań w cztery oczy, gdzie łatwiej było jej kontrolować sytuację i zdobywać zaufanie. Nie była naturalną liderką w dużych zgromadzeniach, całkiem sprawnie radziła sobie natomiast z zaklinaniem pojedynczych dusz. Być może chodziło o to, że w sytuacji jeden na jeden mniejsza była szansa, że ktoś skonfrontuje jej słowa i życzenia ze zdrowym rozsądkiem.
— Ciężko wytropić po kolei wszystkich tych, którzy mają jakąś mądrość do przekazania — westchnęła więc tylko w odpowiedzi.
Gdy Dægberht zaczął poruszać się jakby po innym świecie, przyglądała mu się z niezmąconym spokojem. W uniwersum, w którym u tylu otwierało się trzecie oko, trans i halucynacje budziły może i w czarownicy zainteresowanie, lecz nie zdziwienie. Obserwowała Flinta, skubiąc w zamyśleniu płatki czarnej róży. Składała je na dłoni jeden na drugim, a gdy czarodziej wpadł na nią, wydała z siebie stłumiony okrzyk zdumienia i odruchowo zacisnęła dłoń, kompresując wieżyczkę z delikatnych płatków.
— Ja? Jestem tutaj — odpowiedziała, klękając przy Berhcie. Zmarszczyła czoło, gdy zobaczyła spływającą po jego twarzy wodę. Palcami wolnej ręki troskliwie zsunęła z mokrych policzków żeglarza przyklejone do nich włosy, po czym uniosła te palce do ust, żeby posmakować słonej morskiej wody, paskudnie intensywnej na języku. — Pytanie, gdzie ty jesteś.
Drażnił ją słony smak, którym sama się poczęstowała. Nie chciała czekać, aż ślina go rozpuści. Otworzyła dłoń, na której układała wcześniej czarne płatki i wpatrywała się w nie przez krótki moment.
Lubiła jadać róże o intensywnych kolorach. Te jasne smakowały po prostu roślinnie — ani dobrze, ani źle. Jak licha sałata, neutralna dla podniebienia. Im ciemniejszy był jednak kwiat i mocniejszy jego zapach, tym lepsze były doznania. Wonne różane płatki zgniecione między zębami puszczały soki mieszające się ze śliną i sprawiały, że każdy oddech smakował różanym ogrodem, w ustach i płucach zdawały się rozkwitać żywe kwiaty. Miały moc najlepszego perfumu, lecz nie były zanieczyszczone alkoholem; pozostawały naturalnie oszałamiające.
Było to kontrintuicyjne, ale zwyciężyła w czarownicy pokusa: włożyła zwinięte płatki do ust i schrupała je, pragnąc odetchnąć ich smakiem.
dotknij trawy