13.08.2025, 02:42 ✶
Świt przesuwał się skrzypiącym półmrokiem po jasnej tafli posadzek; bezsenna łuna oblewała zagięty dywan ciepłym światłem lampy, przesmykiwała się w szparze uchylonych drzwi, uchylała rąbka sekretu i wzbudzała ciekawość. Pustka regałów, wyłupione, rodzinne pamiątki zabrane spomiędzy warstw osamotnionych tomów, których nikt w najbliższych tygodniach nie przeczyta, zarosną kurzem i zanurkują w posmaku zapomnienia, swojej niechybnej przyszłości, która przyszła nagle, zerwała łańcuch wydarzeń i nazbyt szybko ucięła nić użyteczności.
Nocna audycja w radiu przybijała do portu, zarzucała linę na pomost, wyczekując na kolejne promienie wstającego słońca, zwiastujące finisz nocnej zmiany; szum głośników radia przedzierał się przez miękki głos spikera. Hol ogarnęła wesoła melancholia jazzowego pianina, gonionego przez instrumenty dente, a po niej przyszły bliżej niezidentyfikowane słowa, ginące w ciszy jutrzenki i trzaskającego pod ciężarem wibracji odbiornika.
Nie powinien był wracać, myśl przemknęła po karku zatrważającym dreszczem, przemknęła pod kołnierzem zauważona acz niedościgniona, aby zagnieździć się w klatce piersiowej i tam już pozostać; powoli zabierała powietrze żywiąc się ostatkami nadziei.
Czubki czarnych, idealnie wypolerowanych butów obcierały się o siebie, gdy z trwogą przyglądał się złowrogiemu symbolowi na sklepieniu pokoju gościnnego. Odchylony w miękkich poduszkach kanapy, gniótł plecami materiał białej, wykrochmalonej koszuli; przekręcany w dłoni guzik do mankietu błyskał jasnym, pastelowym błękitem przebijając bielą płatków i wijącymi się po owalnym brzegu pnączami srebra.
Londyńskie poranki były ciężkie. Nawet spowite w słońcu, z wrześniową melancholią w pogoni za odchodzącym latem, stare kamienice wydawały się być przyciskane do bruku niewidzialną mgłą - nie, tym razem był to dym. Kłębił się nad krajem, przedzierał do płuc i razem z przestrachem zalęgał w organach, powodując, że powoli gniły; wilgotność zabierała możliwość oddechu, człowiek topił się we własnym pocie, wyciągał dłoń w stronę ratunku, który miał nie nadejść.
Z półsnu - a być może snu na jawie? Omamów ze zmęczenia i nieprzespanych nocy? - wybudziło go mocniejsze skrzypnięcie posadzki, przyciśnięcie drewna inną parą butów, dotąd nieznaną idealnie wymierzonemu progowi kamienicy. Wstał pośpiesznie, rozglądając się w panice po własnym salonie; przez okno wciąż wpadały pierwsze kroki skradającego się świtu. Twarz Elliotta była ziemiście blada we wczesnej krasie dnia, cienie pod oczami niecodziennie podkreślone, nie zostały zniwelowane miękkim puchem magicznego kremu. Nieruszony eliksir na bezsenność straszył kanciastą fiolką z wysokiej szafki w holu, przy której czekał zawinięty w materiał obraz w ciężkiej ramie.
- Leslie, mówiłem ci, że obraz wezmę sam - spokojny, acz donośny głos przeciął ciszę ostrzej niż można było się tego spodziewać, gdy Malfoy odezwał się do pracującego dla niego mężczyzny. Odchrząknął i odzyskał rezon zaczesując pare niesfornych kosmyków wraz z ich potulną resztą, naprawiając tym samym fryzurę. Dopiął guzik koszuli i, znalazłszy wypuszczoną chwilę temu spinkę do mankietu, wpiął ja na swoje miejsce z satysfakcjonującym pyknięciem.
- Leslie? - powtórzył, gdy po dłużących się sekundach nie usłyszał odpowiedzi. Zmarszczył brwi i, w bardzo niecodziennym dla siebie nawyku, wyciągnął różdżkę z materiału rękawa; w większość ubrań miał wkomponowane niewielkie pokrowce, dyskretnie ukryte pod czujną ręką wykwalifikowanych krawców, nie były widoczne dla oka rozmówców.
W tym samym momencie, za drzwiami, na klatce schodowej, mężczyzna, którego tył głowy oraz plecy Erik mógł dostrzec, naprawdę mógł wydawać się samym Fortinbrasem Malfoyem. Dopiero, gdy postać odwróciła się doń twarzą, Longbottom mógł zauważyć, że ma do czynienia z kimś kompletnie innym. Twarz Leslie'go miała o wiele przyjemniejszy wyraz, troskę wypisaną w spojrzeniu i definitywnie brakowało mu podprogowego zniesmaczenia, którym odznaczał się były Minister Magii, gdy akurat nie rozmawiał z prasą. Zanim Erik wszedł na klatkę, Leslie robił kolejną 'rundę' między domem, a karocą, aby zapakować do niej kolejne kufry.
- Kim Pan jest? Co Pan tutaj robi? - zapytał mężczyzna, acz nie zmienił wyrazu twarzy. Spojrzał w górę, aby przeanalizować twarz Erika, jego brwi uniosły się odrobinę do góry, gdy zaczął rozpoznawać swojego rozmówce. Zanim jednak zdążył wypowiedzieć kolejne słowa, drzwi na piętrze się otworzyły.
Elliott wiedział, że powóz stał na niewielkim dziedzińcu, widział go przez okno przedniego pokoju gościnnego - drzwi doń wciąż były otwarte, a środek załadowany był kuframi z najistotniejszymi rzeczami. Ruszył w stronę drzwi wejściowych, które prowadziły do niewielkiej klatki schodowej i ganku. Minął oparty o mebel obraz i ostrożnie uchylił drzwi, powodując, że kolejne, drewniane części domu zaskrzypiały, w nagle wydającym się niesamowicie głośnym, jęknięciu. Skrzywił się, pozwalając swojej twarzy przybrać bardzo barwną mimikę, również w bardzo niespotykanej manierze. Słysząc znajomy głos, udało mu się opanować zszargane chwilowym skokiem adrenaliny nerwy.
- Leslie? - powtórzył, odrobinę ostrzej, wrzucając do pytania podton wyrzutu, chcąc tym samym poinformować mężczyznę, że to nie pierwszy raz, gdy jest wołany.
- Tutaj Panie Malfoy, rozmawiam, jak mniemam, z Panem Longbottomem? - starszy mężczyzna nie spojrzał przez ramię, aby sprawdzić, czy Elliott się do nich zbliża. Nie spuszczał Erika z pola widzenia, jakby spodziewał się, że nie jest on tym, na kogo wygląda. Zaraz dołączył do nich Elliott, w uspokajającym geście kładąc dłoń na ramieniu Leslie'go.
- W porządku. Nie sądzę, że ktokolwiek wybrałby akurat Erika, aby się pod niego podszywać i tu wkradać - faktem było, że Elliotta uspokoiła znajomość, którą rozpoznał w Longbottomie. Choć krótki okres ich intensywniejszej znajomości nie był aż tak zażyły, tak jego skutki, wraz z Beltane, zostawiły w duszy i umyśle Malfoya ślady. Nie był pewien czy postępuje rozważnie, ale zdawało mu się, że nie pomyliłby Erika z nikim innym.
- Możesz iść po resztę kufrów i mówiłem ci, Elliott wystarczy - odezwał się ponownie do starszego mężczyzny, acz nie oderwał spojrzenia od Longbottoma.
- Coś się stało? - ton miał miękki, choć nie zatroskany. Były w nim poszlaki poufałości, choć zawierały odpowiednio chłodne igiełki dystansu. Pytanie zostało zadane w założeniu, iż Leslie zaraz zacznie się od nich oddalać i pozwoli porozmawiać w spokoju - Nie spodziewałem się twojej wizyty, choć przyznam, nie odpisałem na twój list. Wejdziesz? - dopytał, głównie dlatego, że nie chciał przeprowadzać tej rozmowy w korytarzu. W tym wszystkim, pozwolił sobie na pewne niedociągnięcie, zdradzając o wiele więcej ze swojego stanu emocjonalnego, niż by chciał - wciąż nie schował różdżki.
Nocna audycja w radiu przybijała do portu, zarzucała linę na pomost, wyczekując na kolejne promienie wstającego słońca, zwiastujące finisz nocnej zmiany; szum głośników radia przedzierał się przez miękki głos spikera. Hol ogarnęła wesoła melancholia jazzowego pianina, gonionego przez instrumenty dente, a po niej przyszły bliżej niezidentyfikowane słowa, ginące w ciszy jutrzenki i trzaskającego pod ciężarem wibracji odbiornika.
Nie powinien był wracać, myśl przemknęła po karku zatrważającym dreszczem, przemknęła pod kołnierzem zauważona acz niedościgniona, aby zagnieździć się w klatce piersiowej i tam już pozostać; powoli zabierała powietrze żywiąc się ostatkami nadziei.
Czubki czarnych, idealnie wypolerowanych butów obcierały się o siebie, gdy z trwogą przyglądał się złowrogiemu symbolowi na sklepieniu pokoju gościnnego. Odchylony w miękkich poduszkach kanapy, gniótł plecami materiał białej, wykrochmalonej koszuli; przekręcany w dłoni guzik do mankietu błyskał jasnym, pastelowym błękitem przebijając bielą płatków i wijącymi się po owalnym brzegu pnączami srebra.
Londyńskie poranki były ciężkie. Nawet spowite w słońcu, z wrześniową melancholią w pogoni za odchodzącym latem, stare kamienice wydawały się być przyciskane do bruku niewidzialną mgłą - nie, tym razem był to dym. Kłębił się nad krajem, przedzierał do płuc i razem z przestrachem zalęgał w organach, powodując, że powoli gniły; wilgotność zabierała możliwość oddechu, człowiek topił się we własnym pocie, wyciągał dłoń w stronę ratunku, który miał nie nadejść.
Z półsnu - a być może snu na jawie? Omamów ze zmęczenia i nieprzespanych nocy? - wybudziło go mocniejsze skrzypnięcie posadzki, przyciśnięcie drewna inną parą butów, dotąd nieznaną idealnie wymierzonemu progowi kamienicy. Wstał pośpiesznie, rozglądając się w panice po własnym salonie; przez okno wciąż wpadały pierwsze kroki skradającego się świtu. Twarz Elliotta była ziemiście blada we wczesnej krasie dnia, cienie pod oczami niecodziennie podkreślone, nie zostały zniwelowane miękkim puchem magicznego kremu. Nieruszony eliksir na bezsenność straszył kanciastą fiolką z wysokiej szafki w holu, przy której czekał zawinięty w materiał obraz w ciężkiej ramie.
- Leslie, mówiłem ci, że obraz wezmę sam - spokojny, acz donośny głos przeciął ciszę ostrzej niż można było się tego spodziewać, gdy Malfoy odezwał się do pracującego dla niego mężczyzny. Odchrząknął i odzyskał rezon zaczesując pare niesfornych kosmyków wraz z ich potulną resztą, naprawiając tym samym fryzurę. Dopiął guzik koszuli i, znalazłszy wypuszczoną chwilę temu spinkę do mankietu, wpiął ja na swoje miejsce z satysfakcjonującym pyknięciem.
- Leslie? - powtórzył, gdy po dłużących się sekundach nie usłyszał odpowiedzi. Zmarszczył brwi i, w bardzo niecodziennym dla siebie nawyku, wyciągnął różdżkę z materiału rękawa; w większość ubrań miał wkomponowane niewielkie pokrowce, dyskretnie ukryte pod czujną ręką wykwalifikowanych krawców, nie były widoczne dla oka rozmówców.
W tym samym momencie, za drzwiami, na klatce schodowej, mężczyzna, którego tył głowy oraz plecy Erik mógł dostrzec, naprawdę mógł wydawać się samym Fortinbrasem Malfoyem. Dopiero, gdy postać odwróciła się doń twarzą, Longbottom mógł zauważyć, że ma do czynienia z kimś kompletnie innym. Twarz Leslie'go miała o wiele przyjemniejszy wyraz, troskę wypisaną w spojrzeniu i definitywnie brakowało mu podprogowego zniesmaczenia, którym odznaczał się były Minister Magii, gdy akurat nie rozmawiał z prasą. Zanim Erik wszedł na klatkę, Leslie robił kolejną 'rundę' między domem, a karocą, aby zapakować do niej kolejne kufry.
- Kim Pan jest? Co Pan tutaj robi? - zapytał mężczyzna, acz nie zmienił wyrazu twarzy. Spojrzał w górę, aby przeanalizować twarz Erika, jego brwi uniosły się odrobinę do góry, gdy zaczął rozpoznawać swojego rozmówce. Zanim jednak zdążył wypowiedzieć kolejne słowa, drzwi na piętrze się otworzyły.
Elliott wiedział, że powóz stał na niewielkim dziedzińcu, widział go przez okno przedniego pokoju gościnnego - drzwi doń wciąż były otwarte, a środek załadowany był kuframi z najistotniejszymi rzeczami. Ruszył w stronę drzwi wejściowych, które prowadziły do niewielkiej klatki schodowej i ganku. Minął oparty o mebel obraz i ostrożnie uchylił drzwi, powodując, że kolejne, drewniane części domu zaskrzypiały, w nagle wydającym się niesamowicie głośnym, jęknięciu. Skrzywił się, pozwalając swojej twarzy przybrać bardzo barwną mimikę, również w bardzo niespotykanej manierze. Słysząc znajomy głos, udało mu się opanować zszargane chwilowym skokiem adrenaliny nerwy.
- Leslie? - powtórzył, odrobinę ostrzej, wrzucając do pytania podton wyrzutu, chcąc tym samym poinformować mężczyznę, że to nie pierwszy raz, gdy jest wołany.
- Tutaj Panie Malfoy, rozmawiam, jak mniemam, z Panem Longbottomem? - starszy mężczyzna nie spojrzał przez ramię, aby sprawdzić, czy Elliott się do nich zbliża. Nie spuszczał Erika z pola widzenia, jakby spodziewał się, że nie jest on tym, na kogo wygląda. Zaraz dołączył do nich Elliott, w uspokajającym geście kładąc dłoń na ramieniu Leslie'go.
- W porządku. Nie sądzę, że ktokolwiek wybrałby akurat Erika, aby się pod niego podszywać i tu wkradać - faktem było, że Elliotta uspokoiła znajomość, którą rozpoznał w Longbottomie. Choć krótki okres ich intensywniejszej znajomości nie był aż tak zażyły, tak jego skutki, wraz z Beltane, zostawiły w duszy i umyśle Malfoya ślady. Nie był pewien czy postępuje rozważnie, ale zdawało mu się, że nie pomyliłby Erika z nikim innym.
- Możesz iść po resztę kufrów i mówiłem ci, Elliott wystarczy - odezwał się ponownie do starszego mężczyzny, acz nie oderwał spojrzenia od Longbottoma.
- Coś się stało? - ton miał miękki, choć nie zatroskany. Były w nim poszlaki poufałości, choć zawierały odpowiednio chłodne igiełki dystansu. Pytanie zostało zadane w założeniu, iż Leslie zaraz zacznie się od nich oddalać i pozwoli porozmawiać w spokoju - Nie spodziewałem się twojej wizyty, choć przyznam, nie odpisałem na twój list. Wejdziesz? - dopytał, głównie dlatego, że nie chciał przeprowadzać tej rozmowy w korytarzu. W tym wszystkim, pozwolił sobie na pewne niedociągnięcie, zdradzając o wiele więcej ze swojego stanu emocjonalnego, niż by chciał - wciąż nie schował różdżki.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦