11.08.2025, 07:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2025, 07:12 przez Benjy Fenwick.)
Spojrzałem na nią - nie w jakiś jednoznaczny sposób, ale tak, jak patrzy się, kiedy próbuje się ocenić, czy ktoś zaraz się nie przewróci, czy może jednak stoi stabilnie. Las wokół nas był cichy, ale nie na tyle, by wydawał się martwy. Pachniało ziemią, żywicą i czymś jeszcze, co trudno było nazwać, ale co zawsze sprawiało, że czułem się tu swobodniej niż w czterech ścianach.
- Zwaszywsy na to, sze nie jest jusz lano, to faktycznie… Nie są polanne. - Wzruszyłem ramionami - to nie było coś, nad czym był sens się rozwodzić. - W któlymś momencie ci przejdzie. Nie trwa to pszecies cały czas. - Nie czekałem, aż odpowie - po prostu odwróciłem się i ruszyłem w pokrzywy. Ostrożnie, ale szybko, rozgarnąłem łodygi, sięgnąłem głębiej, by zebrać garść liści, które wyglądały na świeże i zdrowe. Zerwałem kilka małych listków, potem jeszcze parę, aż miałem ich w dłoni mniej więcej tyle, ile uważałem za stosowne w tej sytuacji. Nie chodziło o żadne magiczne uzdrawianie, raczej o prosty, stary sposób, którego używało się w terenie. Wróciłem z nimi, podając jej jakby nigdy nic i wyciągając dłoń po noże. Przyjąłem je od niej, od razu zerkając na ostrza - były lekko wilgotne od soku z kory, więc przetarłem je rękawem, jeden po drugim, aż metal znów błysnął w świetle.
Kiedy usłyszałem, w jaki sposób spytała, co to w ogóle jest i czy można to jeść, parsknąłem cicho, podnosząc kącik ust. Bez pytania sięgnąłem do jej dłoni, zabrałem dwa czy trzy listki i włożyłem je sobie do ust. Zacząłem przegryzać, czując charakterystyczny, chłodny posmak.
- Największym zagloszeniem mosze byś to, sze szczały na to salny i jelenie. - Rzuciłem półżartem, przeżuwając powoli. - Nie wiem, jak to szię nazywa, ale wiem, sze działa. - Potem znów wzruszyłem ramionami. Wyglądała na kogoś, kto nie do końca wierzył w takie metody, ale przynajmniej była gotowa spróbować. W końcu, gdy jesteś w lesie i czujesz, że zaraz zwalisz się z nóg, to nie masz luksusu kręcenia nosem na coś, co może pomóc, nawet jeśli nie pachnie jak znany eliksir pity z porcelanowej filiżanki. Spojrzałem na nią kątem oka, chcąc ocenić, czy liście już zaczynają działać, czy może trzeba będzie wymyślić coś innego i oparłem się lekko o pień drzewa, bawiąc się w dłoni jednym z noży.
Zapadła krótka cisza, w której słychać było tylko szelest liści i odległy trzask gałęzi pod czyimiś łapami. Obracałem w palcach jeden z noży, patrząc w bok. Las był spokojny, pachniał mchem, żywicą i tą wilgocią, która zapowiadała deszcz. W tym spokoju łatwiej było powiedzieć coś, co normalnie mogłoby zabrzmieć zbyt wprost. Spojrzałem na nią z ukosa i rzuciłem:
- Jak póśno? - Nie pytałem wprost, ale oboje wiedzieliśmy, o co chodzi. Nie rozwijałem pytania - nie musiałem - wystarczyło, że podniosłem brwi na moment, dając jej do zrozumienia, iż mam na myśli coś więcej niż godzinę.
- Zwaszywsy na to, sze nie jest jusz lano, to faktycznie… Nie są polanne. - Wzruszyłem ramionami - to nie było coś, nad czym był sens się rozwodzić. - W któlymś momencie ci przejdzie. Nie trwa to pszecies cały czas. - Nie czekałem, aż odpowie - po prostu odwróciłem się i ruszyłem w pokrzywy. Ostrożnie, ale szybko, rozgarnąłem łodygi, sięgnąłem głębiej, by zebrać garść liści, które wyglądały na świeże i zdrowe. Zerwałem kilka małych listków, potem jeszcze parę, aż miałem ich w dłoni mniej więcej tyle, ile uważałem za stosowne w tej sytuacji. Nie chodziło o żadne magiczne uzdrawianie, raczej o prosty, stary sposób, którego używało się w terenie. Wróciłem z nimi, podając jej jakby nigdy nic i wyciągając dłoń po noże. Przyjąłem je od niej, od razu zerkając na ostrza - były lekko wilgotne od soku z kory, więc przetarłem je rękawem, jeden po drugim, aż metal znów błysnął w świetle.
Kiedy usłyszałem, w jaki sposób spytała, co to w ogóle jest i czy można to jeść, parsknąłem cicho, podnosząc kącik ust. Bez pytania sięgnąłem do jej dłoni, zabrałem dwa czy trzy listki i włożyłem je sobie do ust. Zacząłem przegryzać, czując charakterystyczny, chłodny posmak.
- Największym zagloszeniem mosze byś to, sze szczały na to salny i jelenie. - Rzuciłem półżartem, przeżuwając powoli. - Nie wiem, jak to szię nazywa, ale wiem, sze działa. - Potem znów wzruszyłem ramionami. Wyglądała na kogoś, kto nie do końca wierzył w takie metody, ale przynajmniej była gotowa spróbować. W końcu, gdy jesteś w lesie i czujesz, że zaraz zwalisz się z nóg, to nie masz luksusu kręcenia nosem na coś, co może pomóc, nawet jeśli nie pachnie jak znany eliksir pity z porcelanowej filiżanki. Spojrzałem na nią kątem oka, chcąc ocenić, czy liście już zaczynają działać, czy może trzeba będzie wymyślić coś innego i oparłem się lekko o pień drzewa, bawiąc się w dłoni jednym z noży.
Zapadła krótka cisza, w której słychać było tylko szelest liści i odległy trzask gałęzi pod czyimiś łapami. Obracałem w palcach jeden z noży, patrząc w bok. Las był spokojny, pachniał mchem, żywicą i tą wilgocią, która zapowiadała deszcz. W tym spokoju łatwiej było powiedzieć coś, co normalnie mogłoby zabrzmieć zbyt wprost. Spojrzałem na nią z ukosa i rzuciłem:
- Jak póśno? - Nie pytałem wprost, ale oboje wiedzieliśmy, o co chodzi. Nie rozwijałem pytania - nie musiałem - wystarczyło, że podniosłem brwi na moment, dając jej do zrozumienia, iż mam na myśli coś więcej niż godzinę.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)