06.08.2025, 14:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2025, 14:39 przez Lorien Mulciber.)
Lorien Mulciber nigdy nie uchodziła za specjalnie czułą osobę. Ani w pracy, gdzie przylgnął do niej jakże przemiły przydomek “wrednej biurwy”, ewentualnie “dementora w spódnicy”, ani tak naprawdę w zwykłych relacjach towarzyskich, gdzie każda głębsza emocja wiązała się z ryzykiem, którego podejmować po prostu nie chciała. Mogła się uśmiechać; potrafiła być szalenie uprzejma, gdy wymagała tego sytuacja; w zaciszu domowym pozostawała cicha i pogodna, z reguły zamknięta na wszelkie radości świata. Do niedawna jeszcze była zwyczajnie w świecie szalenie smutną osobą. Piękną, ale dogłębnie smutną.
Zmiany w Lorien następowały powoli, od czasu powrotu z Rumunii, a jednak były wyraźne. Poprawiła sobie kota w objęciach, patrząc na niego czule; drapiąc morderczą maszynę zniszczenia, owego wysłannika armagedonu i diabelskiego posłańca, za uszkiem.
Uniosła jednak brwi, gdy przez ułamek sekundy dosłownie, mignęły jej wojenne rany na nadgarstkach Anthony’ego. Doprawdy powinien bardziej uważać! Podniosła opuszkami koci pyszczek, a Kot kichnął i mlasnął leniwie. Wyglądał tak jak zawsze - na wyjątkowo obrażonego i znudzonego.
- Twój przyjaciel nie zszedł z posterunku. Szukał Cię, tak jak ja Cię szukałem.
Uśmiechnęła się jeszcze trochę szerzej, bo chociaż Kot tak jak to miał w swoim wyssanym z mlekiem francuskiej kociej matki zwyczaju, kompletnie angielszczyznę Shafiqa zignorował. A jednak nieco bardziej nadstawił grzbiet do głaskania, jakby oczekiwał kolejnej dawki pochwał. Był w końcu kocim bohaterem! Nawet ten gruboskórny i brutalny Człek tak mówił. Cholera wie dlaczego Pani spędzała z nim tyle czasu. Może nie wiedziała, że on tak bezczelnie kota rach ciach magią i do koszyka wrzucił?! Trzeba było to Pani jakoś powiedzieć, albo ewentualnie samemu się z nim policzyć. Po kociemu. Nasikać mu do butów albo ugryźć w palec u nogi jak będzie spał.
- Szukałeś mnie?- Powtórzyła miękko po Anthonym, gdy już skończył zdawać relację z tego jak wygląda Little Hangleton. Tylko okna. To dobrze. Widziała tak wiele zniszczenia w ostatnich dniach, jej własna kamienica spłonęła praktycznie doszczętnie, nie mówiąc o ludziach, których słuchała głośno rozpaczających na korytarzu - stracili dorobek życia, domy, rodziny… Rodzina. Przełknęła z trudem ślinę, wiedząc, że tak czy inaczej będzie musiała o tym z przyjacielem porozmawiać. List od Alexcandra leżał złożony na stoliku, niczym wyrzut sumienia.- Anthony… Ja… Muszę wrócić do domu. Do Mulciber Manor.- Powiedziała powoli, smakując w ustach każde kolejne słowo.- Bardzo Ci dziękuję za gościnę w ostatnich dniach, ale zrozumiałam, że… To tam jest moje miejsce. Zwłaszcza teraz.- Nie mówiła tego z żalem, ale w jej głosie brakowało też szczerej wdzięczności i jakiegokolwiek miejsca na dyskusję czy negocjację. Miejsce pani Mulciber zawsze było gdzieś w tamtych murach, pomiędzy wrzosowiskami na wzgórzu. Nie mogła złamać tradycji. Nie chciała jej łamać.- Przykro mi z powodów Ptolemeusza. To mądra bestia, na pewno wróci.- Zmieniła gładko temat. Jej Paul też ucierpiał, choć uniknął strasznego losu tak wielu zestrzelonych i zamordowanych ptaków pocztowych.
Co się wydarzyło?
To nie było takie proste do opowiedzenia jak się mogło wydawać. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby się zastanowić.
- Nad ranem chciałam wrócić do Ministerstwa. Upewnić się, że wszystko jest w porządku i nic nie zginęło. Mam otwartych kilka poważnych spraw...- Podrapała kota po grzbiecie, poświęcając mu kolejne długie sekundy uwagi.- Nie zdążyłam, bo zaatakował mnie jakiś człowiek… Ktoś kto podawał się za syna mężczyzny, który zmarł w Azkabanie rok czy dwa lata temu. Nie mogłam zareagować. Spanikowałam i... puff.- Machnęła wolną ręką, rozczapierzając palce jakby to były ptasie skrzydła.- Puff…- Powtórzyła w zamyśleniu. Szybko się jednak otrząsnęła, gdy Kot podniósł łeb, a Lorien zacmokała nad nim, zmieniając ton na typowy przesłodzony, ckliwy głosik kociej mamy.
- A może wsadzimy niedobrego Pana do więzienia, hmm? Nie będzie nas taki chuj atakował już nigdy więcej.- Zaszczebiotała, a sierściuch jedynie machnął leniwie ogonem, wyraźnie ukontentowany wizją wpakowania do Piekła kolejnej osoby. Czarownica spojrzała już spokojniej w stronę Anthony'ego. Odkaszlnęła cicho.
- Nie pamiętam dobrze co było dalej, spróbuję sobie przypomnieć przed składaniem zeznań. Ale przyniesiono mnie tutaj i mam siedzieć do niedzieli. Jakbym nie miała nic lepszego do roboty! Ale Basilius nie chce słyszeć o wcześniejszym zwolnieniu.
Zmiany w Lorien następowały powoli, od czasu powrotu z Rumunii, a jednak były wyraźne. Poprawiła sobie kota w objęciach, patrząc na niego czule; drapiąc morderczą maszynę zniszczenia, owego wysłannika armagedonu i diabelskiego posłańca, za uszkiem.
Uniosła jednak brwi, gdy przez ułamek sekundy dosłownie, mignęły jej wojenne rany na nadgarstkach Anthony’ego. Doprawdy powinien bardziej uważać! Podniosła opuszkami koci pyszczek, a Kot kichnął i mlasnął leniwie. Wyglądał tak jak zawsze - na wyjątkowo obrażonego i znudzonego.
- Twój przyjaciel nie zszedł z posterunku. Szukał Cię, tak jak ja Cię szukałem.
Uśmiechnęła się jeszcze trochę szerzej, bo chociaż Kot tak jak to miał w swoim wyssanym z mlekiem francuskiej kociej matki zwyczaju, kompletnie angielszczyznę Shafiqa zignorował. A jednak nieco bardziej nadstawił grzbiet do głaskania, jakby oczekiwał kolejnej dawki pochwał. Był w końcu kocim bohaterem! Nawet ten gruboskórny i brutalny Człek tak mówił. Cholera wie dlaczego Pani spędzała z nim tyle czasu. Może nie wiedziała, że on tak bezczelnie kota rach ciach magią i do koszyka wrzucił?! Trzeba było to Pani jakoś powiedzieć, albo ewentualnie samemu się z nim policzyć. Po kociemu. Nasikać mu do butów albo ugryźć w palec u nogi jak będzie spał.
- Szukałeś mnie?- Powtórzyła miękko po Anthonym, gdy już skończył zdawać relację z tego jak wygląda Little Hangleton. Tylko okna. To dobrze. Widziała tak wiele zniszczenia w ostatnich dniach, jej własna kamienica spłonęła praktycznie doszczętnie, nie mówiąc o ludziach, których słuchała głośno rozpaczających na korytarzu - stracili dorobek życia, domy, rodziny… Rodzina. Przełknęła z trudem ślinę, wiedząc, że tak czy inaczej będzie musiała o tym z przyjacielem porozmawiać. List od Alexcandra leżał złożony na stoliku, niczym wyrzut sumienia.- Anthony… Ja… Muszę wrócić do domu. Do Mulciber Manor.- Powiedziała powoli, smakując w ustach każde kolejne słowo.- Bardzo Ci dziękuję za gościnę w ostatnich dniach, ale zrozumiałam, że… To tam jest moje miejsce. Zwłaszcza teraz.- Nie mówiła tego z żalem, ale w jej głosie brakowało też szczerej wdzięczności i jakiegokolwiek miejsca na dyskusję czy negocjację. Miejsce pani Mulciber zawsze było gdzieś w tamtych murach, pomiędzy wrzosowiskami na wzgórzu. Nie mogła złamać tradycji. Nie chciała jej łamać.- Przykro mi z powodów Ptolemeusza. To mądra bestia, na pewno wróci.- Zmieniła gładko temat. Jej Paul też ucierpiał, choć uniknął strasznego losu tak wielu zestrzelonych i zamordowanych ptaków pocztowych.
Co się wydarzyło?
To nie było takie proste do opowiedzenia jak się mogło wydawać. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby się zastanowić.
- Nad ranem chciałam wrócić do Ministerstwa. Upewnić się, że wszystko jest w porządku i nic nie zginęło. Mam otwartych kilka poważnych spraw...- Podrapała kota po grzbiecie, poświęcając mu kolejne długie sekundy uwagi.- Nie zdążyłam, bo zaatakował mnie jakiś człowiek… Ktoś kto podawał się za syna mężczyzny, który zmarł w Azkabanie rok czy dwa lata temu. Nie mogłam zareagować. Spanikowałam i... puff.- Machnęła wolną ręką, rozczapierzając palce jakby to były ptasie skrzydła.- Puff…- Powtórzyła w zamyśleniu. Szybko się jednak otrząsnęła, gdy Kot podniósł łeb, a Lorien zacmokała nad nim, zmieniając ton na typowy przesłodzony, ckliwy głosik kociej mamy.
- A może wsadzimy niedobrego Pana do więzienia, hmm? Nie będzie nas taki chuj atakował już nigdy więcej.- Zaszczebiotała, a sierściuch jedynie machnął leniwie ogonem, wyraźnie ukontentowany wizją wpakowania do Piekła kolejnej osoby. Czarownica spojrzała już spokojniej w stronę Anthony'ego. Odkaszlnęła cicho.
- Nie pamiętam dobrze co było dalej, spróbuję sobie przypomnieć przed składaniem zeznań. Ale przyniesiono mnie tutaj i mam siedzieć do niedzieli. Jakbym nie miała nic lepszego do roboty! Ale Basilius nie chce słyszeć o wcześniejszym zwolnieniu.