02.08.2025, 22:39 ✶
Dobrze, że Bott miał wprawę w noszeniu worków ziemniaków. Nawet większą jak w noszeniu pięknych panien czy ludzi ogólnie, więc aktualny stan skupienia Primrose chyba nieco ułatwiał sprawę. Wydawał się o wiele bardziej... znajomy, chociaż na całe szczęście Berie nie zapomniał się kompletnie i po wyjściu z budynku nie ciepnął jej, jak te kartofle, na ziemię tylko odstawił delikatnie na nogi.
Cóż to była za przygoda - Fasolkowy Magnat nigdy nie uważał się za bohatera, tak samo z resztą jak i osobę skłonną do wskakiwania w płomienie za innymi. Oczywiście, miliony wręcz razy zapewniał przyjaciół, że przecież skoczyłby za nimi w ogień, ale do tego momentu rzeczywistość nie była w stanie go zweryfikować.
A teraz? Teraz trzęsły mu się ręce. Czuł się jak w delirce, a przynajmniej spodziewał się, ze tak mogły się czuć osoby w podobnym stanie. Duszno mu było i trochę gorąco, ale pewnie gdyby się nad tym chociaż odrobinę zastanowił, to doszedłby do wniosku ze to akurat była wina prawie spalenia się przed chwilą w domostwie Lestrange'ów.
Zawiesił spojrzenie na jakimś odległym punkcie, idąc za jakąś dawno przeczytaną radą, żeby w momentach roztrzęsienia, znaleźć jakieś rzeczy oddziałujące na dany zmysł. Kolor? Szarość unoszących się nad głowami chmur dymu. Zapach? Spalenizny, oczywiście, bo czego innego. Faktura? Czuł odrętwienie tkaniny, która stężała miejscami od temperatury, najpewniej wtedy gdy upadł. Dźwięk?
Wyprostował się, jakby miało to trochę pomóc z tym, jak żałośnie się czuł. Nie było żadnego bohaterskiego zachłyśnięcia własną dumą i samozadowoleniem, a zwyczajne zmartwienie co do tego, co działo się dookoła. To nie była tragedia, a katastrofa naturalna i wszyscy zdawali się cierpieć w niej jednocześnie. Odwrócił się do Primrose, krzesząc z siebie miły, chociaż wyraźnie nerwowy uśmiech.
- Panno Lestrange, przepraszam. Może wydostanie się z domu nie było idealne, ale... bałem się, że coś się pani stanie. Jeśli ten kotek był naprawdę taki ważny... może da się go nareperować? Znam pełno bardzo dokładnych, rzetelnych rzemieślników, przysięgam.
Cóż to była za przygoda - Fasolkowy Magnat nigdy nie uważał się za bohatera, tak samo z resztą jak i osobę skłonną do wskakiwania w płomienie za innymi. Oczywiście, miliony wręcz razy zapewniał przyjaciół, że przecież skoczyłby za nimi w ogień, ale do tego momentu rzeczywistość nie była w stanie go zweryfikować.
A teraz? Teraz trzęsły mu się ręce. Czuł się jak w delirce, a przynajmniej spodziewał się, ze tak mogły się czuć osoby w podobnym stanie. Duszno mu było i trochę gorąco, ale pewnie gdyby się nad tym chociaż odrobinę zastanowił, to doszedłby do wniosku ze to akurat była wina prawie spalenia się przed chwilą w domostwie Lestrange'ów.
Zawiesił spojrzenie na jakimś odległym punkcie, idąc za jakąś dawno przeczytaną radą, żeby w momentach roztrzęsienia, znaleźć jakieś rzeczy oddziałujące na dany zmysł. Kolor? Szarość unoszących się nad głowami chmur dymu. Zapach? Spalenizny, oczywiście, bo czego innego. Faktura? Czuł odrętwienie tkaniny, która stężała miejscami od temperatury, najpewniej wtedy gdy upadł. Dźwięk?
Wyprostował się, jakby miało to trochę pomóc z tym, jak żałośnie się czuł. Nie było żadnego bohaterskiego zachłyśnięcia własną dumą i samozadowoleniem, a zwyczajne zmartwienie co do tego, co działo się dookoła. To nie była tragedia, a katastrofa naturalna i wszyscy zdawali się cierpieć w niej jednocześnie. Odwrócił się do Primrose, krzesząc z siebie miły, chociaż wyraźnie nerwowy uśmiech.
- Panno Lestrange, przepraszam. Może wydostanie się z domu nie było idealne, ale... bałem się, że coś się pani stanie. Jeśli ten kotek był naprawdę taki ważny... może da się go nareperować? Znam pełno bardzo dokładnych, rzetelnych rzemieślników, przysięgam.