02.08.2025, 07:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2025, 07:11 przez Alexander Mulciber.)
Alex zgodził się na spotkanie z Robertem w czerwcu, bo ciekawiło go, co takiego zobaczyła Lorien Crouch w człowieku, którego on sam postrzegał za nic nieznaczącego. Zapytywał sam siebie... Co przeoczył? Dlaczego właśnie on? Dlaczego ze wszystkich mężczyzn wybrać musiała Roberta Mulcibera?
"Ty imbecylu", wyszeptała, będąc na skraju łez. "Przecież wiesz dlaczego".
Pozwolił, aby poprowadziła jego ręce wzdłuż swojego ciała, powoli, jak gdyby poznawali się jako i ślepcy, którzy nie mają nic poza dotykiem. Patrzył na nią. Po prostu patrzył. Przesunął rękoma wyżej, wzdłuż odsłoniętego ramienia, dotykając ją po raz pierwszy tak, jak mężczyzna winien dotykać kobietę. Nigdy jej tak nie dotykał. Nie w taki sposób. Wiedziała, że kochał ją zbyt mocno, aby kochać ją w taki sposób. Takim mnie widzisz?, pytały jego oczy, gdy przyciągnął ją blisko, bliżej, na odległość oddechu. Takim mnie chcesz?
Oddech miał ciepły, ale oczy zimne. Oboje byli zimni, zimni i zarazem desperacko spragnieni ciepła. Drżała, choć nie pod jego dotykiem, jego dłonie także drżały, choć nie z jej powodu, zbyt dobrze się znali, zbyt długo. Wciąż jednak oddychali zbyt głośno. Alexader zacisnął powieki, gdy poczuł na twarzy włosy Lorien, pachnące jaśminem. Czasem widział więcej z zamkniętymi oczami. Widział jej wymizerowaną twarz, wątłe ramiona, wystające spod skóry kości. Pod palcami wyczuwał obrys żeber, próbujących przebić się przez delikatny materiał wieczorowej sukni. Wypuścił gwałtownie powietrze, podnosząc na nią oczy, spod półprzymkniętych powiek obserwując, jak wyciąga dłoń, aby pogładzić go pieszczotliwie po policzku. Pozwolił jej na to. Pozwolił jej na wszystko.
– Lorien. – Jak ciężko zabrzmiało jej imię na jego ustach. Jak gdyby w tym jednym słowie zawarł wszystko, co nagle zwaliło mu się na pierś. Dlaczego nigdy nie słuchasz?, zdawał się pytać, ogarnięty desperacją niemal. Ty idiotko, chciały wycedzić hardo zaciśnięte zęby, ale zamiast tego zaciskały się ręce, nie pozwalając jej odsunąć się zbyt daleko. Myślisz, że chciałem dla ciebie źle?, pytały oczy Alexandra, tak różne od oczu jego brata, choć twarze mieli przecież tak podobne. Alexander nie był swoim bratem. Nie był Donaldem, który chciał pożreć cały świat, a potem wyczyścić zęby jego kośćmi, jak wykałaczką. Myślisz, że na złość tylko robiłem wszystko, żebyś porzuciła te swoje śmieszne, panieńskie marzenia o ślubie z nim? Wiedziała, że nic dobrego nie czeka rodziny Mulciber.
Wiedziała, a jednak przyjęła to nazwisko, chociaż była świadoma tego, że przyjmuje na swoje wątłe barki kolejną klątwę.
Teraz, gdy dotykała go swą zimną, trupią dłonią, dysząc mu w twarz śmiercią, Alexander mógł myśleć tylko o tym, która z tych klątw zabije ją najpierw.
Śmierć. Śmierć jest początkiem i końcem, zwykła powtarzać Selina Mulciber, modląc się przed ołtarzykiem, na którym trzymała wizerunki swych bogów. Bogowie jego matki byli stertą kości, z których odarto mięso, a na swą wyznawczynię patrzyli pustymi oczodołami nagich czaszek. Wszystko zaczęło się i skończyło zarazem ze śmiercią jego ojca, zrozumiał. Wtedy, gdy Donald został głową rodu. Czy to wtedy Lorien zdecydowała się wyjść za Roberta? Czy to wtedy Alexander postanowił poślubić Lorettę?
To, jak Lorien kochała Roberta, w gruncie rzeczy, niewiele różniło się od tego, jak Alexander kochał Lorettę.
Gdy ułożyła wcześniej głowę na jego ramieniu, poczuł spokój. Może to właśnie to uczucie kupowała tym małżeństwem, pomyślał. Spokój.
Czy nie chciał tego samego, gdy uganiał się za Lorettą? Spokoju?
Chciał żeby wszystko było tak, jak trzeba. Nie było przecież wyższej wartości niż rodzina. Wziął więc sobie czystej krwi żonę bez bagażu przeszłości. Pokazał jej najgorszą wersją siebie, a skoro nie mógł upaść niżej, przekonywał się, mogło być już tylko lepiej. Może i nie kochał jej tak, jak powinien. Może i kontrolował chwile zbliżeń, zawsze trzymając ją na odległość, w oddaleniu od rzeczy, które były dla niego naprawdę ważne. W oddaleniu od zamętu, jaki panował zawsze w umyśle jasnowidza. A jednak przyrzekł jej przed jedynymi bogami, w jakich wierzył, aby powstrzymać pokusę porzucenia swych przyrzeczeń. Nawet jej nie musiał do niczego przymuszać, wyszła za niego z własnej woli, chciała za niego wyjść, chociaż wiedziała, jaki jest.
Wszystko było tak, jak trzeba.
Nic nie było tak, jak trzeba.
Alexander Mulciber nie był dobrym mężem. Nie był nawet dobrym człowiekiem. Wciąż jednak mógł być lepszy od swojego ojca.
W przeciwieństwie do niego nie wybrał żony z miłości, bo rzeczy, które robił z miłości, nie były nigdy dobre.
Przymknął oczy, przytrzymując delikatnie dłoń Lorien, która przytknęła mu różdżkę do skroni. Przez chwilę po prostu milczał, jak gdyby z trudem przychodziło mu znalezienie odpowiedniego wspomnienia. Niewiele miał szczęśliwych wspomnień z tego lata. Wszystkie podszyte były smutkiem, nawet wtedy, gdy przekonywał się, że powinien być szczęśliwy. A jednak...
Leżał z Dianą na podłodze. "Śniłem o tobie we Francji", powiedział jej. Patrzył w górę, w sufit. Patrzył w gwiazdy. Gwiazdy, które przykleił do sufitu swej dziecinnej sypialni zaklęciem trwałego przylepca. Świeciły w ciemności. "Czy to były miłe sny", spytała, biorąc od niego tlącego się papierosa. Zastanawiał się nad odpowiedzią, śledząc unoszącą się nad nimi smużkę dymu papierosowego. "Trudno orzec", odpowiedział w końcu. Dym połączył ze sobą gwiazdy w konstelacji Węża, przemknął dalej, niczym strzała wystrzelona przez Strzelca, sięgając aż po gwiazdozbiór Herkulesa. "Zawsze odchodziłaś. Zawsze odchodziłaś zanim zdążyłem cię złapać." Odpowiedziała mu śmiechem, odwrócił więc głowę, żeby na nią spojrzeć, ale wówczas wspomnienie rozwiało się, a otulające go włosy nie przypominały już dłużej blond włosów Diany. Były ciemne i kręcone. Jak gdyby przeszłość zaczęła mieszać się z teraźniejszością, zwodząc pamięć wizjami słów, które nigdy nie padły, a powinny paść. Jak wiele z jego wspomnień tak wyglądało? Na wpół zatarte, przerywane przez premonicje, równie realne co rzeczywistość wokół. A jednak wszystko wydawało się tak prawdziwe. Prawdziwa była jej dłoń na jego policzku. Jej oddech, bicie jej serca. Szept nad jego uchem, przypominający westchnienie.
Szeptała bowiem do ucha, na które nie słyszał.
– Umrze razem z tobą – powiedział, oddając Lorien wspomnienie. – Zostawi po sobie pustkę, której nie będę potrafił wypełnić. – Tak jak ty, pomyślał, tak jak ty. – Ale najpierw poniesiesz je na swoich skrzydłach. Najpierw dasz mu wiatr. Może we śnie polecę kiedyś z tobą. Polecimy razem, kiedy stracę oko, jak Odyn, i zmienię się w kruka. I... – Wplótł palce między loki, w które skręcały się ciemne włosy kobiety, zanim pociągnął ją ku sobie, i przytrzymał, nie zdając sobie nawet sprawy, jak rozpaczliwie. Nie chciał jej wypuścić z rąk. Zawsze wiedział, że będzie kiedyś musiał zadowolić się wygwizdaniem znanej obojgu melodii ku niebu, które miało stać się jej domeną, jej domem. Nie wiedział jednak, że stanie się nim tak prędko. Ile czasu nam zostało, chciał spytać, ile czasu, Lorien? Szarpnął, brutalnie niemal, zbliżając jej twarz do swojej tak, że stykali się nosami. – ...Już się nie odmienię – zanucił chrapliwie końcówkę piosenki, zniżając głos niemal do szeptu, zanim powtórzył melodię, przechodząc na miękki, romski dialekt, bo słowa, które padały w tym języku zawsze brzmiały czulej. Zawsze brzmiały prawdziwiej. – Już się nie odmienię.
Ptak, czy kobieta? Które z nich zbierało cygańskie piosnki jego matki? Czy to ptak zagarniał je dziobem, kryjąc je głęboko pośród pierza, którym miał wymościć sobie kiedyś gniazdo? Czy to pożądała kobieta, niewiele wyższa od dziewczynki, która musiała stawać na palcach, żeby przytulić się do śpiewającej Seliny? Dawno już zrozumiał, że granica była płynna, a może nawet nie istniała, i tak jak współistniały ze sobą Lorien Crouch, Lorien Prewett i Lorien Mulciber, tak nie było rozdźwięku między Lorien a ptakiem, bo jedno zdawało się dopełniać drugie. Czym różnił się kochający błyskotki ptak od kobiety obwieszonej od stóp do głowy biżuterią? Chciwość tych dwojga był w stanie zaspokoić tylko bezkres nieba. Bo Lorien była chciwa. Chciwa władzy, chciwa zaszczytów, chciwa miłości. Jej chciwość trzepotała gwałtownie zachłannymi skrzydłami, kłapała wygłodniałym dziobem, jak nowonarodzone pisklę, moje, skrzeczała, moje, moje! Przypuszczał, że wydłubałaby mu oko, gdyby nie oddał jej wspomnienia. Wątpił bowiem, aby wciąż wierzyła w jego duszę, po tym jak wpił palce w jej odsłonięte ciało.
Moje, moje, moje.
Wcale nie był od niej lepszy.
– Zaśpiewaj – zażądał, z różdżką tuż przy jej szyi. Wciąż jeszcze trzymał rękę wplecioną w jej włosy. – Zaśpiewaj tylko dla mnie.
"Ty imbecylu", wyszeptała, będąc na skraju łez. "Przecież wiesz dlaczego".
Pozwolił, aby poprowadziła jego ręce wzdłuż swojego ciała, powoli, jak gdyby poznawali się jako i ślepcy, którzy nie mają nic poza dotykiem. Patrzył na nią. Po prostu patrzył. Przesunął rękoma wyżej, wzdłuż odsłoniętego ramienia, dotykając ją po raz pierwszy tak, jak mężczyzna winien dotykać kobietę. Nigdy jej tak nie dotykał. Nie w taki sposób. Wiedziała, że kochał ją zbyt mocno, aby kochać ją w taki sposób. Takim mnie widzisz?, pytały jego oczy, gdy przyciągnął ją blisko, bliżej, na odległość oddechu. Takim mnie chcesz?
Oddech miał ciepły, ale oczy zimne. Oboje byli zimni, zimni i zarazem desperacko spragnieni ciepła. Drżała, choć nie pod jego dotykiem, jego dłonie także drżały, choć nie z jej powodu, zbyt dobrze się znali, zbyt długo. Wciąż jednak oddychali zbyt głośno. Alexader zacisnął powieki, gdy poczuł na twarzy włosy Lorien, pachnące jaśminem. Czasem widział więcej z zamkniętymi oczami. Widział jej wymizerowaną twarz, wątłe ramiona, wystające spod skóry kości. Pod palcami wyczuwał obrys żeber, próbujących przebić się przez delikatny materiał wieczorowej sukni. Wypuścił gwałtownie powietrze, podnosząc na nią oczy, spod półprzymkniętych powiek obserwując, jak wyciąga dłoń, aby pogładzić go pieszczotliwie po policzku. Pozwolił jej na to. Pozwolił jej na wszystko.
– Lorien. – Jak ciężko zabrzmiało jej imię na jego ustach. Jak gdyby w tym jednym słowie zawarł wszystko, co nagle zwaliło mu się na pierś. Dlaczego nigdy nie słuchasz?, zdawał się pytać, ogarnięty desperacją niemal. Ty idiotko, chciały wycedzić hardo zaciśnięte zęby, ale zamiast tego zaciskały się ręce, nie pozwalając jej odsunąć się zbyt daleko. Myślisz, że chciałem dla ciebie źle?, pytały oczy Alexandra, tak różne od oczu jego brata, choć twarze mieli przecież tak podobne. Alexander nie był swoim bratem. Nie był Donaldem, który chciał pożreć cały świat, a potem wyczyścić zęby jego kośćmi, jak wykałaczką. Myślisz, że na złość tylko robiłem wszystko, żebyś porzuciła te swoje śmieszne, panieńskie marzenia o ślubie z nim? Wiedziała, że nic dobrego nie czeka rodziny Mulciber.
Wiedziała, a jednak przyjęła to nazwisko, chociaż była świadoma tego, że przyjmuje na swoje wątłe barki kolejną klątwę.
Teraz, gdy dotykała go swą zimną, trupią dłonią, dysząc mu w twarz śmiercią, Alexander mógł myśleć tylko o tym, która z tych klątw zabije ją najpierw.
Śmierć. Śmierć jest początkiem i końcem, zwykła powtarzać Selina Mulciber, modląc się przed ołtarzykiem, na którym trzymała wizerunki swych bogów. Bogowie jego matki byli stertą kości, z których odarto mięso, a na swą wyznawczynię patrzyli pustymi oczodołami nagich czaszek. Wszystko zaczęło się i skończyło zarazem ze śmiercią jego ojca, zrozumiał. Wtedy, gdy Donald został głową rodu. Czy to wtedy Lorien zdecydowała się wyjść za Roberta? Czy to wtedy Alexander postanowił poślubić Lorettę?
To, jak Lorien kochała Roberta, w gruncie rzeczy, niewiele różniło się od tego, jak Alexander kochał Lorettę.
Gdy ułożyła wcześniej głowę na jego ramieniu, poczuł spokój. Może to właśnie to uczucie kupowała tym małżeństwem, pomyślał. Spokój.
Czy nie chciał tego samego, gdy uganiał się za Lorettą? Spokoju?
Chciał żeby wszystko było tak, jak trzeba. Nie było przecież wyższej wartości niż rodzina. Wziął więc sobie czystej krwi żonę bez bagażu przeszłości. Pokazał jej najgorszą wersją siebie, a skoro nie mógł upaść niżej, przekonywał się, mogło być już tylko lepiej. Może i nie kochał jej tak, jak powinien. Może i kontrolował chwile zbliżeń, zawsze trzymając ją na odległość, w oddaleniu od rzeczy, które były dla niego naprawdę ważne. W oddaleniu od zamętu, jaki panował zawsze w umyśle jasnowidza. A jednak przyrzekł jej przed jedynymi bogami, w jakich wierzył, aby powstrzymać pokusę porzucenia swych przyrzeczeń. Nawet jej nie musiał do niczego przymuszać, wyszła za niego z własnej woli, chciała za niego wyjść, chociaż wiedziała, jaki jest.
Wszystko było tak, jak trzeba.
Nic nie było tak, jak trzeba.
Alexander Mulciber nie był dobrym mężem. Nie był nawet dobrym człowiekiem. Wciąż jednak mógł być lepszy od swojego ojca.
W przeciwieństwie do niego nie wybrał żony z miłości, bo rzeczy, które robił z miłości, nie były nigdy dobre.
Przymknął oczy, przytrzymując delikatnie dłoń Lorien, która przytknęła mu różdżkę do skroni. Przez chwilę po prostu milczał, jak gdyby z trudem przychodziło mu znalezienie odpowiedniego wspomnienia. Niewiele miał szczęśliwych wspomnień z tego lata. Wszystkie podszyte były smutkiem, nawet wtedy, gdy przekonywał się, że powinien być szczęśliwy. A jednak...
Leżał z Dianą na podłodze. "Śniłem o tobie we Francji", powiedział jej. Patrzył w górę, w sufit. Patrzył w gwiazdy. Gwiazdy, które przykleił do sufitu swej dziecinnej sypialni zaklęciem trwałego przylepca. Świeciły w ciemności. "Czy to były miłe sny", spytała, biorąc od niego tlącego się papierosa. Zastanawiał się nad odpowiedzią, śledząc unoszącą się nad nimi smużkę dymu papierosowego. "Trudno orzec", odpowiedział w końcu. Dym połączył ze sobą gwiazdy w konstelacji Węża, przemknął dalej, niczym strzała wystrzelona przez Strzelca, sięgając aż po gwiazdozbiór Herkulesa. "Zawsze odchodziłaś. Zawsze odchodziłaś zanim zdążyłem cię złapać." Odpowiedziała mu śmiechem, odwrócił więc głowę, żeby na nią spojrzeć, ale wówczas wspomnienie rozwiało się, a otulające go włosy nie przypominały już dłużej blond włosów Diany. Były ciemne i kręcone. Jak gdyby przeszłość zaczęła mieszać się z teraźniejszością, zwodząc pamięć wizjami słów, które nigdy nie padły, a powinny paść. Jak wiele z jego wspomnień tak wyglądało? Na wpół zatarte, przerywane przez premonicje, równie realne co rzeczywistość wokół. A jednak wszystko wydawało się tak prawdziwe. Prawdziwa była jej dłoń na jego policzku. Jej oddech, bicie jej serca. Szept nad jego uchem, przypominający westchnienie.
Szeptała bowiem do ucha, na które nie słyszał.
– Umrze razem z tobą – powiedział, oddając Lorien wspomnienie. – Zostawi po sobie pustkę, której nie będę potrafił wypełnić. – Tak jak ty, pomyślał, tak jak ty. – Ale najpierw poniesiesz je na swoich skrzydłach. Najpierw dasz mu wiatr. Może we śnie polecę kiedyś z tobą. Polecimy razem, kiedy stracę oko, jak Odyn, i zmienię się w kruka. I... – Wplótł palce między loki, w które skręcały się ciemne włosy kobiety, zanim pociągnął ją ku sobie, i przytrzymał, nie zdając sobie nawet sprawy, jak rozpaczliwie. Nie chciał jej wypuścić z rąk. Zawsze wiedział, że będzie kiedyś musiał zadowolić się wygwizdaniem znanej obojgu melodii ku niebu, które miało stać się jej domeną, jej domem. Nie wiedział jednak, że stanie się nim tak prędko. Ile czasu nam zostało, chciał spytać, ile czasu, Lorien? Szarpnął, brutalnie niemal, zbliżając jej twarz do swojej tak, że stykali się nosami. – ...Już się nie odmienię – zanucił chrapliwie końcówkę piosenki, zniżając głos niemal do szeptu, zanim powtórzył melodię, przechodząc na miękki, romski dialekt, bo słowa, które padały w tym języku zawsze brzmiały czulej. Zawsze brzmiały prawdziwiej. – Już się nie odmienię.
Ptak, czy kobieta? Które z nich zbierało cygańskie piosnki jego matki? Czy to ptak zagarniał je dziobem, kryjąc je głęboko pośród pierza, którym miał wymościć sobie kiedyś gniazdo? Czy to pożądała kobieta, niewiele wyższa od dziewczynki, która musiała stawać na palcach, żeby przytulić się do śpiewającej Seliny? Dawno już zrozumiał, że granica była płynna, a może nawet nie istniała, i tak jak współistniały ze sobą Lorien Crouch, Lorien Prewett i Lorien Mulciber, tak nie było rozdźwięku między Lorien a ptakiem, bo jedno zdawało się dopełniać drugie. Czym różnił się kochający błyskotki ptak od kobiety obwieszonej od stóp do głowy biżuterią? Chciwość tych dwojga był w stanie zaspokoić tylko bezkres nieba. Bo Lorien była chciwa. Chciwa władzy, chciwa zaszczytów, chciwa miłości. Jej chciwość trzepotała gwałtownie zachłannymi skrzydłami, kłapała wygłodniałym dziobem, jak nowonarodzone pisklę, moje, skrzeczała, moje, moje! Przypuszczał, że wydłubałaby mu oko, gdyby nie oddał jej wspomnienia. Wątpił bowiem, aby wciąż wierzyła w jego duszę, po tym jak wpił palce w jej odsłonięte ciało.
Moje, moje, moje.
Wcale nie był od niej lepszy.
– Zaśpiewaj – zażądał, z różdżką tuż przy jej szyi. Wciąż jeszcze trzymał rękę wplecioną w jej włosy. – Zaśpiewaj tylko dla mnie.
Rzucam na zauroczenie, na to, żeby zmusić Lorien do zaśpiewania, bo słowo "proszę" jest dla mnie zbyt trudne do wymówienia.
Rzut N 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat