01.08.2025, 15:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2025, 15:15 przez Brenna Longbottom.)
Zabolało, ale nie aż tak bardzo – może nie uszkodziła się mocno, a może po prostu leki przeciwbólowe sprawiały, że jeszcze nie dotarło do niej w pełni, jakie skutki miał ten niemiły upadek. Nieco oszołomiona zaczęła zbierać się z podłogi, i nawet nie zdążyła ani odsunąć się od Basiliusa, ani mu odpowiedzieć, bo oto drzwi do schowka się otworzyły.
A ich wybawca zinterpretował sytuację po swojemu.
Gdyby to był dowolny inny dzień, Brenna pewnie wybuchłaby śmiechem, na cały ten absurd. Zamknięte drzwi, chochlik, upadek z krzesła i Octavian na dodatek. Nie roześmiała się histerycznie tylko dlatego, że nawet jeśli jej umysł był spowity oparami eliksirów, wciąż pamiętała, co działo się tej nocy: płonące budynki, dym nad Londynem, rannych i martwych.
Zamiast się śmiać westchnęła więc tylko, ostrożnie siadając.
– Nie, nic mi nie jest – zapewniła, a potem ostrożnie poruszyła rękami i nogami, upewniając się, że to „nic” nie odebrało jej mobilności. Sama była sobie winna, prawda? Nie musiała wchodzić na to krzesło ani w ogóle wstawać z łóżka. – A ty? Nic ci nie jest? Poza tym, że chyba Octavian będzie miał teraz bardzo złe zdanie o twoim guście. Jak życzył tego powodzenia, to brzmiało jak… jakby życzył powodzenia komuś, kto robi bardzo głupie rzeczy i podejmuje bardzo głupie wybory – stwierdziła, uśmiechając się, jak miała nadzieję pocieszająco, zanim powoli wstała. Nogi nie załamały się pod nią, nawet jeżeli jedna bolała, ale Brenna uznała, że ból mieści się w granicach znośności. – Ewentualnie eee… sądził, że próbuję cię zamordować i bał się, że wezmę na cel i jego? – zastanowiła się jeszcze, bo przecież Octavian poza tym powodzeniem jeszcze zapewniał, że go tutaj nie było.
Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę: i tym razem otworzyły się przed nią bez żadnych protestów.
– Chyba musisz znaleźć kogoś, kto pomoże ci odzyskać różdżkę – rzuciła, pochylając się jeszcze, aby zebrać książki, czekające na dostarczenie.
A ich wybawca zinterpretował sytuację po swojemu.
Gdyby to był dowolny inny dzień, Brenna pewnie wybuchłaby śmiechem, na cały ten absurd. Zamknięte drzwi, chochlik, upadek z krzesła i Octavian na dodatek. Nie roześmiała się histerycznie tylko dlatego, że nawet jeśli jej umysł był spowity oparami eliksirów, wciąż pamiętała, co działo się tej nocy: płonące budynki, dym nad Londynem, rannych i martwych.
Zamiast się śmiać westchnęła więc tylko, ostrożnie siadając.
– Nie, nic mi nie jest – zapewniła, a potem ostrożnie poruszyła rękami i nogami, upewniając się, że to „nic” nie odebrało jej mobilności. Sama była sobie winna, prawda? Nie musiała wchodzić na to krzesło ani w ogóle wstawać z łóżka. – A ty? Nic ci nie jest? Poza tym, że chyba Octavian będzie miał teraz bardzo złe zdanie o twoim guście. Jak życzył tego powodzenia, to brzmiało jak… jakby życzył powodzenia komuś, kto robi bardzo głupie rzeczy i podejmuje bardzo głupie wybory – stwierdziła, uśmiechając się, jak miała nadzieję pocieszająco, zanim powoli wstała. Nogi nie załamały się pod nią, nawet jeżeli jedna bolała, ale Brenna uznała, że ból mieści się w granicach znośności. – Ewentualnie eee… sądził, że próbuję cię zamordować i bał się, że wezmę na cel i jego? – zastanowiła się jeszcze, bo przecież Octavian poza tym powodzeniem jeszcze zapewniał, że go tutaj nie było.
Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę: i tym razem otworzyły się przed nią bez żadnych protestów.
– Chyba musisz znaleźć kogoś, kto pomoże ci odzyskać różdżkę – rzuciła, pochylając się jeszcze, aby zebrać książki, czekające na dostarczenie.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.