28.07.2025, 23:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2025, 16:16 przez Samuel McGonagall.)
Ból.
Cwał.
Korzeń.
Więcej bólu.
Czerwień, lepka czerwień oblepiała pyk i futro.
Krew na języku.
Własna? Cudza?
Cwał.
Ból.
Grzmot.
Był skołowany.
Był przerażony.
Jego futro zlepione było wodą i krwią broczącą z licznych ran.
Te drobne zrobił sobie sam. Chyba. Nie był pewien. Nie pamiętał. Liczył się tylko...
...cwał.
Bezpieczne miejsce.
Głuche uderzenie w pień.
Śmierć?
...czy to ona? Czy to naprawdę ona? Czy słyszał nad sobą pisk krogulczego demona, który przed laty zawłaszczył sobie ciało jego ukochanej matki? Cień, cień przemknął na niebie skąpanym czerwienią. Musiał wstać, musiał dotrzeć do... musiał...
Dźwignął cielsko i zatoczył się wyciskając z niedźwiedziej piersi jęki skargi do samego siebie. Łapy... w ruch... łapy w
Cwał.
Ból.
Szum krwi zlewał się w jedno z szumem deszczu i wszystko było.
Mokre.
Ostatkiem sił wyminął drzewo, ostatnie drzewo, zaraz polana, zaraz dom, zaraz schronienie, zaraz.
Uderzył bokiem w drzewo, w to ostatnie drzewo, ciało odmówiło mu posłuszeństwa, ciało wymusiło na nim przeraźliwy ryk konającego potwora, zaszczutego zwierza.
Musiał uciec.
Nie pamiętał przed czym, ale instynkt rwał go ku światłu.
Mdlista łuna otaczała ją, otaczała matkę, która w chwili próby postanowiła wyciągnąć ku niemu dłonie. Postanowiła złamać klątwę. Dla niego.
By nie musiał być sam.
Sam?
Sforsował płotek pozostawiając za sobą krwawy ślad momentalnie spłukiwany ścianą deszczu.
Woda, woda, wszystko płynie, tak jak jego życie spływało wąskimi strużkami w ziemię otaczającą chatę.
Nie jego chatę.
Wytracony impet przeszedł w bełkotliwe kroki. Zachwiał się w końcu i upadł dwa kroki do celu.
– Mamo... – wyszeptał, na pograniczu jawy i snu, wyciągając ku niej łapę, wyciągając rękę, gdy magia opuszczała zwierzęcą formę przywracając tą, która była mu przydana urodzeniem. Ludzką. Kruchą. Śmiertelną.
Czerń podejmowała kolejne próby zaciśnięcia się na jego rozpalonym gorączką umyśle, półnagie ciało naznaczone cięciami cierni ale też głębokich ran od pazurów po minionej najwidoczniej walce trawił wrzątek, którego nie gasiło bynajmniej płaczące niebo. Takie było prawo, a on musiał je uszanować. Musiał je uszanować tak jak uczyła go matka...
Cwał.
Korzeń.
Więcej bólu.
Czerwień, lepka czerwień oblepiała pyk i futro.
Krew na języku.
Własna? Cudza?
Cwał.
Ból.
Grzmot.
Był skołowany.
Był przerażony.
Jego futro zlepione było wodą i krwią broczącą z licznych ran.
Te drobne zrobił sobie sam. Chyba. Nie był pewien. Nie pamiętał. Liczył się tylko...
...cwał.
Bezpieczne miejsce.
Głuche uderzenie w pień.
Śmierć?
...czy to ona? Czy to naprawdę ona? Czy słyszał nad sobą pisk krogulczego demona, który przed laty zawłaszczył sobie ciało jego ukochanej matki? Cień, cień przemknął na niebie skąpanym czerwienią. Musiał wstać, musiał dotrzeć do... musiał...
Dźwignął cielsko i zatoczył się wyciskając z niedźwiedziej piersi jęki skargi do samego siebie. Łapy... w ruch... łapy w
Cwał.
Ból.
Szum krwi zlewał się w jedno z szumem deszczu i wszystko było.
Mokre.
Ostatkiem sił wyminął drzewo, ostatnie drzewo, zaraz polana, zaraz dom, zaraz schronienie, zaraz.
Uderzył bokiem w drzewo, w to ostatnie drzewo, ciało odmówiło mu posłuszeństwa, ciało wymusiło na nim przeraźliwy ryk konającego potwora, zaszczutego zwierza.
Musiał uciec.
Nie pamiętał przed czym, ale instynkt rwał go ku światłu.
Mdlista łuna otaczała ją, otaczała matkę, która w chwili próby postanowiła wyciągnąć ku niemu dłonie. Postanowiła złamać klątwę. Dla niego.
By nie musiał być sam.
Sam?
Sforsował płotek pozostawiając za sobą krwawy ślad momentalnie spłukiwany ścianą deszczu.
Woda, woda, wszystko płynie, tak jak jego życie spływało wąskimi strużkami w ziemię otaczającą chatę.
Nie jego chatę.
Wytracony impet przeszedł w bełkotliwe kroki. Zachwiał się w końcu i upadł dwa kroki do celu.
– Mamo... – wyszeptał, na pograniczu jawy i snu, wyciągając ku niej łapę, wyciągając rękę, gdy magia opuszczała zwierzęcą formę przywracając tą, która była mu przydana urodzeniem. Ludzką. Kruchą. Śmiertelną.
Czerń podejmowała kolejne próby zaciśnięcia się na jego rozpalonym gorączką umyśle, półnagie ciało naznaczone cięciami cierni ale też głębokich ran od pazurów po minionej najwidoczniej walce trawił wrzątek, którego nie gasiło bynajmniej płaczące niebo. Takie było prawo, a on musiał je uszanować. Musiał je uszanować tak jak uczyła go matka...