28.07.2025, 15:33 ✶
Pan Woody mówił. Keyleth słuchała.
Normalna sprawa.
Wciąż siedziała napięta, chociaż jego ton i postawa były jakieś takie.. bardziej.. ciepłe? Otwarte? Nie przeszkadzał jej fakt, że jechało od niego tanim bimbrem (tu większość osób tak pachniała, no może poza Lewisem, który głównie pachniał jej zbliżającym się obiadem). To było jedno, co pozwoliło jej wysunąć głowę spomiędzy zaciśniętych ramion.
Drugie to były słowa, treść którą niosły. A była to treść... Keyleth umiała wybornie język angielski tak jakby urodziła się na wyspie, a nie Czarnym Lądzie. A jednak z wrażenia pozapominało jej się fraz. Zdań.
Gramatyki.
Sensu.
Dostała pozwolenie na to, żeby tu spać i pokraśniała z radości, że nie będzie musiała się kitrać po kątach. Już miała zapytać czy zgoda obejmuje kieszenie jego płaszczy, bo tam lubiła się chyba chować najbardziej (tyle interesujących zapachów!) kiedy dotarło do niej stwiedzenie "wpadła w ręce" i "głupi bym był jakbym Cię gdzieś odsyłał" co dawało przemiłe, przecudowne, przenajwspanialsze poczucie przynależności, które umówmy się - w życiu Keyleth było rzadsze niż rzadkie.
I już już miała zaklasnąć w ręce, zalać się dziękczynnymi łzami, rzucić swojemu dobroczyńcy w ramiona z wdzięczności (nieromantycznie chociaż na łóżku), gdy poszły dalsze rewelacje.
– Szwagier? – wydusiła struchlała. – Myśli... myśli pan, że on może być? – zielone jadeitem oczy zrobiły się jeszcze większe i większe, bo tam też poszła informacja, że jej krewni, jej angielscy krewni mogą być bardzo mocno powiązani z policją. A to wzbudzało w niej straszliwy lęk, bo może i serce miała bardzo naiwne czyste i szczere, ale jej kartoteka rosła z każdym przedmiotem upchniętym głęboko w żółtym, spłowiałym plecaku. – Myśli pan, że on też będzie o mnie miło myślał, tak... takjakpanterazmyśliniewiemtakzrozumiałam,alejeślinietocieszęsiężeniejestpanażtakzłyjakmyślałamżebędzie – na co komu oddychanie podczas mówienia? – A co jeśli mnie nie polubi? Czy on ma innąrodzinę? Czy ma żonę? W takich opowieściach zawsze są żony, które nie lubią takich... takich podrzutków jak ja. A co jeśli nie będzie mu pasował... mój kolor skóry? Albo krew. Słyszałam, że tu w Anglii nie lubi się szlam, a ja chyba jestem jedną z nich nie wiem... – myśli zaczęły toczyć się jak ususzony krzak po sawannie, a Keyleth z jednego stanu przerażenia płynnie przeszła w kolejny, kiedy się okazało, że nie potrzebuje szamanki, aby odnaleźć swojego ojca, tylko proszę Pan Woody całkiem się zdaje, choć nie ma we włosach żadnych koralików. Chociaż... to pewnie dlatego i tylko dlatego, że nie miał żadnych włosów. Koraliki by do niego pasowały. Chyba.
Normalna sprawa.
Wciąż siedziała napięta, chociaż jego ton i postawa były jakieś takie.. bardziej.. ciepłe? Otwarte? Nie przeszkadzał jej fakt, że jechało od niego tanim bimbrem (tu większość osób tak pachniała, no może poza Lewisem, który głównie pachniał jej zbliżającym się obiadem). To było jedno, co pozwoliło jej wysunąć głowę spomiędzy zaciśniętych ramion.
Drugie to były słowa, treść którą niosły. A była to treść... Keyleth umiała wybornie język angielski tak jakby urodziła się na wyspie, a nie Czarnym Lądzie. A jednak z wrażenia pozapominało jej się fraz. Zdań.
Gramatyki.
Sensu.
Dostała pozwolenie na to, żeby tu spać i pokraśniała z radości, że nie będzie musiała się kitrać po kątach. Już miała zapytać czy zgoda obejmuje kieszenie jego płaszczy, bo tam lubiła się chyba chować najbardziej (tyle interesujących zapachów!) kiedy dotarło do niej stwiedzenie "wpadła w ręce" i "głupi bym był jakbym Cię gdzieś odsyłał" co dawało przemiłe, przecudowne, przenajwspanialsze poczucie przynależności, które umówmy się - w życiu Keyleth było rzadsze niż rzadkie.
I już już miała zaklasnąć w ręce, zalać się dziękczynnymi łzami, rzucić swojemu dobroczyńcy w ramiona z wdzięczności (nieromantycznie chociaż na łóżku), gdy poszły dalsze rewelacje.
– Szwagier? – wydusiła struchlała. – Myśli... myśli pan, że on może być? – zielone jadeitem oczy zrobiły się jeszcze większe i większe, bo tam też poszła informacja, że jej krewni, jej angielscy krewni mogą być bardzo mocno powiązani z policją. A to wzbudzało w niej straszliwy lęk, bo może i serce miała bardzo naiwne czyste i szczere, ale jej kartoteka rosła z każdym przedmiotem upchniętym głęboko w żółtym, spłowiałym plecaku. – Myśli pan, że on też będzie o mnie miło myślał, tak... takjakpanterazmyśliniewiemtakzrozumiałam,alejeślinietocieszęsiężeniejestpanażtakzłyjakmyślałamżebędzie – na co komu oddychanie podczas mówienia? – A co jeśli mnie nie polubi? Czy on ma innąrodzinę? Czy ma żonę? W takich opowieściach zawsze są żony, które nie lubią takich... takich podrzutków jak ja. A co jeśli nie będzie mu pasował... mój kolor skóry? Albo krew. Słyszałam, że tu w Anglii nie lubi się szlam, a ja chyba jestem jedną z nich nie wiem... – myśli zaczęły toczyć się jak ususzony krzak po sawannie, a Keyleth z jednego stanu przerażenia płynnie przeszła w kolejny, kiedy się okazało, że nie potrzebuje szamanki, aby odnaleźć swojego ojca, tylko proszę Pan Woody całkiem się zdaje, choć nie ma we włosach żadnych koralików. Chociaż... to pewnie dlatego i tylko dlatego, że nie miał żadnych włosów. Koraliki by do niego pasowały. Chyba.