28.07.2025, 10:10 ✶
Helloise w swojej zarozumiałości Maida Vale oceniła jako zbyt wymuskane. Najpiękniejsza była przecież jej dzika przyroda przy Dolinie, nie te wystrzyżone krzewy, egzotyczne kwiaty i aranżacje projektowane przez ludzi, nie Naturę. O jak się mogła Hela poczuć od Lestrange’ów i ich ogrodu lepsza — a potem wróciła pracować do własnej szklarni, gdzie sama hodowała nierodzime, wymyślne gatunki roślin. Gdy robiła to ona, wtedy wszystko było słuszne, usprawiedliwione i zgodne z boskim planem. Spalona Noc dała przecież temu niepodważalne dowody — Bogini zdecydowała, że chatkę na kurzej stopce należy ukarać zniszczeniami, ale cudownym zrządzeniem oszczędziła te stojące tuż obok ukochane szklarnie. Czy mogły więc być w Jej boskich oczach siedliskiem zła? Absolutnie nie.
Nic sobie nie robiła czarownica z tego, że była obserwowana, mimo że kątem oka co rusz trafiała na sylwetkę Louvaina i nietrudno było wywnioskować, że ten czegoś od niej chce. A może chciał jedynie popatrzeć. Nie przeszkadzały jej oczy, pozwalała się oglądać, jakby była tylko kolejnym elementem podleśnego krajobrazu. Uśmiechnęła się nawet lekko do siebie i do dębu, gdy dostrzegła, jak miotlarz się czai. Uśmiech ten płynnie przerodził się w śmiech, gdy mężczyzna zdecydował się w końcu odezwać.
Zaczepiona czarownica oderwała się od pracy, przysiadła na miotle i sfrunęła nieco niżej, gdzie gładko zsunęła się z niej i usadziła się na jednej z najniższych gałęzi. Stąd mogła dokładniej przyjrzeć się stojącemu w dole człowiekowi. Nie kojarzyła go spomiędzy czarodziejskich twarzy Doliny, nie wyglądał też na zaciekawionego przyrodą spacerowicza, ale pozory mogły mylić. Wciąż tliła się w Helloise nadzieja, że po pożarach może ten czy ów zwróci się ku przyrodzie, aby tu szukać spokoju ducha. Byłby to kolejny miły skutek Spalonej Nocy.
— To ja kłaniam się drzewom, służę im i nie czekam niczego w zamian. Przyjdzie być może kiedyś pora, że będą kłaniać się mi, ale takie honory wymagają więcej zasługi. — Nie było jej do drzewnych ukłonów wcale tęskno. Wystarczyło poczucie, że ma ich przyjaźń. — Nie musisz być nieśmiały — zachęciła Louvaina, wskazując mu miejsce obok siebie na grubej gałęzi. — To miejsce dla każdego, kto tylko umie okazać Naturze szacunek. Dzieło przyrody Matka przygotowała dla nas i miłym jest jej, gdy z niego korzystamy, każdy wedle własnych potrzeb.
Louvain ani trochę nie zakłócił jej żadnej świętej ciszy czy spokoju. Wręcz przeciwnie: Helloise zawsze bardzo cieszył widok ludzi kręcących się wokół lasu, tak długo jak nie czynili w nim szkód i nie próbowali go przekształcać po swojemu. Tu było miejsce czarodziejów, nie w tym — stfu — Londynie. Nie była wcale zazdrosna o las, nie rościła sobie do niego prawa wyłączności i chciała się nim dzielić, z kim mogła.
Nadzieje na to, że Louvain jest zagubionym mieszczuchem, szybko zmiótł Draconis. Nawet jeśli czarownica chciałaby udawać, że w życiu nie słyszała tego imienia, nie byłoby to wiarygodne. Jego dźwięk przekrzywił uśmiech na jej twarzy, pod warstwą rozbawienia w oczach wykiełkowała podejrzliwość, a swobodna poza straciła wcześniejszą autentyczność, stając się przykrywką dla świeżo wzbudzonej czujności. Przez chwilę Hela tylko uśmiechała się w milczeniu — krzywo, sztucznie, jakby zamarzł jej na ustach ten jeden nieruchomy grymas. Może czekała, czy on doda coś jeszcze; może myślała, czy sama powinna cokolwiek mówić.
— A więc tak zdecydował się mnie obrazić? — powiedziała w końcu, ni to kpiąca, ni to rozczarowana. Denerwowało ją to draconisowe przebranie, przebrania wszystkich Śmierciożerców. Kryjówki dziwnych imion i czarnych ziejących pustką szat. Dlaczego Levi miałby pomyśleć, że będzie zadowolona z pozdrawiania tym imieniem? — Mów za siebie, skoro ty tu przychodzisz. O wiele wolę rozmawiać z człowiekiem, którego twarz mogę zobaczyć i poznać, niż czarnymi figurkami.
Był może i Śmierciożercą, ale nie przyszedł do niej w tym urągającym ludzkiej godności kostiumie. To już czyniło go lepszym partnerem do rozmowy niż któregokolwiek zamaskowanego.
Powinna się być może bać. Spalona Noc zbudowała w niej jednak fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Pierwszy, którego poznała, był ranny i zbyt słaby, aby stanowić zagrożenie. Drugi był Leviathanem. Trzeci: Alexander, któremu dała do picia eliksir, był uprzejmy, może i osobliwy, ale nie agresywny. Siedziała tam przy nich w Ataraxii i nikt nie zrobił jej krzywdy. Nie znajdowała toteż powodów do strachu, szczególnie że Louvain stanął przed nią sam, jako człowiek, nie czarny demon.
Coś było mimo to nie w porządku. Nie znajdowała odpowiedzi na pytanie, dlaczego Leviathan miałby słać do niej kogokolwiek. Przychodził zawsze sam, gdy czegoś od niej chciał. Sam kazał jej uważać na to, żeby nie była zbyt rozpoznawalna w Ataraxii i nie wydurniała się na własną rękę. A jednak ten Śmierciożerca znalazł się teraz tak blisko jej domu i powoływał na jego śmierciożercze alter ego.
Nic sobie nie robiła czarownica z tego, że była obserwowana, mimo że kątem oka co rusz trafiała na sylwetkę Louvaina i nietrudno było wywnioskować, że ten czegoś od niej chce. A może chciał jedynie popatrzeć. Nie przeszkadzały jej oczy, pozwalała się oglądać, jakby była tylko kolejnym elementem podleśnego krajobrazu. Uśmiechnęła się nawet lekko do siebie i do dębu, gdy dostrzegła, jak miotlarz się czai. Uśmiech ten płynnie przerodził się w śmiech, gdy mężczyzna zdecydował się w końcu odezwać.
Zaczepiona czarownica oderwała się od pracy, przysiadła na miotle i sfrunęła nieco niżej, gdzie gładko zsunęła się z niej i usadziła się na jednej z najniższych gałęzi. Stąd mogła dokładniej przyjrzeć się stojącemu w dole człowiekowi. Nie kojarzyła go spomiędzy czarodziejskich twarzy Doliny, nie wyglądał też na zaciekawionego przyrodą spacerowicza, ale pozory mogły mylić. Wciąż tliła się w Helloise nadzieja, że po pożarach może ten czy ów zwróci się ku przyrodzie, aby tu szukać spokoju ducha. Byłby to kolejny miły skutek Spalonej Nocy.
— To ja kłaniam się drzewom, służę im i nie czekam niczego w zamian. Przyjdzie być może kiedyś pora, że będą kłaniać się mi, ale takie honory wymagają więcej zasługi. — Nie było jej do drzewnych ukłonów wcale tęskno. Wystarczyło poczucie, że ma ich przyjaźń. — Nie musisz być nieśmiały — zachęciła Louvaina, wskazując mu miejsce obok siebie na grubej gałęzi. — To miejsce dla każdego, kto tylko umie okazać Naturze szacunek. Dzieło przyrody Matka przygotowała dla nas i miłym jest jej, gdy z niego korzystamy, każdy wedle własnych potrzeb.
Louvain ani trochę nie zakłócił jej żadnej świętej ciszy czy spokoju. Wręcz przeciwnie: Helloise zawsze bardzo cieszył widok ludzi kręcących się wokół lasu, tak długo jak nie czynili w nim szkód i nie próbowali go przekształcać po swojemu. Tu było miejsce czarodziejów, nie w tym — stfu — Londynie. Nie była wcale zazdrosna o las, nie rościła sobie do niego prawa wyłączności i chciała się nim dzielić, z kim mogła.
Nadzieje na to, że Louvain jest zagubionym mieszczuchem, szybko zmiótł Draconis. Nawet jeśli czarownica chciałaby udawać, że w życiu nie słyszała tego imienia, nie byłoby to wiarygodne. Jego dźwięk przekrzywił uśmiech na jej twarzy, pod warstwą rozbawienia w oczach wykiełkowała podejrzliwość, a swobodna poza straciła wcześniejszą autentyczność, stając się przykrywką dla świeżo wzbudzonej czujności. Przez chwilę Hela tylko uśmiechała się w milczeniu — krzywo, sztucznie, jakby zamarzł jej na ustach ten jeden nieruchomy grymas. Może czekała, czy on doda coś jeszcze; może myślała, czy sama powinna cokolwiek mówić.
— A więc tak zdecydował się mnie obrazić? — powiedziała w końcu, ni to kpiąca, ni to rozczarowana. Denerwowało ją to draconisowe przebranie, przebrania wszystkich Śmierciożerców. Kryjówki dziwnych imion i czarnych ziejących pustką szat. Dlaczego Levi miałby pomyśleć, że będzie zadowolona z pozdrawiania tym imieniem? — Mów za siebie, skoro ty tu przychodzisz. O wiele wolę rozmawiać z człowiekiem, którego twarz mogę zobaczyć i poznać, niż czarnymi figurkami.
Był może i Śmierciożercą, ale nie przyszedł do niej w tym urągającym ludzkiej godności kostiumie. To już czyniło go lepszym partnerem do rozmowy niż któregokolwiek zamaskowanego.
Powinna się być może bać. Spalona Noc zbudowała w niej jednak fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Pierwszy, którego poznała, był ranny i zbyt słaby, aby stanowić zagrożenie. Drugi był Leviathanem. Trzeci: Alexander, któremu dała do picia eliksir, był uprzejmy, może i osobliwy, ale nie agresywny. Siedziała tam przy nich w Ataraxii i nikt nie zrobił jej krzywdy. Nie znajdowała toteż powodów do strachu, szczególnie że Louvain stanął przed nią sam, jako człowiek, nie czarny demon.
Coś było mimo to nie w porządku. Nie znajdowała odpowiedzi na pytanie, dlaczego Leviathan miałby słać do niej kogokolwiek. Przychodził zawsze sam, gdy czegoś od niej chciał. Sam kazał jej uważać na to, żeby nie była zbyt rozpoznawalna w Ataraxii i nie wydurniała się na własną rękę. A jednak ten Śmierciożerca znalazł się teraz tak blisko jej domu i powoływał na jego śmierciożercze alter ego.
dotknij trawy