27.07.2025, 12:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.09.2025, 19:55 przez Hannibal Selwyn.)
Krew była krwią, a ta, która teraz spływała z rozciętej wargi Mathildy była tak samo czerwona, jak ta, którą miał na rękach tamten człowiek w atrium Ministerstwa, dziewiątego września. Jak ta, która trysnęła z nogi ofiary wypadku w Spaloną Noc, a potem z różdżki Hannibala w wyniku nieudanego zaklęcia. Jak ta, która musiała kapać z rozbitego nosa Baldwina. Jak ta, którą pił z jego żył przypadkowo poznany wampir pod koniec lata. Nikt nie pytał, czy krew, którą roni bicz wykorzystywany do “Ekstazy Merlina” jest czysta, ważne było, że jest syntetyczna.
Hej, może powinni dodać na plakatach drobnym druczkiem: “Żaden mugol nie ucierpiał podczas przygotowań do tego przedstawienia"?...
Hannibal nie lubił widoku krwi, a miał wrażenie, że w tym miesiącu naoglądał się jej więcej, niż przez całą resztę roku. Miał również serdecznie dość dyskusji o krwi, tym bardziej, że musiał hamować się z wyrażaniem swoich poglądów. To szkodziło na wizerunek i było zwyczajnie niebezpieczne, teraz, kiedy nastroje były tak burzliwe. Konstatacja przykra, gorzka, ale pragmatyczna. Selwyn nie chciał stać się jednym z celów następnego pogromu, ani zostać pobitym w ciemnym zaułku.
Co mógł zrobić, to nie wartościować ludzi ze względu na rzeczy, które od nich nie zależały, nawet, jeżeli tylko we własnym sercu. No bo weźmy na przykład taką Mathildę Quirrell - czarownica z nazwiskiem kojarzonym z półkrwi hodowcami węży. Widział pracę, którą wkładała w swoje treningi, wiedział, że wymykała się spod kurateli nieprzychylnych jej marzeniom rodziców, by pobierać nauki w teatrze, by podglądać artystów i ćwiczyć. Gdy wyjeżdżał do Paryża, była świeżo upieczoną absolwentką Hogwartu, stojącą u bram The Globe i z wielkimi, lśniącymi oczami proszącą, by przyjęli ją do zespołu. Wrócił i znalazł pewną siebie, wschodzącą gwiazdę estrady. Wykorzystała swoją naturalną więź z wężami, ale co ważniejsze, wykorzystała też czas. Poświęcenia, talent i wysiłek, które dla kogoś mogłyby nie mieć żadnego znaczenia w świetle pochodzenia dziewczyny, ale które dla niej stanowiły wszystko.
Zabrał rękę z ramion Mathildy, gdy Artemis wychynął zza jej dekoltu. Mógł podziwiać grację tancerki, ale nie przypuszczał, by kiedykolwiek miał poczuć się swobodnie w bliskim sąsiedztwie jej zwierzaka.
- To… dobrze. Nie chciałbym uszkodzić ani ciebie, ani jego.
Podążył wzrokiem w kierunku drzwi do sali teatralnej.
- Wszyscy są już zmęczeni. Kendrickowi nie podoba się moja interpretacja samobiczowania Merlina. Lauretta ma taki dupościsk, jakby cała jej kariera miała zależeć od tej jednej roli. Ja… jestem przekonany, że ta scena może tylko zyskać na tym, że pójdę na żywioł, widownia kocha destrukcję i kocha widzieć swoich idoli sponiewieranych, pewnie jest na to jakieś mądre psychologiczne wytłumaczenie - wzruszył lekko ramionami. Lubił grać intensywne, naładowane emocjami sceny, wyrzucać na zewnątrz wszystko, wszystko, pod bezpiecznym płaszczykiem iluzji, że to tylko gra. Czasami naprawdę była to tylko gra. Czasami były to prawdziwe uczucia - o mocy i gwałtowności właściwej dwudziestoletniemu, wrażliwemu człowiekowi.
Hannibal dużo mówił o instynktownym tańcu i grze, ale prawda była taka, że nie był wolny od przedpremierowej adrenaliny. Ćwiczył zapamiętale, rolę powtarzał niemal przez sen, pozbawiony wsparcia choroby Milforda, która w tym jednym momencie, podczas przygotowań do roli okazywała się błogosławieństwem. Trenował po kilka godzin, znosząc krytyczne uwagi instruktorów i pokrzykiwania Lauretty. Cyzelował gesty i ruchy, jak artysta dzieło sztuki. Teatralne westchnienia pod prysznicem. Dramatyczna poza w garderobie. Monolog ze sceny trzeciej aktu pierwszego w kuchni.
- Chciałaś tam wejść? Nie radzę, pozwólmy im ochłonąć. Jak twoje próby? Nie widziałem, żebyś ćwiczyła razem z Laurettą…
Hej, może powinni dodać na plakatach drobnym druczkiem: “Żaden mugol nie ucierpiał podczas przygotowań do tego przedstawienia"?...
Hannibal nie lubił widoku krwi, a miał wrażenie, że w tym miesiącu naoglądał się jej więcej, niż przez całą resztę roku. Miał również serdecznie dość dyskusji o krwi, tym bardziej, że musiał hamować się z wyrażaniem swoich poglądów. To szkodziło na wizerunek i było zwyczajnie niebezpieczne, teraz, kiedy nastroje były tak burzliwe. Konstatacja przykra, gorzka, ale pragmatyczna. Selwyn nie chciał stać się jednym z celów następnego pogromu, ani zostać pobitym w ciemnym zaułku.
Co mógł zrobić, to nie wartościować ludzi ze względu na rzeczy, które od nich nie zależały, nawet, jeżeli tylko we własnym sercu. No bo weźmy na przykład taką Mathildę Quirrell - czarownica z nazwiskiem kojarzonym z półkrwi hodowcami węży. Widział pracę, którą wkładała w swoje treningi, wiedział, że wymykała się spod kurateli nieprzychylnych jej marzeniom rodziców, by pobierać nauki w teatrze, by podglądać artystów i ćwiczyć. Gdy wyjeżdżał do Paryża, była świeżo upieczoną absolwentką Hogwartu, stojącą u bram The Globe i z wielkimi, lśniącymi oczami proszącą, by przyjęli ją do zespołu. Wrócił i znalazł pewną siebie, wschodzącą gwiazdę estrady. Wykorzystała swoją naturalną więź z wężami, ale co ważniejsze, wykorzystała też czas. Poświęcenia, talent i wysiłek, które dla kogoś mogłyby nie mieć żadnego znaczenia w świetle pochodzenia dziewczyny, ale które dla niej stanowiły wszystko.
Zabrał rękę z ramion Mathildy, gdy Artemis wychynął zza jej dekoltu. Mógł podziwiać grację tancerki, ale nie przypuszczał, by kiedykolwiek miał poczuć się swobodnie w bliskim sąsiedztwie jej zwierzaka.
- To… dobrze. Nie chciałbym uszkodzić ani ciebie, ani jego.
Podążył wzrokiem w kierunku drzwi do sali teatralnej.
- Wszyscy są już zmęczeni. Kendrickowi nie podoba się moja interpretacja samobiczowania Merlina. Lauretta ma taki dupościsk, jakby cała jej kariera miała zależeć od tej jednej roli. Ja… jestem przekonany, że ta scena może tylko zyskać na tym, że pójdę na żywioł, widownia kocha destrukcję i kocha widzieć swoich idoli sponiewieranych, pewnie jest na to jakieś mądre psychologiczne wytłumaczenie - wzruszył lekko ramionami. Lubił grać intensywne, naładowane emocjami sceny, wyrzucać na zewnątrz wszystko, wszystko, pod bezpiecznym płaszczykiem iluzji, że to tylko gra. Czasami naprawdę była to tylko gra. Czasami były to prawdziwe uczucia - o mocy i gwałtowności właściwej dwudziestoletniemu, wrażliwemu człowiekowi.
Hannibal dużo mówił o instynktownym tańcu i grze, ale prawda była taka, że nie był wolny od przedpremierowej adrenaliny. Ćwiczył zapamiętale, rolę powtarzał niemal przez sen, pozbawiony wsparcia choroby Milforda, która w tym jednym momencie, podczas przygotowań do roli okazywała się błogosławieństwem. Trenował po kilka godzin, znosząc krytyczne uwagi instruktorów i pokrzykiwania Lauretty. Cyzelował gesty i ruchy, jak artysta dzieło sztuki. Teatralne westchnienia pod prysznicem. Dramatyczna poza w garderobie. Monolog ze sceny trzeciej aktu pierwszego w kuchni.
- Chciałaś tam wejść? Nie radzę, pozwólmy im ochłonąć. Jak twoje próby? Nie widziałem, żebyś ćwiczyła razem z Laurettą…