25.07.2025, 21:39 ✶
Jeszcze zanim dokończył zdanie, a ona zdążyła mu oświadczyć, że głupiej będzie wyglądała z kurtką na głowie niż pokryta popiołem, przyleciała do nich Millie z intensywnością magicznego pocisku. Eden odsunęła się lekko, jak dama robiąca miejsce komuś, kto właśnie spadł z nieba - z uprzejmym dystansem i cieniem rozbawienia, którego nie miała zamiaru werbalizować.
Przepowiednia. Naturalnie. Kolejny lunatyk wyjął karty i spojrzał w przyszłość, ale już nie na to, jak na nią wpłynąć.
Milczała, przyglądając się temu teatrowi dwójki rodzeństwa, z tym samym wyrazem twarzy, który zwykle przyjmowała, oglądając spektakl o średniej jakości scenariuszu, ale doskonałej grze aktorskiej. Kiedy Alastor wypowiedział swoje kwestie z podręcznika dla przyszłych aurorów, zdołała tylko przesunąć spojrzeniem po jego twarzy.
Wysłaliśmy dane, zabezpieczyliśmy teren, czekamy na odpowiedzi z centrali - wszystko to było boleśnie znajome. Jakby ktoś odwinął starą taśmę i pozwolił, by przewinęła się na nowo. Był tylko jeden problem: na tej taśmie wszyscy wyglądali młodziej, a ich humor był nieco mniej podszyty strachem. I nie wisiało między nimi tyle tajemnic, niedopowiedzeń oraz konsekwencji dmuchających im w kark.
Kiedy Mildred wreszcie zorientowała się, że świat istnieje poza Alastorem, nawet nie odpowiedziała na to krótkie hej, tak niewspółmierne do lawiny słów, którą zalała brata. Uśmiechnęła się jedynie, równie przelotnie, boleśnie uprzejmie. Nie miała zresztą nic więcej do powiedzenia. Alek rzucał poleceniami, niebo waliło im się na głowę, stres podchodził Eden pod gardło - w wielkim skrócie, to nie był ani czas, ani miejsce na wylewanie gorzkich żalów.
Wtem jednak Alastor wpadł na fantastyczny pomysł, by czmychnąć po te przeklęte kurtki - które Eden już spisała na straty, bo nie chciała się nad drobiazgami rozwodzić - i zostawić je dwie same sobą. Malfoy stała chwilę patrząc na Millie jakby dostała udaru, mrugając intensywnie i czekając na cud, aż do momentu, w którym nie dotarło do niej, jak głupio to musi wyglądać.
- My... - urwała, pokazując najpierw palcem na siebie, a potem na kierunek, gdzie mniej-więcej powinien znajdować się Alastor. Zatrzymała oczy na drzwiach pubu o kilka sekund dłużej, jakby chciała wymodlić jego rychły powrót. - ... wpadliśmy na siebie tutaj. - Nie miała pojęcia, czemu poczuła potrzebę wytłumaczenia czegoś, czego bez kłamstwa nie dało się obronić. Mogła przecież zamknąć mordę, przy odrobinie szczęścia Millie by może nawet nie zapytała. A jednak otworzyła usta, czując się jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku.
- Skoro Baleronik nie przylatuje, spróbuję zawołać Glen - oświadczyła, chcąc zgrabnie zmienić temat, po czym odeszła parę kroczków na bok, próbując również przywołać swojego ptaka gwizdaniem. Był tylko jeden mały problem.
Eden nie potrafiła gwizdać.
Przepowiednia. Naturalnie. Kolejny lunatyk wyjął karty i spojrzał w przyszłość, ale już nie na to, jak na nią wpłynąć.
Milczała, przyglądając się temu teatrowi dwójki rodzeństwa, z tym samym wyrazem twarzy, który zwykle przyjmowała, oglądając spektakl o średniej jakości scenariuszu, ale doskonałej grze aktorskiej. Kiedy Alastor wypowiedział swoje kwestie z podręcznika dla przyszłych aurorów, zdołała tylko przesunąć spojrzeniem po jego twarzy.
Wysłaliśmy dane, zabezpieczyliśmy teren, czekamy na odpowiedzi z centrali - wszystko to było boleśnie znajome. Jakby ktoś odwinął starą taśmę i pozwolił, by przewinęła się na nowo. Był tylko jeden problem: na tej taśmie wszyscy wyglądali młodziej, a ich humor był nieco mniej podszyty strachem. I nie wisiało między nimi tyle tajemnic, niedopowiedzeń oraz konsekwencji dmuchających im w kark.
Kiedy Mildred wreszcie zorientowała się, że świat istnieje poza Alastorem, nawet nie odpowiedziała na to krótkie hej, tak niewspółmierne do lawiny słów, którą zalała brata. Uśmiechnęła się jedynie, równie przelotnie, boleśnie uprzejmie. Nie miała zresztą nic więcej do powiedzenia. Alek rzucał poleceniami, niebo waliło im się na głowę, stres podchodził Eden pod gardło - w wielkim skrócie, to nie był ani czas, ani miejsce na wylewanie gorzkich żalów.
Wtem jednak Alastor wpadł na fantastyczny pomysł, by czmychnąć po te przeklęte kurtki - które Eden już spisała na straty, bo nie chciała się nad drobiazgami rozwodzić - i zostawić je dwie same sobą. Malfoy stała chwilę patrząc na Millie jakby dostała udaru, mrugając intensywnie i czekając na cud, aż do momentu, w którym nie dotarło do niej, jak głupio to musi wyglądać.
- My... - urwała, pokazując najpierw palcem na siebie, a potem na kierunek, gdzie mniej-więcej powinien znajdować się Alastor. Zatrzymała oczy na drzwiach pubu o kilka sekund dłużej, jakby chciała wymodlić jego rychły powrót. - ... wpadliśmy na siebie tutaj. - Nie miała pojęcia, czemu poczuła potrzebę wytłumaczenia czegoś, czego bez kłamstwa nie dało się obronić. Mogła przecież zamknąć mordę, przy odrobinie szczęścia Millie by może nawet nie zapytała. A jednak otworzyła usta, czując się jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku.
- Skoro Baleronik nie przylatuje, spróbuję zawołać Glen - oświadczyła, chcąc zgrabnie zmienić temat, po czym odeszła parę kroczków na bok, próbując również przywołać swojego ptaka gwizdaniem. Był tylko jeden mały problem.
Eden nie potrafiła gwizdać.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~