22.07.2025, 09:29 ✶
Podźwiękiwanie bransoletek wyrwało Lestrange'a z marazmu. Drgnął, a jego oczy, do tej chwili nieco zamglone, zyskały na powrót jasność i bystrość. Przeniósł wzrok na kobietę, a raczej najpierw na jej dłonie, potem biżuterię, a następnie: na twarz. Uśmiechnął się lekko, jakby przepraszająco.
- Dzień dobry - gdyby tylko niektórzy z jego otoczenia wzięli sobie do serca radę, że zawsze należało być uprzejmym, bo wtedy dawało się osiągnąć dużo, dużo więcej niż byciem agresywnym chamem... Lestrange powrócił wzrokiem do kramu. Nie wyglądał na zagubionego, lecz coś w jego aurze świadczyło o rezygnacji. Był spokojny i stonowany, a jednak wokół niego unosiła się jakaś taka rezygnacja. Być może pogodzenie się z losem? Jak zwał, tak zwał. Sam o sobie nigdy by nie powiedział, że dotknęło go poczucie rezygnacji - prędzej właśnie akceptacja wydarzeń, które się zadziały. - Ma pani może kadzidła nasenne? Ewentualnie eliksiry.
Zapytał, unosząc wzrok i na powrót wbijając go w twarz kobiety. Nie widział jej tutaj wcześniej, ale to nie było niczym dziwnym: sam był tu stosunkowo nowym nabytkiem. Mieszkał w Little Hangelton od początku tego miesiąca, nie zdążył się nawet jeszcze na dobre zadomowić, a już musiał pędzić z powrotem do Londynu i działać na dwa fronty. Dla jednej osoby to, co sobie zaplanował, było bardziej niż wyczerpujące.
Mimowolnie Rodolphus sięgnął po jedną ze świec, żeby ją obejrzeć. Wzrok ześlizgnął się na moment na królika czy tam zająca, który patrzył na niego wyzywająco. Ale nie z nim te numery: słyszał kiedyś, że króliki potrafiły być bardziej niż wredne, na dodatek uwielbiały tupać na swoich właścicieli, gdy coś szło nie po ich myśli. Uniósł brew, jakby w odpowiedzi na minę puchacza, a potem odłożył świecę, nawet nie przeczytawszy etykiety. Miód... Alkohole go nie interesowały. Miał w domu ich całkiem sporo, a żadnego po prawdzie nie dotykał. Po co mu kolejna butelka? Żeby zbierała kurz?
- Dzień dobry - gdyby tylko niektórzy z jego otoczenia wzięli sobie do serca radę, że zawsze należało być uprzejmym, bo wtedy dawało się osiągnąć dużo, dużo więcej niż byciem agresywnym chamem... Lestrange powrócił wzrokiem do kramu. Nie wyglądał na zagubionego, lecz coś w jego aurze świadczyło o rezygnacji. Był spokojny i stonowany, a jednak wokół niego unosiła się jakaś taka rezygnacja. Być może pogodzenie się z losem? Jak zwał, tak zwał. Sam o sobie nigdy by nie powiedział, że dotknęło go poczucie rezygnacji - prędzej właśnie akceptacja wydarzeń, które się zadziały. - Ma pani może kadzidła nasenne? Ewentualnie eliksiry.
Zapytał, unosząc wzrok i na powrót wbijając go w twarz kobiety. Nie widział jej tutaj wcześniej, ale to nie było niczym dziwnym: sam był tu stosunkowo nowym nabytkiem. Mieszkał w Little Hangelton od początku tego miesiąca, nie zdążył się nawet jeszcze na dobre zadomowić, a już musiał pędzić z powrotem do Londynu i działać na dwa fronty. Dla jednej osoby to, co sobie zaplanował, było bardziej niż wyczerpujące.
Mimowolnie Rodolphus sięgnął po jedną ze świec, żeby ją obejrzeć. Wzrok ześlizgnął się na moment na królika czy tam zająca, który patrzył na niego wyzywająco. Ale nie z nim te numery: słyszał kiedyś, że króliki potrafiły być bardziej niż wredne, na dodatek uwielbiały tupać na swoich właścicieli, gdy coś szło nie po ich myśli. Uniósł brew, jakby w odpowiedzi na minę puchacza, a potem odłożył świecę, nawet nie przeczytawszy etykiety. Miód... Alkohole go nie interesowały. Miał w domu ich całkiem sporo, a żadnego po prawdzie nie dotykał. Po co mu kolejna butelka? Żeby zbierała kurz?