21.07.2025, 09:34 ✶
Szpitalna cisza była zaskakująco znajoma, choć sama Lorien rozpoznała ją dopiero, gdy wszystko inne przestało domagać się jej uwagi. Krzyk, popiół, płacz, płonące dachy, ból przemiany i jeszcze gorszy: powrotu do ciała - wszystko to zostało gdzieś daleko, za wyciszonymi ścianami szpitala.
Próbowała sobie przypomnieć kto ją tu przyprowadził, ale ptasie wspomnienia mieszały się z ludzkimi. Pod przymkniętymi powiekami wciąż jeszcze widziała ogień unoszący się nad taflą cichego Morza Północnego; z pierwszych chwil w Mungu pamiętała tylko jak próbowała przekonać medyków, że nic jej nie jest i powinni ją puścić do domu, a potem… hm. Potem zapadła ciemność. Chyba musiała kompletnie opaść z sił, bo ocknęła się już w chłodnej, pachnącej krochmalem i eliksirami pościeli.
Ale to było kilka godzin temu, teraz zdążyła się już zacząć nudzić i nawet wysyłanie listów nie poprawiało jej humoru. A wizja, że miała tu tkwić do poniedziałku (“odpoczynek jest zalecany w Pani stanie, pani Mulciber” ćwierkała wymęczona magomedyczka, nie robiąc sobie zbyt wiele z jej protestów) była już wisienką na torcie. Ale kazali siedzieć i pozwolić się sobą opiekować.
No to siedziała.
Przykładnie. Cicho. Kurewsko wręcz bezsensownie.
Większość czujników kontrolujących z początku jej stan była już wygaszona - “nie ma powodu do niepokojów” - kolejna fraza, która zaczynała ją wyprowadzać z równowagi. Od eliksirów i kroplówek odpięto ją po dwóch godzinach.
Niedawno posłała Paula z listem do Biura Aurorów. Jeszcze nie wrócił, ale nie spodziewała się odpowiedzi. Podejrzewała, że zaszył się z Ministerstwie Magii. Nostradamus też nie został zbyt długo - czaił się na parapecie, łypiąc na nią bystrym okiem i odleciał od razu gdy sfrustrowana naskrobała do Alexandra parę słów. Od tego czasu - cisza. I dobrze.
W pierwszej chwili nawet nie zauważyła, że ktokolwiek zakłócił jej spokój. Zgiełk szpitalnego chaosu, tak obleganego z powodu pożarów, cichł za progiem szpitalnej sali, w której zresztą Lorien była… kompletnie sama. Drugie łóżko w niewielkiej sali stało puste, świeżo pościelone i tylko osobiste drobiazgi jak okulary czy zegarek porzucone na stoliku były znakiem, że miała tu jakiekolwiek towarzystwo - aktualnie nieobecne.
Pomimo przepełnionych pozostałych sal i prowizorycznych kozetek rozstawionych na korytarzach, które Anthony musiał przemierzyć, aż wreszcie dotarł z pielęgniarką pod odpowiednie drzwi, nie zapowiadało się, żeby ktokolwiek próbował tu upchnąć dodatkowych pacjentów. Może dlatego, że sala była i tak wystarczająco mała.
Siedziała w szpitalnej koszuli, oparta o poduszki, jeszcze drobniejsza pośród sterylnej, białej pościeli i panującego dookoła bezruchu. Do poniedziałku. Do poniedziałku to ona tu umrze z nudów i wszyscy będą jej żałować.
- Lorien, mia cara!
Zamrugała. Głos. Ten, który znała aż za dobrze i który miał w sobie w tym momencie tyle dramatyzmu i ulgi, że przez moment nie była pewna, czy to nie ona powinna go zacząć pocieszać.
Zresztą pielęgniarka weszła pierwsza, niosąc w sobie cały majestat człowieka, któremu płacą o wiele za mało, żeby się przejmować. Zlustrowała tylko Lorien zmęczonym spojrzeniem - żywa, przytomna, nigdzie nie uciekła. Dobrze. Zanim zdążyła się odezwać, koszyk w rękach Anthony’ego zatrząsnął się jeszcze mocniej. Zagrzechotał. Zawył. A potem coś futrzastego, rozemocjonowanego i bardzo nieuprawnionego do przebywania na oddziale wyskoczyło z pojemnika i pognało w stronę łóżka. Przeskakując zresztą po stolikach, zrzucając po drodze szklankę z niedopitą wodą i ostatecznie lądując z miękkim puf na świeżej pościeli.
Lorien instynktownie wyciągnęła ręce po kota, ku wielkiemu niezadowoleniu pielęgniarki. Kot przestał się jednak drzeć jakby go obdzierano z jasnego futerka, gdy tylko wtulił wciąż pachnący popiołem i ogniem łeb w zgięcie ramienia swojej Pani. Ucałowała czubek kociej główki. Wymruczała coś do kociego uszka, a świat na moment stał się nieco znośniejszym miejscem. A z pewnością o wiele cichszym, bo bestia, nareszcie szczęśliwa i oddana w ręce właścicielki, oddała się mruczeniu jak mały mugolski traktor.
Pielęgniarka obróciła się na pięcie, nie kryjąc nawet oburzenia. Kot! Na oddziale! Toż to pogwałcenie wszystkich przepisów i nawet ten drobny… datek, jaki Shafiq jej ofiarował za wpuszczenie go na oddział, wydał jej się aktualnie o wiele zbyt mały. Pomarudziła coś pod nosem, po czym wyszła, głośno zamykając drzwi za sobą.
- Dziękuję.- Odezwała się Lorien, gdy nareszcie zostali sami. Jej głos brzmiał tak jak zawsze po przemianie. Mówiła z lekką chrypką, ciszej niż zwykle.- Pachnie dymem. Czy to znaczy, że Little Hangleton…- Zawahała się przez moment, nie wiedząc jak zadać pytanie, które i tak wisiało w powietrzu.-... Zbierałeś go z pogorzeliska?
Próbowała sobie przypomnieć kto ją tu przyprowadził, ale ptasie wspomnienia mieszały się z ludzkimi. Pod przymkniętymi powiekami wciąż jeszcze widziała ogień unoszący się nad taflą cichego Morza Północnego; z pierwszych chwil w Mungu pamiętała tylko jak próbowała przekonać medyków, że nic jej nie jest i powinni ją puścić do domu, a potem… hm. Potem zapadła ciemność. Chyba musiała kompletnie opaść z sił, bo ocknęła się już w chłodnej, pachnącej krochmalem i eliksirami pościeli.
Ale to było kilka godzin temu, teraz zdążyła się już zacząć nudzić i nawet wysyłanie listów nie poprawiało jej humoru. A wizja, że miała tu tkwić do poniedziałku (“odpoczynek jest zalecany w Pani stanie, pani Mulciber” ćwierkała wymęczona magomedyczka, nie robiąc sobie zbyt wiele z jej protestów) była już wisienką na torcie. Ale kazali siedzieć i pozwolić się sobą opiekować.
No to siedziała.
Przykładnie. Cicho. Kurewsko wręcz bezsensownie.
Większość czujników kontrolujących z początku jej stan była już wygaszona - “nie ma powodu do niepokojów” - kolejna fraza, która zaczynała ją wyprowadzać z równowagi. Od eliksirów i kroplówek odpięto ją po dwóch godzinach.
Niedawno posłała Paula z listem do Biura Aurorów. Jeszcze nie wrócił, ale nie spodziewała się odpowiedzi. Podejrzewała, że zaszył się z Ministerstwie Magii. Nostradamus też nie został zbyt długo - czaił się na parapecie, łypiąc na nią bystrym okiem i odleciał od razu gdy sfrustrowana naskrobała do Alexandra parę słów. Od tego czasu - cisza. I dobrze.
W pierwszej chwili nawet nie zauważyła, że ktokolwiek zakłócił jej spokój. Zgiełk szpitalnego chaosu, tak obleganego z powodu pożarów, cichł za progiem szpitalnej sali, w której zresztą Lorien była… kompletnie sama. Drugie łóżko w niewielkiej sali stało puste, świeżo pościelone i tylko osobiste drobiazgi jak okulary czy zegarek porzucone na stoliku były znakiem, że miała tu jakiekolwiek towarzystwo - aktualnie nieobecne.
Pomimo przepełnionych pozostałych sal i prowizorycznych kozetek rozstawionych na korytarzach, które Anthony musiał przemierzyć, aż wreszcie dotarł z pielęgniarką pod odpowiednie drzwi, nie zapowiadało się, żeby ktokolwiek próbował tu upchnąć dodatkowych pacjentów. Może dlatego, że sala była i tak wystarczająco mała.
Siedziała w szpitalnej koszuli, oparta o poduszki, jeszcze drobniejsza pośród sterylnej, białej pościeli i panującego dookoła bezruchu. Do poniedziałku. Do poniedziałku to ona tu umrze z nudów i wszyscy będą jej żałować.
- Lorien, mia cara!
Zamrugała. Głos. Ten, który znała aż za dobrze i który miał w sobie w tym momencie tyle dramatyzmu i ulgi, że przez moment nie była pewna, czy to nie ona powinna go zacząć pocieszać.
Zresztą pielęgniarka weszła pierwsza, niosąc w sobie cały majestat człowieka, któremu płacą o wiele za mało, żeby się przejmować. Zlustrowała tylko Lorien zmęczonym spojrzeniem - żywa, przytomna, nigdzie nie uciekła. Dobrze. Zanim zdążyła się odezwać, koszyk w rękach Anthony’ego zatrząsnął się jeszcze mocniej. Zagrzechotał. Zawył. A potem coś futrzastego, rozemocjonowanego i bardzo nieuprawnionego do przebywania na oddziale wyskoczyło z pojemnika i pognało w stronę łóżka. Przeskakując zresztą po stolikach, zrzucając po drodze szklankę z niedopitą wodą i ostatecznie lądując z miękkim puf na świeżej pościeli.
Lorien instynktownie wyciągnęła ręce po kota, ku wielkiemu niezadowoleniu pielęgniarki. Kot przestał się jednak drzeć jakby go obdzierano z jasnego futerka, gdy tylko wtulił wciąż pachnący popiołem i ogniem łeb w zgięcie ramienia swojej Pani. Ucałowała czubek kociej główki. Wymruczała coś do kociego uszka, a świat na moment stał się nieco znośniejszym miejscem. A z pewnością o wiele cichszym, bo bestia, nareszcie szczęśliwa i oddana w ręce właścicielki, oddała się mruczeniu jak mały mugolski traktor.
Pielęgniarka obróciła się na pięcie, nie kryjąc nawet oburzenia. Kot! Na oddziale! Toż to pogwałcenie wszystkich przepisów i nawet ten drobny… datek, jaki Shafiq jej ofiarował za wpuszczenie go na oddział, wydał jej się aktualnie o wiele zbyt mały. Pomarudziła coś pod nosem, po czym wyszła, głośno zamykając drzwi za sobą.
- Dziękuję.- Odezwała się Lorien, gdy nareszcie zostali sami. Jej głos brzmiał tak jak zawsze po przemianie. Mówiła z lekką chrypką, ciszej niż zwykle.- Pachnie dymem. Czy to znaczy, że Little Hangleton…- Zawahała się przez moment, nie wiedząc jak zadać pytanie, które i tak wisiało w powietrzu.-... Zbierałeś go z pogorzeliska?