20.07.2025, 20:08 ✶
Kiedy usłyszał pukanie do drzwi, natychmiast wstał z sofy, odłożył na bok książkę (wielkie ceglisko, bo czytał właśnie „Nędzników”) i ruszył przyjacielowi na spotkanie. Niestety nie mógł oprzeć się myślom o tym, jak Selwyn zareaguje na jego mieszkanie. Był – mimo swej reputacji i teatralnych wyczynów – człowiekiem przyzwoitym. W tym sensie, że Henry nie wyobrażał sobie, żeby Hannibal krzywił się z obrzydzenia na widok biedniejszego mieszkania.
Przede wszystkim lokum Henryka było... niespecjalnie zaczarowane. Owszem, same w sobie sprzęty magii potrzebowały, choć gdyby do mieszkania wszedł mugol, nie rozpoznałby nic czarodziejskiego. Mało było tu gadżetów i mało ozdóbek. Elegancja? Henry nie miał na nią pieniędzy. Mimo to, mieszkanie należało niewątpliwie do niego. Na ścianie w kuchni wisiała na przykład wielka tablica korkowa, na której karteczki zmieniały położenie zależnie od pory dnia. Był to swoisty kalendarz, dzięki któremu Lockhart mógł się pochwalić świetną dyscypliną. Miał tam karteluszki z urodzinami przyjaciół, ważnymi świętami, wydarzeniami w pracy. Salon był malutki, miał kanapę i czteroosobowy, kwadratowy stolik, który przykryty był szydełkowanym obrusem, pamiątką po babci. Stała też tam dość potężna szafka zastawiona książkami, rodzina Lockhartów była bowiem zawsze namiętna w swym czytelnictwie. Były to egzemplarze często stare, też odziedziczone po dziadkach. Mimo to, Henry nie miał serca ich sprzedawać. Nie przeczytał przecież jeszcze wszystkich. Jedna półka jednak zastawiona była obramowanymi rodzinnymi zdjęciami.
— Han — Henry poczuł ulgę, gdy zobaczył za drzwiami przyjaciela. Wiedział, że Hannibal, żył, ale jednak... Spalona Noc sprawiła, że trzeba było zobaczyć, by uwierzyć. — Cieszę się, że cię widzę, stary.
Uściskał Hannibala serdecznie. Wreszcie aktor nie pachniał popiołem, a perfumami, na które Henry'ego w życiu by nie było stać. To dobrze... Znaczyło, że i on starał się wrócić do normy, przynajmniej na tyle, ile się dało.
— Mam nadzieję, że nie jadłeś jeszcze obiadu? Choć to raczej obiadokolacja o tej godzinie, nie? — zaśmiał się i zaprosił przyjaciela do środka. — W każdym razie udało mi się coś upichcić.
Przede wszystkim lokum Henryka było... niespecjalnie zaczarowane. Owszem, same w sobie sprzęty magii potrzebowały, choć gdyby do mieszkania wszedł mugol, nie rozpoznałby nic czarodziejskiego. Mało było tu gadżetów i mało ozdóbek. Elegancja? Henry nie miał na nią pieniędzy. Mimo to, mieszkanie należało niewątpliwie do niego. Na ścianie w kuchni wisiała na przykład wielka tablica korkowa, na której karteczki zmieniały położenie zależnie od pory dnia. Był to swoisty kalendarz, dzięki któremu Lockhart mógł się pochwalić świetną dyscypliną. Miał tam karteluszki z urodzinami przyjaciół, ważnymi świętami, wydarzeniami w pracy. Salon był malutki, miał kanapę i czteroosobowy, kwadratowy stolik, który przykryty był szydełkowanym obrusem, pamiątką po babci. Stała też tam dość potężna szafka zastawiona książkami, rodzina Lockhartów była bowiem zawsze namiętna w swym czytelnictwie. Były to egzemplarze często stare, też odziedziczone po dziadkach. Mimo to, Henry nie miał serca ich sprzedawać. Nie przeczytał przecież jeszcze wszystkich. Jedna półka jednak zastawiona była obramowanymi rodzinnymi zdjęciami.
— Han — Henry poczuł ulgę, gdy zobaczył za drzwiami przyjaciela. Wiedział, że Hannibal, żył, ale jednak... Spalona Noc sprawiła, że trzeba było zobaczyć, by uwierzyć. — Cieszę się, że cię widzę, stary.
Uściskał Hannibala serdecznie. Wreszcie aktor nie pachniał popiołem, a perfumami, na które Henry'ego w życiu by nie było stać. To dobrze... Znaczyło, że i on starał się wrócić do normy, przynajmniej na tyle, ile się dało.
— Mam nadzieję, że nie jadłeś jeszcze obiadu? Choć to raczej obiadokolacja o tej godzinie, nie? — zaśmiał się i zaprosił przyjaciela do środka. — W każdym razie udało mi się coś upichcić.