20.07.2025, 16:55 ✶
Julek Bletchley nie spał tej nocy.
Nie spał też poprzedniej. Miał za sobą może trzy, cztery godziny półświadomego snu, który dopadł go znienacka w środku dnia w zbyt luksusowej pościeli pachnącej obco, sztucznie. Nie przypominała niczego, co kiedykolwiek było jego.
Nie spał. Sen był towarem luksusowym takim samym jak ten aksamitny szlafrok, w który opatulony był Anthony Shafiq, kiedy pojawił się w drzwiach jadalni jakby się z jakiegoś snu, który jego jednak również najwyraźniej oszczędził.
— Zastanawiam się, jak ci się udaje spać w tej paskudnej bieli, ale widzę, że i ciebie dopadło — odezwał się głosem zachrypniętym i niskim, a z każdej sylaby usłyszeć można było zmęczenie. Mężczyzna przesunął się bokiem, żeby zamknąć za sobą drzwi, a potem spojrzał na butelkę, którą Anthony trzymał w dłoni.
Minął zaledwie jeden dzień odkąd zapukał do drzwi człowieka, z którym kiedyś współpracował. Ten, który otworzył, uczynił to bez słowa i przyjął go jak brata. Wciąż jednak gdzieś między ścianami tego zbyt białego mieszkania wisiały słowa wdzięczności. Julian czuł je w gardle, jak kurz po katastrofie i popiół zalegający w płucach, a mimo że była już pora, że już wypadałoby je wypuścić, nie potrafił… Nie był w stanie się zdobyć, aby je wypowiedzieć na głos.
Półmrok nie przeszkadzał mu zauważyć, że Anthony również nie był sobą, a wawisły również pytania. O winę. O sen. O to, co tak naprawdę zabrał im ogień. Dlatego Bletchley zapytał tylko, kiwając brodą w stronę półmiska z mięsem. — Będziesz to kończył?
Nie spał też poprzedniej. Miał za sobą może trzy, cztery godziny półświadomego snu, który dopadł go znienacka w środku dnia w zbyt luksusowej pościeli pachnącej obco, sztucznie. Nie przypominała niczego, co kiedykolwiek było jego.
Nie spał. Sen był towarem luksusowym takim samym jak ten aksamitny szlafrok, w który opatulony był Anthony Shafiq, kiedy pojawił się w drzwiach jadalni jakby się z jakiegoś snu, który jego jednak również najwyraźniej oszczędził.
— Zastanawiam się, jak ci się udaje spać w tej paskudnej bieli, ale widzę, że i ciebie dopadło — odezwał się głosem zachrypniętym i niskim, a z każdej sylaby usłyszeć można było zmęczenie. Mężczyzna przesunął się bokiem, żeby zamknąć za sobą drzwi, a potem spojrzał na butelkę, którą Anthony trzymał w dłoni.
Minął zaledwie jeden dzień odkąd zapukał do drzwi człowieka, z którym kiedyś współpracował. Ten, który otworzył, uczynił to bez słowa i przyjął go jak brata. Wciąż jednak gdzieś między ścianami tego zbyt białego mieszkania wisiały słowa wdzięczności. Julian czuł je w gardle, jak kurz po katastrofie i popiół zalegający w płucach, a mimo że była już pora, że już wypadałoby je wypuścić, nie potrafił… Nie był w stanie się zdobyć, aby je wypowiedzieć na głos.
Półmrok nie przeszkadzał mu zauważyć, że Anthony również nie był sobą, a wawisły również pytania. O winę. O sen. O to, co tak naprawdę zabrał im ogień. Dlatego Bletchley zapytał tylko, kiwając brodą w stronę półmiska z mięsem. — Będziesz to kończył?