16.07.2025, 13:55 ✶
Intuicja nie zmyliła bystrej pani detektyw — trafiła ona na podwórko Helloise dla samej tylko przyjemności kniejowej wiedźmy. Taka już była natura czarownicy, że chętnie wyciągała ręce po to, co jej się spodobało. Lubiła oglądać rzeczy, poznawać ich istotę. Zabierać je ze sobą, jakby zawsze należały od niej i jedynie czekały, aż po nie przyjdzie; innym razem odrzucać je i zwracać Naturze. Ta decyzja zależała od tego, co wydawało jej się akurat słuszne, a o słuszności decydowały humorki ubrane w pokrętne filozofie.
Wystarczająco już Helloise pooglądała Lucy — i spodobała jej się ona. Ślizgała się po tych zielonych oczach wypatrujących w cudzym domu zdrad, komponując na wampirzej tęczówce wyobrażone łąki. Studiowała, jak układają się wargi, gdy kobieta rozpuszcza w ustach czekoladki. Nie to jednak kazało jej się zatrzymać obok niej na dłużej, a drażniąca oprawa tego piękna — blada cera i czarne stroje, stylizacja trupa. Piękno, aby było pełne, powinno przeminąć, przemieniać się w czasie, zgnić — w to głęboko wierzyła Helloise. Rosewood zdawała się zaś wyryta w białym kamieniu, a na domiar złego zarzucała się żałobną czernią, co budziło w Heli sprzeciw. Zapragnęła więc jej dotknąć i sprawdzić, czy rzeczywiście trafi palcami na zimny marmur, czy to tylko złudzenie. A to wymagało zaangażowania zmysłu innego niż wzrok.
Wieczór drżał cykaniem świerszczy, którym niby to robaczki próbowały rozerwać warstwę duchoty, lecz dźwięki odbijały się od niej i trafiały z powrotem w noc, aby rezonować w głowach. Helloise zawsze czuła się, jakby te świerszcze wibracje panoszące się pod czaszką zabierały cenne miejsce przeznaczone na jej własne rozważania — wówczas wszystko wydawało się jeszcze bardziej poplątane niż zwykle. Rozrzedzała więc myśli cienkim dymem opium, którym była tej nocy upojona do syta.
Nie zrażała jej nieufność Lucy, nic sobie nie robiła z jej defensywnego tonu. Wyszła przed chatę, zatapiając bose stopy w gęstwinie chwastów rozkosznie chłodnej w kontraście do zupy gorącego powietrza.
— Minusy? Czego nie lubisz widzieć? — zapytała sennie z dobrotliwym politowaniem, jakby nie dowierzała jej deklaracjom. Wszystko było dla niej warte oglądania.
Podeszła do wampirzycy, stając z nią ramię w ramię. Patrzyła chwilę w dal, za niewyraźną ścieżką, po której przyszła Rosewood, po czym odwróciła się do swojego gościa. Oglądała ją jak dobrze znany eksponat w muzeum, lecz było inaczej niż za każdym poprzednim razem, gdy jedynie jej widmowa postać obchodziła kobietę: w końcu z Lucy zdjęto szklaną gablotę i Helloise mogła poczuć fizycznie jej obecność.
— Musisz lubić patrzeć. Patrzyłaś na nich tak długo. Mimo że, och, nie dali ci tego, czego szukasz. — Pochyliła się nad ramieniem Lucy do jej ucha, owiewając ją zapachem świeżo zebranych ziół; soczyście żywych, nie ususzonych. — Ale ja… ja mogę ci opowiedzieć, co robią, gdy wychodzą poza twój horyzont. O palcach strącających ramiączka halki, zanim w ciemnym korytarzu zapalą światło. O kolanach spotykających się pod stołem zarzuconym tym za długim obrusem… — Zawiesiła opowieść i cofnęła się, zabierając ze sobą tajemnice. — Albo o szeptach, które wymieniają przed wyjściem, gdy ustalają, gdzie odbędą faktyczną schadzkę.
Wystarczająco już Helloise pooglądała Lucy — i spodobała jej się ona. Ślizgała się po tych zielonych oczach wypatrujących w cudzym domu zdrad, komponując na wampirzej tęczówce wyobrażone łąki. Studiowała, jak układają się wargi, gdy kobieta rozpuszcza w ustach czekoladki. Nie to jednak kazało jej się zatrzymać obok niej na dłużej, a drażniąca oprawa tego piękna — blada cera i czarne stroje, stylizacja trupa. Piękno, aby było pełne, powinno przeminąć, przemieniać się w czasie, zgnić — w to głęboko wierzyła Helloise. Rosewood zdawała się zaś wyryta w białym kamieniu, a na domiar złego zarzucała się żałobną czernią, co budziło w Heli sprzeciw. Zapragnęła więc jej dotknąć i sprawdzić, czy rzeczywiście trafi palcami na zimny marmur, czy to tylko złudzenie. A to wymagało zaangażowania zmysłu innego niż wzrok.
Wieczór drżał cykaniem świerszczy, którym niby to robaczki próbowały rozerwać warstwę duchoty, lecz dźwięki odbijały się od niej i trafiały z powrotem w noc, aby rezonować w głowach. Helloise zawsze czuła się, jakby te świerszcze wibracje panoszące się pod czaszką zabierały cenne miejsce przeznaczone na jej własne rozważania — wówczas wszystko wydawało się jeszcze bardziej poplątane niż zwykle. Rozrzedzała więc myśli cienkim dymem opium, którym była tej nocy upojona do syta.
Nie zrażała jej nieufność Lucy, nic sobie nie robiła z jej defensywnego tonu. Wyszła przed chatę, zatapiając bose stopy w gęstwinie chwastów rozkosznie chłodnej w kontraście do zupy gorącego powietrza.
— Minusy? Czego nie lubisz widzieć? — zapytała sennie z dobrotliwym politowaniem, jakby nie dowierzała jej deklaracjom. Wszystko było dla niej warte oglądania.
Podeszła do wampirzycy, stając z nią ramię w ramię. Patrzyła chwilę w dal, za niewyraźną ścieżką, po której przyszła Rosewood, po czym odwróciła się do swojego gościa. Oglądała ją jak dobrze znany eksponat w muzeum, lecz było inaczej niż za każdym poprzednim razem, gdy jedynie jej widmowa postać obchodziła kobietę: w końcu z Lucy zdjęto szklaną gablotę i Helloise mogła poczuć fizycznie jej obecność.
— Musisz lubić patrzeć. Patrzyłaś na nich tak długo. Mimo że, och, nie dali ci tego, czego szukasz. — Pochyliła się nad ramieniem Lucy do jej ucha, owiewając ją zapachem świeżo zebranych ziół; soczyście żywych, nie ususzonych. — Ale ja… ja mogę ci opowiedzieć, co robią, gdy wychodzą poza twój horyzont. O palcach strącających ramiączka halki, zanim w ciemnym korytarzu zapalą światło. O kolanach spotykających się pod stołem zarzuconym tym za długim obrusem… — Zawiesiła opowieść i cofnęła się, zabierając ze sobą tajemnice. — Albo o szeptach, które wymieniają przed wyjściem, gdy ustalają, gdzie odbędą faktyczną schadzkę.
dotknij trawy