16.07.2025, 02:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2025, 02:50 przez Basilius Prewett.)
Basilius westchnął cicho i policzył w myślach do dziesięciu. Czy naprawdę miałby teraz wymyślać mało wymagające sposoby na morderstwo, tylko po to, aby Brenna wreszcie powiedziała mu kto był tak nieodpowiedzialny, aby puścić ją tutaj samą? Najwyraźniej tak.
– Nie wiem. Trucizną? Wredną klątwą? Ograłbym kogoś w karty, tak aby miał u mnie na tyle duży dług, że musiałby się mnie słuchać. Kazałbym mu więc zagrać z moją ofiarą w karty, ale tak aby to on przegrał, a potem potajemnie zepchnął cel ze schodów tak aby wszyscy myśleli, że biedny, zadłużony hazardzista przegrał z pracownikiem Munga i z desperacji go zabił? Coś bym wymyślił. Naprawdę. – Chyba rzeczywiście sam potrzebował urlopu, skoro właśnie opowiadał przedstawicielce prawa, nawet jeśli otumanionej lekami, swoje pomysły na morderstwo.
Ale przynajmniej chyba udało im się ustalić, że Basilius wcale nie zaczytywał się w tanich romansach, nie miał ulubionej autorki, a gdyby ją miał, to na pewno nie byłaby to ta autorka.
– A jeśli obiecam, że nikogo nie zabiję i przestanę cię pytać o osobę, która pozwoliła ci iść sama do pokoju? Wtedy mi powiesz? – spróbował ponownie, analizując kto właśnie leżał w szpitalu, znał Brennę i mógł poprosić ją o coś takiego. Nikt jednak nie wydawał mu się na tyle głupi.
Drzwi oczywiście nie drgnęły.
– Nie, nie przespałaś – mruknął, podchodząc do drzwi. Zamknietę. Dlaczego? Dlaczego musiały być zamknięte? Co takiego zrobił, że nie mógł po prostu na spokojnie wyjść ze schowka?
– Zaraz to naprawię – mruknął, wyciągając różdżkę, aby otworzyć drzwi zaklęciem i wtedy...
I wtedy oczywiscie, że chochlik kornwalijski, który oczywiście nie był usunięty ze szpitala przez stażystów, chwycił jego różdżkę i w akompaniamencie wrednego śmiechu ukrył się gdzieś z nią na górnych półkach za pudłami. Basilius w pierwszej chwili nawet nie klął. Po prostu wpatrywał się oniemiały w miejsce, w którym ukrył się szkodnik.
– Nie wiem. Trucizną? Wredną klątwą? Ograłbym kogoś w karty, tak aby miał u mnie na tyle duży dług, że musiałby się mnie słuchać. Kazałbym mu więc zagrać z moją ofiarą w karty, ale tak aby to on przegrał, a potem potajemnie zepchnął cel ze schodów tak aby wszyscy myśleli, że biedny, zadłużony hazardzista przegrał z pracownikiem Munga i z desperacji go zabił? Coś bym wymyślił. Naprawdę. – Chyba rzeczywiście sam potrzebował urlopu, skoro właśnie opowiadał przedstawicielce prawa, nawet jeśli otumanionej lekami, swoje pomysły na morderstwo.
Ale przynajmniej chyba udało im się ustalić, że Basilius wcale nie zaczytywał się w tanich romansach, nie miał ulubionej autorki, a gdyby ją miał, to na pewno nie byłaby to ta autorka.
– A jeśli obiecam, że nikogo nie zabiję i przestanę cię pytać o osobę, która pozwoliła ci iść sama do pokoju? Wtedy mi powiesz? – spróbował ponownie, analizując kto właśnie leżał w szpitalu, znał Brennę i mógł poprosić ją o coś takiego. Nikt jednak nie wydawał mu się na tyle głupi.
Drzwi oczywiście nie drgnęły.
– Nie, nie przespałaś – mruknął, podchodząc do drzwi. Zamknietę. Dlaczego? Dlaczego musiały być zamknięte? Co takiego zrobił, że nie mógł po prostu na spokojnie wyjść ze schowka?
– Zaraz to naprawię – mruknął, wyciągając różdżkę, aby otworzyć drzwi zaklęciem i wtedy...
I wtedy oczywiscie, że chochlik kornwalijski, który oczywiście nie był usunięty ze szpitala przez stażystów, chwycił jego różdżkę i w akompaniamencie wrednego śmiechu ukrył się gdzieś z nią na górnych półkach za pudłami. Basilius w pierwszej chwili nawet nie klął. Po prostu wpatrywał się oniemiały w miejsce, w którym ukrył się szkodnik.