11.07.2025, 14:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.07.2025, 15:38 przez Helloise Rowle.)
— Patrzysz na to tak materialistycznie… Oczywiście, że kwiaty są z wody i ziemi — mruknęła niezadowolona. — Sięgałam aż Księżyca, żeby odkryć samą ideę tych roślin. Ktoś musiał napisać wzór, według którego układa się ich materia. — Obserwowała robaka spacerującego po twarzy Flinta, przechylając głowę w ślad jego wędrówki, jakby podążała za nim całą sobą. Gdy spadał, i ona wyciągnęła po niego rękę, lecz jako że nie mogła pochwalić się najlepszymi refleksami, Dægberht z łatwością ją ubiegł. — Ale… racja… łatwiej spojrzeć na ziemię, z której urosły, niż w boski plan — przyznała niechętnie, starając się zapamiętać, aby i podłoża wynieść nieco z Maida Vale.
Znudziło ją oglądanie robaczka. Zanurzyła wzrok w splotach zielonych pędów i łodyżek, szukała w tej plątaninie ukojenia, gdy Dægberht opowiadał o wszystkich tych spędzających jej sen z powiek anomaliach przyrodniczych. Nie powstrzymało jej to jednak od komentowania kolejnych części jego wywodu tęsknymi, cierpiętniczymi westchnieniami skierowanymi do całego wszechświata.
— Jeszcze ich ta zmiana pokąsa. Nie można bezkarnie doprowadzić do wyłączenia z użytku całego lasu. Tyle składników czerpiemy z niego… — Westchnęła raz jeszcze i tym razem zrezygnowanie przemieszało się z gniewem. — Niektóre zioła są dla Kniei unikalne. Co oni wszyscy zamierzają zrobić, gdy pokończą się ich zapasy z poprzednich lat? — Mimo zdegustowania, porzuciła dość szybko ten wątek i zmarszczyła brwi, przechodząc do kolejnego: — Co próbujesz powiedzieć? Chcesz wejść do Kniei? Myślisz, że da się te widma… egzorcyzmować? Bo wiesz, ja wiem, czym jest kelpia. — Brzmiała na urażoną, poczytawszy sobie słowa Flinta za sugestię tego, że czarodziej uważa ją za tchórza bojącego się stanąć twarzą w twarz z byle widmem. — I widziałam większość stworzeń w Kniei. Mogę użyć rozumu, żeby poznać się na ich zagrożeniu i wiedzieć, kiedy i jak się wycofać. Tylko co mi da rozum, gdy nie mam pojęcia o tych nowych upiorach?
Łatwo angażująca się w dygresje Helloise potrzebowała chwili, żeby cofnąć się wśród chaosu wątków z powrotem do czarnych róż, na których skończył Dægberht i które były właściwym punktem wyjścia dla ich spotkania.
— Mnie czas i miejsce… nie zastanowiły? Początek września, koniec sierpnia, to typowy czas na powtarzanie kwitnienia u wielu gatunków róż. Nie wiemy, jak i kiedy się tu znalazły. Może nie było ich tu jeszcze w czasie tego pierwszego kwitnienia, letniego. A może… je przespały? — Wzruszyła bezradnie ramionami, ponieważ nie miała na to pytanie dobrej odpowiedzi. — A gdybym była różą… chyba chciałabym żyć wśród innych róż, jak tu w tym ogrodzie, żeby mieć ładne towarzystwo. A gdybym była inwazyjną drapieżną różą… — uważając na kolce, ułamała łodyżkę, aby zgodnie z propozycją wziąć sobie jeden z czarnych kwiatów — może byłabym kanibalem? — Uśmiechnęła się przewrotnie i rozdziawiła usta, podsuwając pod nie różę, jakby chciała wgryźć się w ścieśnione soczyście płatki. Była to jednak tylko gra (na razie, bo najpierw kość). Helloise wstała, chichocząc cicho. — Wezmę ją. Nie martw się, nigdy bym jej nie posadziła z innymi. Chodźmy zatem do oranżerii. — Czarownica zanęcona ciepłym wyrazem twarzy Flinta wśród chłodnego świtu, uczepiła się jego ramienia, gdy ruszyli przez ogród.
Absolutnie nie zrobiła na niej wrażenia zakochana parka, która wcześniej urządziła sobie schadzkę w tamtym miejscu. Hela była znów w leniwym, nieco nieprzytomnym nastroju, w którym nie było śladu wcześniejszego zdenerwowania tematem opanowanego przez widma lasu.
Flinta puściła, dopiero gdy zdało się jej, że w szybach oranżerii, do której powoli się zbliżali, mienią się odciski rąk. Zamrugała kilkakrotnie powiekami, aby upewnić się, że to nie omam.
— Widzisz…? — zapytała roztargniona. Nie czekając na odpowiedź, podeszła pod panele oranżerii, lecz po odciskach dłoni nie było już wówczas śladu. Spróbowała odtworzyć je sama, własną rękę układając tam, gdzie zdawało jej się, że wcześniej je widziała. Robiła to w jakiejś naiwnej próbie odszukania ich: jeśli nie zmysłem wzroku, to dotyku. — I jest kolejny kwiat. Samotny — zauważyła, gdy ruszyła wzdłuż oranżerii ku wejściu, sunąc lekko palcami po pęknięciach na szkle.
Znudziło ją oglądanie robaczka. Zanurzyła wzrok w splotach zielonych pędów i łodyżek, szukała w tej plątaninie ukojenia, gdy Dægberht opowiadał o wszystkich tych spędzających jej sen z powiek anomaliach przyrodniczych. Nie powstrzymało jej to jednak od komentowania kolejnych części jego wywodu tęsknymi, cierpiętniczymi westchnieniami skierowanymi do całego wszechświata.
— Jeszcze ich ta zmiana pokąsa. Nie można bezkarnie doprowadzić do wyłączenia z użytku całego lasu. Tyle składników czerpiemy z niego… — Westchnęła raz jeszcze i tym razem zrezygnowanie przemieszało się z gniewem. — Niektóre zioła są dla Kniei unikalne. Co oni wszyscy zamierzają zrobić, gdy pokończą się ich zapasy z poprzednich lat? — Mimo zdegustowania, porzuciła dość szybko ten wątek i zmarszczyła brwi, przechodząc do kolejnego: — Co próbujesz powiedzieć? Chcesz wejść do Kniei? Myślisz, że da się te widma… egzorcyzmować? Bo wiesz, ja wiem, czym jest kelpia. — Brzmiała na urażoną, poczytawszy sobie słowa Flinta za sugestię tego, że czarodziej uważa ją za tchórza bojącego się stanąć twarzą w twarz z byle widmem. — I widziałam większość stworzeń w Kniei. Mogę użyć rozumu, żeby poznać się na ich zagrożeniu i wiedzieć, kiedy i jak się wycofać. Tylko co mi da rozum, gdy nie mam pojęcia o tych nowych upiorach?
Łatwo angażująca się w dygresje Helloise potrzebowała chwili, żeby cofnąć się wśród chaosu wątków z powrotem do czarnych róż, na których skończył Dægberht i które były właściwym punktem wyjścia dla ich spotkania.
— Mnie czas i miejsce… nie zastanowiły? Początek września, koniec sierpnia, to typowy czas na powtarzanie kwitnienia u wielu gatunków róż. Nie wiemy, jak i kiedy się tu znalazły. Może nie było ich tu jeszcze w czasie tego pierwszego kwitnienia, letniego. A może… je przespały? — Wzruszyła bezradnie ramionami, ponieważ nie miała na to pytanie dobrej odpowiedzi. — A gdybym była różą… chyba chciałabym żyć wśród innych róż, jak tu w tym ogrodzie, żeby mieć ładne towarzystwo. A gdybym była inwazyjną drapieżną różą… — uważając na kolce, ułamała łodyżkę, aby zgodnie z propozycją wziąć sobie jeden z czarnych kwiatów — może byłabym kanibalem? — Uśmiechnęła się przewrotnie i rozdziawiła usta, podsuwając pod nie różę, jakby chciała wgryźć się w ścieśnione soczyście płatki. Była to jednak tylko gra (na razie, bo najpierw kość). Helloise wstała, chichocząc cicho. — Wezmę ją. Nie martw się, nigdy bym jej nie posadziła z innymi. Chodźmy zatem do oranżerii. — Czarownica zanęcona ciepłym wyrazem twarzy Flinta wśród chłodnego świtu, uczepiła się jego ramienia, gdy ruszyli przez ogród.
Absolutnie nie zrobiła na niej wrażenia zakochana parka, która wcześniej urządziła sobie schadzkę w tamtym miejscu. Hela była znów w leniwym, nieco nieprzytomnym nastroju, w którym nie było śladu wcześniejszego zdenerwowania tematem opanowanego przez widma lasu.
Flinta puściła, dopiero gdy zdało się jej, że w szybach oranżerii, do której powoli się zbliżali, mienią się odciski rąk. Zamrugała kilkakrotnie powiekami, aby upewnić się, że to nie omam.
— Widzisz…? — zapytała roztargniona. Nie czekając na odpowiedź, podeszła pod panele oranżerii, lecz po odciskach dłoni nie było już wówczas śladu. Spróbowała odtworzyć je sama, własną rękę układając tam, gdzie zdawało jej się, że wcześniej je widziała. Robiła to w jakiejś naiwnej próbie odszukania ich: jeśli nie zmysłem wzroku, to dotyku. — I jest kolejny kwiat. Samotny — zauważyła, gdy ruszyła wzdłuż oranżerii ku wejściu, sunąc lekko palcami po pęknięciach na szkle.
dotknij trawy