10.07.2025, 12:18 ✶
– Upokorzyć? – parsknął rozbawiony, nie odsuwając się bynajmniej mimo jej ruchu i po raz pierwszy tego wieczoru zabrzmiał bardziej jak on – nieco protekcjonalny w manierze, rozbawiony samym doborem słów, niemogący się powstrzymać, bo dodać te trzy pensy do jej przecież dość wrażliwego zwierzenia. Był to jednak nieoczekiwany kolor, niczym blask ostatniej świecy na zgliszczach dawnego życia. – Nie można upokorzyć królowej! Nie gdy oddaje jej się należne miejsce, aby każdy wiedział, że nie jest porzuconą towarzyszką wypacykowanego bękarta, a władczynią tamtego miejsca, niosącą w dłoniach serce uszczęśliwionego jej obecnością boga.
Tamta noc ze wszech miar była wyjątkowa. Jej finał położył się cieniem na ich kiełkującej znajomości, podobnie jak teraz ów blask momentalnie zgasł, gdy zaczęła mu wciąż łagodnie, a jednak przypominać fakt za faktem. Drzwi, których nie miała otwierać, niewola plugawego bożka ucieleśnionego w gwiezdnej skale i ci, którymi rządził, a którzy wykorzystali to, aby zdjąć go z tronu.
Któż bardziej został upokorzony tamtej nocy?
– Myślałem… przez moment po powrocie z wyspy myślałem, żeby wrócić do krypty. Żeby przeczekać kolejne sto, sto pięćdziesiąt lat. Myślałem o tym, że tak wyleczę się drugi raz z tej choroby, z uzależnienia, z tęsknoty za czymś, co mnie niszczy, albo… albo nie. Albo wyjdę w zupełnie innym świecie i sprawdzę, czy reinkarnacja rzeczywiście istnieje. Ale… wytrzymałem kwadrans… – Znów zadrżał, tym razem lękiem o wiele bardziej pierwotnym, wpisanym w połamaną duszę, którą kiedyś ktoś próbował posklejać, ale niezbyt skutecznie porzucił robotę w połowie. Skulił się momentalnie, wbijając zwiniętym ciałem pod jej ramię, wczepiając się w czarne krucze skrzydło, w odrealnione istnienie siedzące obok, siedzące w wielkim pokoju, w którym ściany znajdowały się wobec siebie w stanowczo większej odległości, a wyciągnięciem ręki nie można było dotknąć sufitu.
– Pamiętasz? – podjął głucho, wymamrotał w jej kościsty bark, w słodką nicość bezistnienia pachnącą białymi kwiatami i ciepłem bursztynu – Pamiętasz tamtą melodię? – i nim odpowiedziała, sam zaczął cicho nucić dawną, zapomnianą, dumną wtedy, malutką teraz mruczankę. Zaczął nucić, zmuszając się do spokojnego oddechu dyktowanego miarą pulsu pawany.
Tamta noc ze wszech miar była wyjątkowa. Jej finał położył się cieniem na ich kiełkującej znajomości, podobnie jak teraz ów blask momentalnie zgasł, gdy zaczęła mu wciąż łagodnie, a jednak przypominać fakt za faktem. Drzwi, których nie miała otwierać, niewola plugawego bożka ucieleśnionego w gwiezdnej skale i ci, którymi rządził, a którzy wykorzystali to, aby zdjąć go z tronu.
Któż bardziej został upokorzony tamtej nocy?
– Myślałem… przez moment po powrocie z wyspy myślałem, żeby wrócić do krypty. Żeby przeczekać kolejne sto, sto pięćdziesiąt lat. Myślałem o tym, że tak wyleczę się drugi raz z tej choroby, z uzależnienia, z tęsknoty za czymś, co mnie niszczy, albo… albo nie. Albo wyjdę w zupełnie innym świecie i sprawdzę, czy reinkarnacja rzeczywiście istnieje. Ale… wytrzymałem kwadrans… – Znów zadrżał, tym razem lękiem o wiele bardziej pierwotnym, wpisanym w połamaną duszę, którą kiedyś ktoś próbował posklejać, ale niezbyt skutecznie porzucił robotę w połowie. Skulił się momentalnie, wbijając zwiniętym ciałem pod jej ramię, wczepiając się w czarne krucze skrzydło, w odrealnione istnienie siedzące obok, siedzące w wielkim pokoju, w którym ściany znajdowały się wobec siebie w stanowczo większej odległości, a wyciągnięciem ręki nie można było dotknąć sufitu.
– Pamiętasz? – podjął głucho, wymamrotał w jej kościsty bark, w słodką nicość bezistnienia pachnącą białymi kwiatami i ciepłem bursztynu – Pamiętasz tamtą melodię? – i nim odpowiedziała, sam zaczął cicho nucić dawną, zapomnianą, dumną wtedy, malutką teraz mruczankę. Zaczął nucić, zmuszając się do spokojnego oddechu dyktowanego miarą pulsu pawany.