08.07.2025, 16:01 ✶
– Zabije ją tak aby się nie zmęczyć – rzucił nieco głupio, możliwe, że właśnie przez zmęczenie. Bo przecież naprawdę nie planował kogokolwiek zabijać, ale jednocześnie uważał, że to skandal, że ktoś postanowił puścić Brennę samą i należałoby jednak z tą osobą poważnie sobie porozmawiać. Grzecznie oczywiście.
Zwłaszcza, że Longbottom była najwyraźniej w naprawdę złym w stanie skoro podobno widziała jakieś książki w jego sypialni, ostatni raz w tej sypialni będąc na dłużej... Bardzo dawno temu. I to jeszcze wtedy, gdy się wykrwawiała, więc bardzo wątpił, aby miała czas na przeglądanie jego biblioteczki. Może śniło jej się, że była w jego sypialni, co było nieco niepokojące. No i dalej nie miał jakiejś ulubionej pisarki, której książki miałby w całym pokoju.
– Nie, nie mam – zaprotestował więc ponownie, jakby kłócenie się z przyćpaną Brenna miało jakikolwiek sens. Na wszelki wypadek jednak wziął od niej jedną z książek, bo po pierwsze zaczynał mieć okropne przypuszczenia, że jednak wiedział o co jej chodziło, a po drugie po to aby udowodnić jej (i trochę w tym momencie też sobie), że naprawdę nigdy nie czytał książek tej kobiety.
A potem zobaczył znajome nazwisko.
Brenna źle widziała, prawda? Może nie zobaczyła, jak z całych sił starał się zachować kamienną twarz.
To były te książki.
Książki, które zostały specjalnie wystawione na wierzch w jego sypialni podczas tej feralnej randki, bo... No... Ekhem...
Nie było to teraz istotne, a on wolał o Francesce myśleć jak najmniej.
– Nie mam ulubionej autorki. Jej książki... Dostałem je od kogoś i nie chciałem temu komuś zrobić przykrości – powiedział szybko (nieco kłamiąc) i oddał czarownicy jasnoróżową okładkę, na której dziwnie wielki i muskularny czarodziej, leciał na miotle, na tle fioletowych chmur, obejmując dziwnie drobną czarownicę. To była zła książka. Naprawdę zła. – Widzę, że mało teraz widzisz. Chodź, odprowadzę cię do pokoju i tam mi powiesz dla kogo miały być te książki to dostarczę je sam, dobrze?
Oczywiście nie przyjmował nie jako odpowiedzi i delikatnie dotknął ramienia Brenny, aby nakierować ją w stronę wyjścia z tego magazynku.
Zwłaszcza, że Longbottom była najwyraźniej w naprawdę złym w stanie skoro podobno widziała jakieś książki w jego sypialni, ostatni raz w tej sypialni będąc na dłużej... Bardzo dawno temu. I to jeszcze wtedy, gdy się wykrwawiała, więc bardzo wątpił, aby miała czas na przeglądanie jego biblioteczki. Może śniło jej się, że była w jego sypialni, co było nieco niepokojące. No i dalej nie miał jakiejś ulubionej pisarki, której książki miałby w całym pokoju.
– Nie, nie mam – zaprotestował więc ponownie, jakby kłócenie się z przyćpaną Brenna miało jakikolwiek sens. Na wszelki wypadek jednak wziął od niej jedną z książek, bo po pierwsze zaczynał mieć okropne przypuszczenia, że jednak wiedział o co jej chodziło, a po drugie po to aby udowodnić jej (i trochę w tym momencie też sobie), że naprawdę nigdy nie czytał książek tej kobiety.
A potem zobaczył znajome nazwisko.
Brenna źle widziała, prawda? Może nie zobaczyła, jak z całych sił starał się zachować kamienną twarz.
To były te książki.
Książki, które zostały specjalnie wystawione na wierzch w jego sypialni podczas tej feralnej randki, bo... No... Ekhem...
Nie było to teraz istotne, a on wolał o Francesce myśleć jak najmniej.
– Nie mam ulubionej autorki. Jej książki... Dostałem je od kogoś i nie chciałem temu komuś zrobić przykrości – powiedział szybko (nieco kłamiąc) i oddał czarownicy jasnoróżową okładkę, na której dziwnie wielki i muskularny czarodziej, leciał na miotle, na tle fioletowych chmur, obejmując dziwnie drobną czarownicę. To była zła książka. Naprawdę zła. – Widzę, że mało teraz widzisz. Chodź, odprowadzę cię do pokoju i tam mi powiesz dla kogo miały być te książki to dostarczę je sam, dobrze?
Oczywiście nie przyjmował nie jako odpowiedzi i delikatnie dotknął ramienia Brenny, aby nakierować ją w stronę wyjścia z tego magazynku.