04.07.2025, 00:43 ✶
Prowadzenie auta o tej porze dnia było czymś, czego zakazywał sobie nawet w stanie kompletnej nietrzeźwości, a wtedy do głowy przychodziły mu najgłupsze z najgłupszych pomysłów. Gdyby nie modyfikacje, jakich dokonał w światłach, prawdopodobnie dachowaliby na poprzednim zakręcie. Wyraz jego twarzy wskazywał więc teraz na głębokie skupienie i stanowił wybitnie dobre odbicie stanu jego umysłu – bo szarówka sprawiała, że stawał się niemal kompletnie ślepy. Katastrofa – to pewnie pomyślałby każdy, kto go nie znał – ale dla niego katastrofą było zbytnie przejmowanie się tym, co znajdowało się u celu wyprawy. Ilość energii, jaką musiał poświęcić, żeby nie zabić ich po drodze, skutecznie spychała na dalszy plan najgorsze z myśli, a on... był specjalistą z przytłaczania samego siebie coraz bardziej i bardziej. Czy Londyn naprawdę płonął? Jako jedyni jechali w jego kierunku, kiedy wszyscy inni kierowcy próbowali wydostać się z piekła. Czasami nawet trąbili na niego i krzyczeli, żeby zawracał, ale przecież Bellowie nie mieli szans złożyć wszystkich namiotów, a znając tych sentymentalnych głupków, nie chcieli porzucić wozów za sobą i uciec.
Nie było żadnej muzyki. Nie było żadnych wiadomości. No bo przecież kiedy było głośno, to gorzej się widziało – to była niepisana, ale istotna zasada bycia kierowcą.
– Huh? – W pierwszej chwili nie zareagował na jego słowa, niczym innym niż krótkim dźwiękiem wydanym jakby od niechcenia, gdzieś pomiędzy trzecią i czwartą myślą o tym, że widział coraz mniej. Widział coraz mniej i przejmował się coraz mniej. Udało mu się nie mieć w głowie martwego Caina, udało mu się odrzucić perspektywę płonącego żywcem Alexandra – i próby budowania czegokolwiek z Laurentem na dwóch trupach, z którymi nie mógł zamknąć historii w normalny sposób.
Ale był też dotyk i dotyk działał na niego w sposób, który był przewidywalny – jego ręka przesunęła się na udo blondyna.
Samochód wyraźnie zwolnił, a on wreszcie na niego spojrzał, splatając razem ich palce. Wydał z siebie jeszcze krótkie hmm i ah, obracając w głowie istotę tego, co Laurent w ogóle tutaj sugerował.
– Nie – powiedział, mrużąc oczy, żeby dostrzec, w który zjazd powinien teraz skręcić. – To znaczy nie-nie-zostaniesz-tutaj, a nie-nie-możesz-pomóc-ze-zwierzętami. Ale pewnie wszystkie będą w klatkach. Jeżeli Bellowie mieliby robić ci jakieś problemy, to po prostu stamtąd spierdolimy. – Nie spostrzegł tego, że projektował na niego własne obawy względem jego otoczenia – brak akceptacji, odrzucenie, bycie wiecznie niedopasowanym puzzlem. Widmo bezużyteczności było w nim silne, ale nie tak silne jak to. Nie ukrywał więc, że miał ułożone priorytety – i chociaż wcześniej mówił o strachu przed potrzebą wybrania kogo chciał w tych warunkach ochraniać, odpowiedź była oczywista. Nie zmienił się ani trochę, gdyby Prewett kazał mu porzucić Bellów drugi raz, The Edge zapadłby się pod ziemię z dnia na dzień.
Nie było żadnej muzyki. Nie było żadnych wiadomości. No bo przecież kiedy było głośno, to gorzej się widziało – to była niepisana, ale istotna zasada bycia kierowcą.
– Huh? – W pierwszej chwili nie zareagował na jego słowa, niczym innym niż krótkim dźwiękiem wydanym jakby od niechcenia, gdzieś pomiędzy trzecią i czwartą myślą o tym, że widział coraz mniej. Widział coraz mniej i przejmował się coraz mniej. Udało mu się nie mieć w głowie martwego Caina, udało mu się odrzucić perspektywę płonącego żywcem Alexandra – i próby budowania czegokolwiek z Laurentem na dwóch trupach, z którymi nie mógł zamknąć historii w normalny sposób.
Ale był też dotyk i dotyk działał na niego w sposób, który był przewidywalny – jego ręka przesunęła się na udo blondyna.
Samochód wyraźnie zwolnił, a on wreszcie na niego spojrzał, splatając razem ich palce. Wydał z siebie jeszcze krótkie hmm i ah, obracając w głowie istotę tego, co Laurent w ogóle tutaj sugerował.
– Nie – powiedział, mrużąc oczy, żeby dostrzec, w który zjazd powinien teraz skręcić. – To znaczy nie-nie-zostaniesz-tutaj, a nie-nie-możesz-pomóc-ze-zwierzętami. Ale pewnie wszystkie będą w klatkach. Jeżeli Bellowie mieliby robić ci jakieś problemy, to po prostu stamtąd spierdolimy. – Nie spostrzegł tego, że projektował na niego własne obawy względem jego otoczenia – brak akceptacji, odrzucenie, bycie wiecznie niedopasowanym puzzlem. Widmo bezużyteczności było w nim silne, ale nie tak silne jak to. Nie ukrywał więc, że miał ułożone priorytety – i chociaż wcześniej mówił o strachu przed potrzebą wybrania kogo chciał w tych warunkach ochraniać, odpowiedź była oczywista. Nie zmienił się ani trochę, gdyby Prewett kazał mu porzucić Bellów drugi raz, The Edge zapadłby się pod ziemię z dnia na dzień.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.