12.02.2023, 12:14 ✶
- Nie mówiłam poważnie - odparła tylko Mackenzie, bo ostatecznie nie uważała przecież, że mężczyzna naprawdę chciał w ten dziwaczny sposób okraść ją ze stolika. Po prostu była raczej słaba, jeśli szło o żarty. Zwłaszcza, że wiele z nich wygłaszała z taką miną i wyrazem twarzy, że ludzie zakładali, że mówi je na poważnie.
Czasem nawet tak było.
- W porządku, czyli pamięć długoterminowa na miejscu - ucieszyła się, kiedy się przedstawił. Naprawdę byłoby głupio dostać amnezji po tym, jak ktoś wpadł na ciebie w barze. I bardzo nie chciałaby w takiej sytuacji być tą jedyną osobą, która akurat znalazła się pod ręką i może doprowadzić ofiarę zaniku do Biura Brygady albo Munga. Robiło się jej słabo na samą myśl o tłumaczeniu różnym ludziom, co się stało. - Mackenzie.
Rozejrzała się za jakimś dodatkowym krzesłem, bo Wilhelm wyglądał, jakby bardzo potrzebował usiąść. W końcu przy jednym z dalszych stolików dostrzegła takie jedno - wcześniej notabene podebrane od jej stolika - i przez ułamek sekundy rozważała pomiędzy podejściem i poproszeniem o nie, a zachowaniem się jak zupełny cham.
Ponieważ przy stoliku siedziało parę osób, i bardzo nie chciała rozmawiać z tak dużą grupą ludzi, ostatecznie wybrała to drugie, wyciągnęła różdżkę i wyszeptała pod nosem "accio". Miała nadzieję, że tamci, właśnie pochłonięci jakąś pijacką grą, nawet nie zauważą, że ktoś podebrał krzesło, na którym wcześniej siedział ich kolega, który teraz wyszedł z baru.
– Powinieneś chyba chwilę posiedzieć. I sprawdzić, czy to nie ustąpi… Jeśli to wstrząs mózgu, można nagle sobie zemdleć i już nie wstać – powiedziała. Nie to, że raz zrobiła coś takiego i potem ocknęła się w szpitalu. Wcale. Przynajmniej po tamtym razie zmądrzała. Chociaż Wilhelm nie miał wszystkich objawów, więc istniała szansa, że jednak zaraz mu to minie. Oby. – Umówiłeś się tu z kimś? Chyba lepiej, żeby ktoś cię potem odprowadził…
Mógł w końcu przyjść do kogoś i o tym zapomnieć. Rozejrzała się nawet znowu, czy ktoś się im nie przypatruje nazbyt uważnie.
Na podziękowanie wzruszyła lekko ramionami, jakby niepewna, jak w ogóle powinna na nie zareagować. Dopytywała właściwie niejako w odruchu, bo chociaż nie dysponowała nieprzebranymi pokładami altruizmu, nie była też tak całkowicie pozbawiona pewnych odruchów. Nad którymi niezbyt się nawet zastanawiała.
Ewentualnie chodziło o to, że tak regularnie ktoś z drużyny obrywał tłuczkami, że była uwarunkowania do konkretnej reakcji przy urazie głowy.
- Magomedykiem? – zdziwiła się i dopiero po sekundzie dotarło do niej, dlaczego mógł tak pomyśleć. – A, nie. Ja tylko trafiam regularnie w ich ręce. Właściwie w każdy czwartek, większość poniedziałków i prawie każdą sobotę – wyjaśniła. Jednocześnie był to żart, z gatunku tych nie jakoś szczególnie śmiesznych, i nie był. Bo w każdy czwartek i poniedziałek mieli najdłuższe treningi, a w soboty z kolei grali mecze, więc tak przynajmniej raz w miesiącu w któryś z tych dni musiał obejrzeć ją uzdrowiciel.
Czasem nawet tak było.
- W porządku, czyli pamięć długoterminowa na miejscu - ucieszyła się, kiedy się przedstawił. Naprawdę byłoby głupio dostać amnezji po tym, jak ktoś wpadł na ciebie w barze. I bardzo nie chciałaby w takiej sytuacji być tą jedyną osobą, która akurat znalazła się pod ręką i może doprowadzić ofiarę zaniku do Biura Brygady albo Munga. Robiło się jej słabo na samą myśl o tłumaczeniu różnym ludziom, co się stało. - Mackenzie.
Rozejrzała się za jakimś dodatkowym krzesłem, bo Wilhelm wyglądał, jakby bardzo potrzebował usiąść. W końcu przy jednym z dalszych stolików dostrzegła takie jedno - wcześniej notabene podebrane od jej stolika - i przez ułamek sekundy rozważała pomiędzy podejściem i poproszeniem o nie, a zachowaniem się jak zupełny cham.
Ponieważ przy stoliku siedziało parę osób, i bardzo nie chciała rozmawiać z tak dużą grupą ludzi, ostatecznie wybrała to drugie, wyciągnęła różdżkę i wyszeptała pod nosem "accio". Miała nadzieję, że tamci, właśnie pochłonięci jakąś pijacką grą, nawet nie zauważą, że ktoś podebrał krzesło, na którym wcześniej siedział ich kolega, który teraz wyszedł z baru.
– Powinieneś chyba chwilę posiedzieć. I sprawdzić, czy to nie ustąpi… Jeśli to wstrząs mózgu, można nagle sobie zemdleć i już nie wstać – powiedziała. Nie to, że raz zrobiła coś takiego i potem ocknęła się w szpitalu. Wcale. Przynajmniej po tamtym razie zmądrzała. Chociaż Wilhelm nie miał wszystkich objawów, więc istniała szansa, że jednak zaraz mu to minie. Oby. – Umówiłeś się tu z kimś? Chyba lepiej, żeby ktoś cię potem odprowadził…
Mógł w końcu przyjść do kogoś i o tym zapomnieć. Rozejrzała się nawet znowu, czy ktoś się im nie przypatruje nazbyt uważnie.
Na podziękowanie wzruszyła lekko ramionami, jakby niepewna, jak w ogóle powinna na nie zareagować. Dopytywała właściwie niejako w odruchu, bo chociaż nie dysponowała nieprzebranymi pokładami altruizmu, nie była też tak całkowicie pozbawiona pewnych odruchów. Nad którymi niezbyt się nawet zastanawiała.
Ewentualnie chodziło o to, że tak regularnie ktoś z drużyny obrywał tłuczkami, że była uwarunkowania do konkretnej reakcji przy urazie głowy.
- Magomedykiem? – zdziwiła się i dopiero po sekundzie dotarło do niej, dlaczego mógł tak pomyśleć. – A, nie. Ja tylko trafiam regularnie w ich ręce. Właściwie w każdy czwartek, większość poniedziałków i prawie każdą sobotę – wyjaśniła. Jednocześnie był to żart, z gatunku tych nie jakoś szczególnie śmiesznych, i nie był. Bo w każdy czwartek i poniedziałek mieli najdłuższe treningi, a w soboty z kolei grali mecze, więc tak przynajmniej raz w miesiącu w któryś z tych dni musiał obejrzeć ją uzdrowiciel.