Propozycja użycia prześcieradła przyjęła się z ciepłym przyjęciem. Ostrożnie ułożyli mężczyznę na prowizorycznych noszach i rozpoczęli smętny pochód. W głowie Martina było tysiące myśli przeróżnych. Jak bardzo zdenerwowana musi być matka po odkryciu, że go nie ma w domu? Czy ich skrzatka skacze teraz po okolicznych zgliszczach, by go znaleźć? Co zrobią, jeśli w szpitalu nikt nie pomoże mężczyźnie? Co się stanie z uratowaną przez nich rodziną? Skąd Cassian wziął się w okolicy? Czy gdzieś tu mieszka? A może mieszkał, bo jego dom pochłonęły płomienie? I czy... mieszkał z kimś? Z rodziną? Z Julie?
Przesuwali się powoli, płuca przywykły do dymu ulicy, ale on cały czas obciążał każdy oddech, każdy ruch. Martin był wykończony – jego mięśnie ostatni raz były używane tak dawno... A transportowany człowiek to rosły mężczyzna, nie jakiś młodzieniec. Crouch cały czas miał nadzieję, że może ocknie się on w trakcie podróży. Jak ciężki musiał być jego stan, skoro tak wyniszczający spacer przeżywał we śnie.
Martin tylko skinął głową w odpowiedzi. Bo nie miał żadnych słów do zaoferowania. Wybiegł z domu bez konkretnego planu, bez szans na zrealizowanie swoich zamierzeń. Jedyne co uczynił, to sprawił matce trudność... Jej udręczone serce musiało teraz tonąć w rozpaczy... I wtedy ją dostrzegł. Stała przy schodach do szpitala i rozmawiała z jakimś mężczyzną. Co tu robiła? Czyżby skrzatka nie miała rozkazu zabrać go do domu a tylko doniosła Elisabeth o jego lokacji?
Gdy byli blisko szpitala, zostali zauważeni przez pracowników. Kilku mężczyzn podbiegło do nich i od razu odebrali nieprzytomnego człowieka z ich rąk. Jego żona ruszyła za nimi, pospiesznie wyjaśniając okoliczności, jak gdyby to było teraz potrzebne. Do jej spódnicy doczepiony chłopiec. Gdy zniknęli w drzwiach, Martin przeniósł wzrok na rodzicielkę. Przez dym i słabe oświetlenie nie mógł dostrzec jej twarzy, ale zdecydowanie zwrócona była w jego kierunku. Myślał teraz tylko o tym, jak bardzo zawiódł. Nie zwrócił uwagi na to, że chociaż sprawił przykrość sercu matki, uratował serce innej kobiety przed utratą dwóch najbliższych jej mężczyzn. Elisabeth już o tym wiedziała. Ale nie zbliżała się jeszcze do niego, jak gdyby pozwoliła mu samemu zdecydować o swoim kolejnym ruchu.
Martin odwrócił się do Cassiana. Nie wiedział, co powiedzieć. Spontaniczna akcja ratunkowa zetknęła ścieżki ich losu ze sobą. Po osobistych tragediach, gdy Crouch postanowił w końcu zaznać smaku życia, myślał kilka razy o Blishwicku. Ale nie potrafił zebrać się na odnowienie kontaktu. Zdawało się to trudne, wręcz niemożliwe. Nie ograniczała go trudność w fizycznym odnalezieniu kolegi, co raczej wewnętrzne lęki i obawy. Sam zmienił się niesamowicie w ciągu kilku lat. Czy inaczej było z Cassianem? Gdy spoglądał na niego teraz, widział niemal tego samego chłopaka, z którym przemierzał szkolne korytarze. Ale wygląd nie zawsze zdradza wnętrze.
Kilka niezręcznych słów. Zmęczone spojrzenia. Blishwick spędził tę noc u Martina. Sącząc herbatkę... Nie mówiąc nic. Nie było takiej potrzeby.