01.07.2025, 09:38 ✶
Dzisiejszy targ nie należał do najszczęśliwszych czy najbardziej okazałych. Ludzie nadal nie pozbierali się po straszliwych pożarach, a udawanie, że nic się nie stało, przychodziło wszystkim z trudem. Ucierpiało i Little i Great Hangleton. Ale kiedy wreszcie starto popiół, posprzątano ulice i zabrano się do naprawy szkód… Okazało się, że trzeba jakoś wrócić do codzienności. Nawet jeśli smutniejszej, pełnej melancholii i skupienia. Zaczęto więc od zorganizowania targu - przesuniętego wyjątkowo na poniedziałek.
Pojawiła się na nim i panna Pandit. Jakże by inaczej! Choć nawet tak krótkie podróże odrobinę ją jeszcze przerażały (co jeśli znów ktoś zaprószy ogień, a ona będzie daleko od domu i nie zauważy?) to nie mogła sobie pozwolić na tak długą przerwę. Ludzie potrzebowali jej wyrobów, zwłaszcza w tak trudnym dla nich czasie. Dlatego z samego rana poprosiła wszystkich bogów o wstawiennictwo i błogosławieństwo, zapakowała tobołki i ruszyła ścieżką w stronę Great Hangleton..
Teraz, po kilku godzinach czuła się… lepiej. Świat chyba wracał do normy, nikt nie krzyczał, nie padały żadne straszne zaklęcia, nic nie płonęło. Chyba tylko smutek i zmęczenie wryte w twarzach ludzi przypominały o tym co działo się tu kilka dni wcześniej.
Kapitan Nemo leżał uwalony na bruku, za jej chyboczącym się stolikiem, pochrapując w najlepsze. Na taborecie, który jej jakiś miły sąsiad przyniósł “żeby biedna tak nie stała cały dzień” aktualnie stał koszyk wymoszczony siankiem czy inną słomą, a w środku świeże kwiaty, zioła i… podgryzający marchewkę młody zając. Nieco butna mina jegomościa jasno sugerowała, że jego puchata pupka nie jest na sprzedaż. W przeciwieństwie do innych rzeczy, które dziewczyna miała na swoim stoisku. Kilka prostych świec - jak twierdziły etykiety każda o różnych właściwościach (choć ciężko wśród nich pewnie szukać czegoś bardziej hm.. sugestywnego), kadzidła w woreczkach, fiolki domowych eliksirów (niektóre tylko odrobinę uszczerbione!) i pudełeczka z maściami na mniejsze i większe urazy (to straszne jak wielu potrzebowało teraz środków na oparzenia, powinna była zrobić ich więcej) no i oczywiście to po co wszyscy zdawali się zaglądać - jej własny, domowy miód pitny. Ostała się jedna butelka! Ostatnia. Biedny Rodolphus, może gdyby był nieco szybciej załapałby się na wino truskawkowe, ale to rozeszło się jak ciepłe bułeczki z samego rana.
Na drewnianej tabliczce przyczepionej do stołu wypisano starannym pismem “wróżby, świece, kadzidła i inne wyroby panny Pandit”. Zgodnie z typowo jarmarczną taktyką - bez cen. Chociaż czy dziewczę stojące po drugiej stronie wyglądało jakby go miało oskubać ze wszystkich galeonów? Albo funtów?
Niekoniecznie.
Jahnavi widząc klienta przerwała swoje dotychczasowe zajęcie i odłożyła na bok koronkową chusteczkę, którą plotła na zwykłym mugolskim szydełku. Dwie podobne leżały na stole - kolejny drobiazg na sprzedaż. Złożyła umalowane henną dłonie przed sobą w niemym geście Namaste, czekając aż się nieznajomy na spokojnie rozejrzy. Metalowe bransoletki (jakże elegancko dobrane pod kolor jej pasteloworóżowego sari!) zadźwięczały. Pośród pokrzykiwań i nawoływań innych handlarzy, cisza jaka otaczała jej stoisko zawsze działała na ludzi kojąco. Nawet jeśli nie chcieli nic kupić, wiedzieli, że nie ma lepszej herbaty w całym Great Hangleton od tej gotującej się w jej cynowym czajniczku.
Pojawiła się na nim i panna Pandit. Jakże by inaczej! Choć nawet tak krótkie podróże odrobinę ją jeszcze przerażały (co jeśli znów ktoś zaprószy ogień, a ona będzie daleko od domu i nie zauważy?) to nie mogła sobie pozwolić na tak długą przerwę. Ludzie potrzebowali jej wyrobów, zwłaszcza w tak trudnym dla nich czasie. Dlatego z samego rana poprosiła wszystkich bogów o wstawiennictwo i błogosławieństwo, zapakowała tobołki i ruszyła ścieżką w stronę Great Hangleton..
Teraz, po kilku godzinach czuła się… lepiej. Świat chyba wracał do normy, nikt nie krzyczał, nie padały żadne straszne zaklęcia, nic nie płonęło. Chyba tylko smutek i zmęczenie wryte w twarzach ludzi przypominały o tym co działo się tu kilka dni wcześniej.
Kapitan Nemo leżał uwalony na bruku, za jej chyboczącym się stolikiem, pochrapując w najlepsze. Na taborecie, który jej jakiś miły sąsiad przyniósł “żeby biedna tak nie stała cały dzień” aktualnie stał koszyk wymoszczony siankiem czy inną słomą, a w środku świeże kwiaty, zioła i… podgryzający marchewkę młody zając. Nieco butna mina jegomościa jasno sugerowała, że jego puchata pupka nie jest na sprzedaż. W przeciwieństwie do innych rzeczy, które dziewczyna miała na swoim stoisku. Kilka prostych świec - jak twierdziły etykiety każda o różnych właściwościach (choć ciężko wśród nich pewnie szukać czegoś bardziej hm.. sugestywnego), kadzidła w woreczkach, fiolki domowych eliksirów (niektóre tylko odrobinę uszczerbione!) i pudełeczka z maściami na mniejsze i większe urazy (to straszne jak wielu potrzebowało teraz środków na oparzenia, powinna była zrobić ich więcej) no i oczywiście to po co wszyscy zdawali się zaglądać - jej własny, domowy miód pitny. Ostała się jedna butelka! Ostatnia. Biedny Rodolphus, może gdyby był nieco szybciej załapałby się na wino truskawkowe, ale to rozeszło się jak ciepłe bułeczki z samego rana.
Na drewnianej tabliczce przyczepionej do stołu wypisano starannym pismem “wróżby, świece, kadzidła i inne wyroby panny Pandit”. Zgodnie z typowo jarmarczną taktyką - bez cen. Chociaż czy dziewczę stojące po drugiej stronie wyglądało jakby go miało oskubać ze wszystkich galeonów? Albo funtów?
Niekoniecznie.
Jahnavi widząc klienta przerwała swoje dotychczasowe zajęcie i odłożyła na bok koronkową chusteczkę, którą plotła na zwykłym mugolskim szydełku. Dwie podobne leżały na stole - kolejny drobiazg na sprzedaż. Złożyła umalowane henną dłonie przed sobą w niemym geście Namaste, czekając aż się nieznajomy na spokojnie rozejrzy. Metalowe bransoletki (jakże elegancko dobrane pod kolor jej pasteloworóżowego sari!) zadźwięczały. Pośród pokrzykiwań i nawoływań innych handlarzy, cisza jaka otaczała jej stoisko zawsze działała na ludzi kojąco. Nawet jeśli nie chcieli nic kupić, wiedzieli, że nie ma lepszej herbaty w całym Great Hangleton od tej gotującej się w jej cynowym czajniczku.