Pewnie tego nie czytali, albo tylko rzucali pobieżnie okiem… tych raportów znaczy, a potem przychodził taki losowy moment, jaki miał miejsce w Biurze kilka godzin temu i nawet najnudniejsza sprawa mogła się okazać ważnym kawałkiem wielkiego obrazka, nawet jeśli małym puzzlem… I dlatego Victoria zawsze się do raportów przykładała (i nie była to szkoła Atreusa, który tak lubił uśmiechać się buńczucznie i mówić, że pod jego czujnym okiem i dzięki jego wskazówkom tak dobrze nauczyła się je pisać. Zwłaszcza gdy przez dwa lata, gdy on już aurorem był, ona jeszcze się szkoliła i to był idealny moment by takiego jeszcze-nie-aurora trochę wykorzystać… doskonale wiedziała, że Bulstrode wykorzystałby każdą sytuację, byle się od tego wymigać i zwalić to na kogo innego).
Jak to mówią – pod latarnią jest najciemniej – więc być może nie powinno ich to tak dziwić, że to nie na Nokturn zaprowadził ich trop. Ulica Śmiertelnego Nokturnu to było przecież pierwsze miejsce, które zaczęliby sprawdzać, gdyby nie znaleźli żadnych lepszych informacji – a jednak i ona była nieco zdumiona, że wylądowali właśnie tutaj. W dokach. A teraz szli… może nie zupełnie spacerowym tempem, ale też nie szybkim marszem, do przodu.
Marszczyła nos na zapach Tamizy w tym miejscu. Nawet jeśli teraz przykrywany przez lekko ziołową poświatę z maści, którymi wysmarowali sobie dłonie, to nadal ten zatęchły nawet trochę smród i tak się przebijał.
– Okej, to może knajpę zostawimy sobie na ostateczność jak nic nie znajdziemy – zaproponowała i odebrawszy od Atreusa swoje puzderko z maścią, wrzuciła je do torebki. Obserwowała. Byli tu jeszcze ludzie, marynarze zapewne, a przynajmniej część z nich. I żaden rudy jak wiewióra, ale te żarówy rzucały się w oczy, byli charakterystyczni. Nie dość, że z koloru włosów, to chyba dodatkowo byli bliźniacy. – Chodź, może popytamy tutaj – skorzystała z okazji, by szturchnąć Bulstrode’a łokciem. Słyszała w tle gwizdek, ale póki co nie zawracała sobie tym głowy, gdy skręciła w jeden z krótszych pomostów, do którego zacumowany był statek. – Ahoj! – krzyknęła i uniosła dłoń, by osłonić sobie oczy przed ostatnimi promieniami słońca. Zaczepiła właśnie tych, którzy grali na swojej łajbie w karty. – Przepraszam, możemy zająć chwilkę? – nie dało się, kurwa, zaprzeczyć, że z pewnością Victoria wyglądała, jakby ni cholerny tu nie pasowała – była zdecydowanie za ładna jak na te doki, nawet jeśli w tych dziwacznych, mugolskich ubraniach, w których ni cholery nie czuła się swobodnie.