29.06.2025, 12:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2025, 13:21 przez Lorraine Malfoy.)
Wkroczyła do kostnicy niemal bezszelestnie, bo przez lata zdążyła poznać korytarze Necronomiconu na tyle, aby te nie musiały na jej widok uskarżać się jękiem przestarzałych parkietów. Uszu Scarlett nie doszło nawet skrzypienie uszczerbionych stopni schodów, po których schodziła razem z Baldwinem do podziemi zakładu pogrzebowego. A chociaż Lorraine poruszała się jak duch, z chwilą, gdy weszła do kostnicy, jej obecność stała tak samo namacalna jak obecność Fridy, która wcześniej pomagała jej sprzątać strych. "Pomagała" to było duże słowo w stosunku do małej ghoulki, słowo, którego Lorraine często używała na wyrost, ale Frida cieszyła się, gdy mogła robić z nią "dorosłe rzeczy", a do "dorosłych rzeczy" należało między innymi sprzątanie ich niewielkiego stryszku. "Sprzątanie" również było słowem stosowanym na wyrost, bo w przypadku Fridy ograniczało się do zabawy pośród staroci (w języku małych ghoulek były to jednak "skarby"), które przez lata zgromadzili tam Alhzared oraz Lorraine.
Ale nawet skarby ze strychu poszły w odstawkę, gdy Frida podchwyciła dobiegające z dołu kroki, i znajomy głos – głos więcej niż znajomy, bo należący do Baldwina, który wreszcie przyszedł do domu. Znaczy się, do Fridy! Natychmiast pociągnęła Lorraine za rękę, ale gdy zobaczyła, że półwila kręci głową, i pokazuje na stertę rzeczy, które chciałaby najpierw znieść na dół, Frida z miną rozdartej niemożliwym do dokonania wyborem męczennicy chwyciła pierwszą z brzegu pamiątkę (był to obrus, który Lorraine chciała ocalić przed molami), po czym zbiegła na dół. Obrus porzuciła gdzieś po drodze (odwiesiła go na krzesło w gabinecie Lorraine, co prawda krzywo, ale kto by się tym przejmował, skoro i tak miał powędrować do prania!), a potem pognała prosto do prosektorium.
Lodowate spojrzenie oczu Lorraine wydawało się topnieć, gdy patrzyła na dziewczynkę, którą Baldwin wziął na ręce. Takie wrażenie mogła przynajmniej odnieść Scarlett, którą Lorraine przywitała skinieniem głowy.
Jeżeli Scarlett była obrzydzona, dobrze chowała swoje obrzydzenie, co Lorraine doceniała. Zbyt wiele razy widziała, jak drastycznie potrafili reagować ludzie na widok ghouli. Z jaką pogardą patrzeć. Dlatego Lorraine była tak ostrożna, dlatego tak długo zajmowało jej podjęcie decyzji, aby pokazywać Fridę poza bezpieczną przestrzenią zakładu pogrzebowego. "Nie rozumiesz, jak będą na nią patrzeć", wypaliła kiedyś przy Baldwinie. "Nie rozumiesz, jak to będzie ją boleć. Ona też nie będzie rozumieć, dlaczego boli." Z czasem zaczęła odpuszczać. Zaczęła też sobie uświadamiać, że jeżeli ktoś krzywo spojrzy na jej dziecko, będzie w stanie objąć je swą wilą aurą, będzie w stanie odstraszyć każde nieprzychylne spojrzenie skierowane w jej stronę. Lorraine nie była nadopiekuńcza. Była... Była po prostu przerażona. Przerażona, że Frida poczuje się wykluczona, poczuje się wyklęta. A potem zobaczyła, jak bawi się z innymi dziećmi. Jak popycha w kałużę chłopaka, który stwierdził, że ma śmieszne uszy. Nie śmiał się z nici przy szyi, z przyszytych przez Lorraine palców. Nie, to wśród dzieci stanowiło przedmiot fascynacji, zazdrości wręcz. Ale uszy, które potem Frida kazała czeszącej ją Lorraine przykrywać lokami, robiąc przy tym zbolałą minę?
Lorraine wycałowała jej uszy, mówiąc, że nigdy nie widziała piękniejszych, i bardziej bezużytecznych uszek, bo znowu jej nie posłuchała, i bawiła się w błocie z tymi chłopaczyskami z sąsiedztwa, a przecież prosiłam cię wcześniej, żeby nie pobrudziła nowych trzewiczków.
Prawie się popłakała, gdy opowiadała o tym Baldwinowi.
"To twoja córka? Siostra?"
– Jest gwiazdką, która spadła z nieba, ale nigdy nie przestała świecić – przemówiła wreszcie Lorraine, a gwiazdy, pokrywające zaczarowany sufit, zaczęły świecić jak gdyby jaśniej. – Jej niegasnący blask dociera wciąż do naszych oczu.
Jest martwa, mówiły oczy Lorraine. Martwa jak wszystko tutaj. A jednak miłość, z jaką patrzyła na martwą dziewczynkę w ramionach Baldwina była jak najbardziej żywa. "Mrugaj gwiazdko aż po świt", nuciła jej wczoraj, zasypiając. "Czym ty jesteś, powiedz mi?" Czule poglądała na Fridę, bo chociaż poetycko dobierała słowa, jakie padały z jej ust, Baldwin dobrze wiedział, po co to robiła. Lorraine wiele robiła to po to, aby zadbać o dziecko, które trzymał w ramionach. Aby Frida rozumiała, i nie czuła się wykluczona z ich rozmów, a jednak, aby nie docierało do niej to, co do dziecka dotrzeć nie powinno. Aby nie musiała dźwigać ciężaru, który do niej nie należał. Nie z jej winy.
Zatrzymała się wzrokiem na zakurzonych falbankach halki, które teraz było widać spod niebieskiej sukieneczki dziewczynki, i nagle pożałowała, że pozwoliła jej pobiec na dół, nie przebrawszy jej wcześniej w coś czystego. Ale Baldwin strzepał już z niej większość kurzu, a resztę wycierał właśnie własną szatą. Usta Lorraine drgnęły. Nie miał lepszej? Nie powinien nosić się tak... nonszalancko. Była w Lorraine zaszczepiona jakaś przeraźliwa potrzeba zaprezentowania się jak najlepiej przed obcymi ludźmi. Jak gdyby jej biała suknia była symbolem statusu, a sztywno zaprasowana koszula Baldwina mogła świadczyć o jego wartości jako osoby. Ale przecież Scarlett nie była obca. Nosiła nazwisko Mulciber, ale w jej żyłach płynęła krew Malfoyów.
Gdyby było inaczej, nie zobaczyłaby w ogóle Lorraine. Więcej, nie zobaczyłaby w ogóle wnętrza jej zakładu pogrzebowego, bo Baldwin by jej tutaj nie przyprowadził.
Lorraine przechyliła lekko głowę, przypatrując się Scarlett z czymś na kształt zaciekawienia. Próbując odsunąć od siebie natrętną myśl, jak wiele twarzyczek takich jak twarz Scarlett już widziała. Wiedziała, czyjego podobieństwa szuka w nich Baldwin. Wiedziała, a on wiedział, że ona wie, ale imię Calanthe nigdy nie przeszło przez usta ani jej, ani jemu. Nigdy wcześniej Lorraine nie pomyślała jednak, że za którąś z tych twarzyczek może stanąć nazwisko Malfoy. Być może Baldwin posunął się tym razem za daleko. Być może powinna się cieszyć, że nie posunął się dalej. "Przejmujesz się tym?", pytała czasem, tak samo obojętna jak Baldwin. "Przejmujesz się tym?", zwykł pytać jej ojciec, którego ostre spojrzenie sugerowało, że nie powinna. Odziedziczyła po nim tę pogardę wobec świata. Nie tylko pogardę, ale i miłość, pomyślała, słysząc pytanie Baldwina.
"Co ty tu robisz, Frido?"
Odsunęła, póki co, myśli na bok, skupiając całą swoją uwagę na zebranych w kostnicy bliskich. Zbliżyła się do nich z szelestem sukien, które sięgały podłogi.
– Chciała pokazać ci, co znalazłyśmy dzisiaj na strychu.
Album. Album ze zdjęciami. Jeden z wielu albumów pozostających w jej pieczy, zaliczanych przez Lorraine, która nigdy nie posiadała przecież wiele, do kolekcji jej największych skarbów. Zbierane przez lata zdjęcia, na których uwieczniono jej przodków, nie przedstawiały sobą żadnej wartości, poza wartością sentymentalną. Nie zależało na nich nikomu spoza rodziny Malfoy. Nie, pomyślała Lorraine, wspomniawszy swoją ostatnią rozmowę z Eden, nawet dla Malfoyów były przecież bezwartościowymi. Inaczej stare ciotki, które odwiedzała, gdy nikt z rodziny nie chciał ich odwiedzać, nie wciskałyby jej tak chętnie zdjęć w podzięce za dobre słowo. Za przeczytany pięknie na głos rozdział ulubionej książki, gdy nie domagały już oczy. Za chwilę towarzystwa, gdy nikt inny nie chciał im towarzyszyć. Jak gdyby czuły się w obowiązku wynagrodzić ją za swoje uprzedzenia wobec tego, jak wzrastała. "Twój ojciec też zawsze potrafił mnie rozweselić", mówiły. Widziała, jak ich oczy błyszczą od wspomnień, i niczego nie pragnęła wtedy tak, jak wkraść się do wnętrza ich umysłów. W ich oczach, Lorraine była wtedy odblaskiem Armanda. W siedzącej obok młodej kobiecie widziały młodzieńca, który zabawiał je, deklamując poezję. W córce widziały ojca. "Jakaż szkoda, że zagubił swoją drogę. Ale ty, ty Lorraine..." Nigdy nie kończyły, jak gdyby szukały właściwych słów. Jak gdyby miały nadzieję, że nie kończąc zdania, jeszcze chwilę pobędą w czasach, gdy były młodsze, piękniejsze, a przede wszystkim, chciane. Jak gdyby wiedziały, że zostawiając Lorraine niedosyt, skłonią ją do powrotu. Jak tego biednego młodziana, do którego śmiały się w młodości z wyżyn bogatych balkonów, gdy rodzice nie patrzyli. Tak, takie historie też opowiadały Lorraine. One opowiadały, a ona słuchała. W takich momentach rozumiała, dlaczego tak wielu w rodzinie Malfoy wciąż kochało wspomnienie Armanda, mimo wszystkich bezeceństw, jakich się dopuścił. Armand potrafił słuchać, a raczej sprawiać, aby ludzie czuli się słuchanymi. Armand nudził się śmiertelnie w ich obecności, ale wciąż zbierał ich historie – wciąż te same, bo nie istniały inne historie, niż te opowiadane wciąż na nowo – te same od początku czasów. A Lorraine... Lorraine nie wykorzystywała ich historii. Lorraine była czymś więcej. Czymś, co zgubił Armand. Czymś, co zgubiły cioteczki na przestrzeni przeżytych lat. Nie kończąc zdania, były przekonane, że zdołają to odnaleźć i zatrzymać, tak, jak zatrzymywały Lorraine, życząc sobie jeszcze jedną piosenkę przygraną na fortepianie. Jeszcze jedną ploteczkę. Jeszcze jedną filiżankę herbaty, tylko bez cukru – ale zresztą, ty zawsze pamiętasz, jaką ja lubię herbatę – prawda, Lorraine? Stare, skostniałe w swych zwyczajach arystokratki, niczym nie różniły się wówczas od pogardzanych przez nie prostaczków, którzy przychodzili do Lorraine ze swoimi zmarłymi na marach, prosząc o wyprawienie pogrzebu. Gdy całowała ich upudrowane, pokryte pierścionkami dłonie i policzki w geście szacunku, przypominała sobie twarze zmarłych, którym towarzyszyła w ich ostatniej drodze. Tuszowała ślady choroby, która ich zabrała. Wygładzała niedoskonałości. Nadawała znękanym twarzom wyraz spokoju, pogody. Nie po to, żeby umniejszyć ich cierpieniom, ale żeby pomóc im odzyskać zatraconą godność. Bo ktoś musiał. Ktoś zawsze musiał pamiętać.
– Ty też jesteś na jego kartach – zwróciła się łagodnie do Scarlett. Zastanawiała się, czy Scarlett też pamiętała, skoro przez tak długo żyła z dala od rodziny. Z dala od swojego prawdziwego domu. Wyciągnięta w jej stronę dłoń, album, który wciąż trzymała Lorraine... Wszystko to zdawało się zaproszeniem. Zaproszeniem do poznania rodziny, z którą łączyła ją krew i podobieństwo rysów, ale nic ponad to. Lorraine zachęciła ją ku temu spojrzeniem.
A jednak dopiero gdy skierowała wzrok na Baldwina i na Fridę, która uwiesiła mu się u szyi, jej twarz rozpromienił uśmiech.
– Pomożemy Scarlett znaleźć jej zdjęcia? – rzuciła do nich zachęcająco, zniżywszy lekko głos.
Ale nawet skarby ze strychu poszły w odstawkę, gdy Frida podchwyciła dobiegające z dołu kroki, i znajomy głos – głos więcej niż znajomy, bo należący do Baldwina, który wreszcie przyszedł do domu. Znaczy się, do Fridy! Natychmiast pociągnęła Lorraine za rękę, ale gdy zobaczyła, że półwila kręci głową, i pokazuje na stertę rzeczy, które chciałaby najpierw znieść na dół, Frida z miną rozdartej niemożliwym do dokonania wyborem męczennicy chwyciła pierwszą z brzegu pamiątkę (był to obrus, który Lorraine chciała ocalić przed molami), po czym zbiegła na dół. Obrus porzuciła gdzieś po drodze (odwiesiła go na krzesło w gabinecie Lorraine, co prawda krzywo, ale kto by się tym przejmował, skoro i tak miał powędrować do prania!), a potem pognała prosto do prosektorium.
Lodowate spojrzenie oczu Lorraine wydawało się topnieć, gdy patrzyła na dziewczynkę, którą Baldwin wziął na ręce. Takie wrażenie mogła przynajmniej odnieść Scarlett, którą Lorraine przywitała skinieniem głowy.
Jeżeli Scarlett była obrzydzona, dobrze chowała swoje obrzydzenie, co Lorraine doceniała. Zbyt wiele razy widziała, jak drastycznie potrafili reagować ludzie na widok ghouli. Z jaką pogardą patrzeć. Dlatego Lorraine była tak ostrożna, dlatego tak długo zajmowało jej podjęcie decyzji, aby pokazywać Fridę poza bezpieczną przestrzenią zakładu pogrzebowego. "Nie rozumiesz, jak będą na nią patrzeć", wypaliła kiedyś przy Baldwinie. "Nie rozumiesz, jak to będzie ją boleć. Ona też nie będzie rozumieć, dlaczego boli." Z czasem zaczęła odpuszczać. Zaczęła też sobie uświadamiać, że jeżeli ktoś krzywo spojrzy na jej dziecko, będzie w stanie objąć je swą wilą aurą, będzie w stanie odstraszyć każde nieprzychylne spojrzenie skierowane w jej stronę. Lorraine nie była nadopiekuńcza. Była... Była po prostu przerażona. Przerażona, że Frida poczuje się wykluczona, poczuje się wyklęta. A potem zobaczyła, jak bawi się z innymi dziećmi. Jak popycha w kałużę chłopaka, który stwierdził, że ma śmieszne uszy. Nie śmiał się z nici przy szyi, z przyszytych przez Lorraine palców. Nie, to wśród dzieci stanowiło przedmiot fascynacji, zazdrości wręcz. Ale uszy, które potem Frida kazała czeszącej ją Lorraine przykrywać lokami, robiąc przy tym zbolałą minę?
Lorraine wycałowała jej uszy, mówiąc, że nigdy nie widziała piękniejszych, i bardziej bezużytecznych uszek, bo znowu jej nie posłuchała, i bawiła się w błocie z tymi chłopaczyskami z sąsiedztwa, a przecież prosiłam cię wcześniej, żeby nie pobrudziła nowych trzewiczków.
Prawie się popłakała, gdy opowiadała o tym Baldwinowi.
"To twoja córka? Siostra?"
– Jest gwiazdką, która spadła z nieba, ale nigdy nie przestała świecić – przemówiła wreszcie Lorraine, a gwiazdy, pokrywające zaczarowany sufit, zaczęły świecić jak gdyby jaśniej. – Jej niegasnący blask dociera wciąż do naszych oczu.
Jest martwa, mówiły oczy Lorraine. Martwa jak wszystko tutaj. A jednak miłość, z jaką patrzyła na martwą dziewczynkę w ramionach Baldwina była jak najbardziej żywa. "Mrugaj gwiazdko aż po świt", nuciła jej wczoraj, zasypiając. "Czym ty jesteś, powiedz mi?" Czule poglądała na Fridę, bo chociaż poetycko dobierała słowa, jakie padały z jej ust, Baldwin dobrze wiedział, po co to robiła. Lorraine wiele robiła to po to, aby zadbać o dziecko, które trzymał w ramionach. Aby Frida rozumiała, i nie czuła się wykluczona z ich rozmów, a jednak, aby nie docierało do niej to, co do dziecka dotrzeć nie powinno. Aby nie musiała dźwigać ciężaru, który do niej nie należał. Nie z jej winy.
Zatrzymała się wzrokiem na zakurzonych falbankach halki, które teraz było widać spod niebieskiej sukieneczki dziewczynki, i nagle pożałowała, że pozwoliła jej pobiec na dół, nie przebrawszy jej wcześniej w coś czystego. Ale Baldwin strzepał już z niej większość kurzu, a resztę wycierał właśnie własną szatą. Usta Lorraine drgnęły. Nie miał lepszej? Nie powinien nosić się tak... nonszalancko. Była w Lorraine zaszczepiona jakaś przeraźliwa potrzeba zaprezentowania się jak najlepiej przed obcymi ludźmi. Jak gdyby jej biała suknia była symbolem statusu, a sztywno zaprasowana koszula Baldwina mogła świadczyć o jego wartości jako osoby. Ale przecież Scarlett nie była obca. Nosiła nazwisko Mulciber, ale w jej żyłach płynęła krew Malfoyów.
Gdyby było inaczej, nie zobaczyłaby w ogóle Lorraine. Więcej, nie zobaczyłaby w ogóle wnętrza jej zakładu pogrzebowego, bo Baldwin by jej tutaj nie przyprowadził.
Lorraine przechyliła lekko głowę, przypatrując się Scarlett z czymś na kształt zaciekawienia. Próbując odsunąć od siebie natrętną myśl, jak wiele twarzyczek takich jak twarz Scarlett już widziała. Wiedziała, czyjego podobieństwa szuka w nich Baldwin. Wiedziała, a on wiedział, że ona wie, ale imię Calanthe nigdy nie przeszło przez usta ani jej, ani jemu. Nigdy wcześniej Lorraine nie pomyślała jednak, że za którąś z tych twarzyczek może stanąć nazwisko Malfoy. Być może Baldwin posunął się tym razem za daleko. Być może powinna się cieszyć, że nie posunął się dalej. "Przejmujesz się tym?", pytała czasem, tak samo obojętna jak Baldwin. "Przejmujesz się tym?", zwykł pytać jej ojciec, którego ostre spojrzenie sugerowało, że nie powinna. Odziedziczyła po nim tę pogardę wobec świata. Nie tylko pogardę, ale i miłość, pomyślała, słysząc pytanie Baldwina.
"Co ty tu robisz, Frido?"
Odsunęła, póki co, myśli na bok, skupiając całą swoją uwagę na zebranych w kostnicy bliskich. Zbliżyła się do nich z szelestem sukien, które sięgały podłogi.
– Chciała pokazać ci, co znalazłyśmy dzisiaj na strychu.
Album. Album ze zdjęciami. Jeden z wielu albumów pozostających w jej pieczy, zaliczanych przez Lorraine, która nigdy nie posiadała przecież wiele, do kolekcji jej największych skarbów. Zbierane przez lata zdjęcia, na których uwieczniono jej przodków, nie przedstawiały sobą żadnej wartości, poza wartością sentymentalną. Nie zależało na nich nikomu spoza rodziny Malfoy. Nie, pomyślała Lorraine, wspomniawszy swoją ostatnią rozmowę z Eden, nawet dla Malfoyów były przecież bezwartościowymi. Inaczej stare ciotki, które odwiedzała, gdy nikt z rodziny nie chciał ich odwiedzać, nie wciskałyby jej tak chętnie zdjęć w podzięce za dobre słowo. Za przeczytany pięknie na głos rozdział ulubionej książki, gdy nie domagały już oczy. Za chwilę towarzystwa, gdy nikt inny nie chciał im towarzyszyć. Jak gdyby czuły się w obowiązku wynagrodzić ją za swoje uprzedzenia wobec tego, jak wzrastała. "Twój ojciec też zawsze potrafił mnie rozweselić", mówiły. Widziała, jak ich oczy błyszczą od wspomnień, i niczego nie pragnęła wtedy tak, jak wkraść się do wnętrza ich umysłów. W ich oczach, Lorraine była wtedy odblaskiem Armanda. W siedzącej obok młodej kobiecie widziały młodzieńca, który zabawiał je, deklamując poezję. W córce widziały ojca. "Jakaż szkoda, że zagubił swoją drogę. Ale ty, ty Lorraine..." Nigdy nie kończyły, jak gdyby szukały właściwych słów. Jak gdyby miały nadzieję, że nie kończąc zdania, jeszcze chwilę pobędą w czasach, gdy były młodsze, piękniejsze, a przede wszystkim, chciane. Jak gdyby wiedziały, że zostawiając Lorraine niedosyt, skłonią ją do powrotu. Jak tego biednego młodziana, do którego śmiały się w młodości z wyżyn bogatych balkonów, gdy rodzice nie patrzyli. Tak, takie historie też opowiadały Lorraine. One opowiadały, a ona słuchała. W takich momentach rozumiała, dlaczego tak wielu w rodzinie Malfoy wciąż kochało wspomnienie Armanda, mimo wszystkich bezeceństw, jakich się dopuścił. Armand potrafił słuchać, a raczej sprawiać, aby ludzie czuli się słuchanymi. Armand nudził się śmiertelnie w ich obecności, ale wciąż zbierał ich historie – wciąż te same, bo nie istniały inne historie, niż te opowiadane wciąż na nowo – te same od początku czasów. A Lorraine... Lorraine nie wykorzystywała ich historii. Lorraine była czymś więcej. Czymś, co zgubił Armand. Czymś, co zgubiły cioteczki na przestrzeni przeżytych lat. Nie kończąc zdania, były przekonane, że zdołają to odnaleźć i zatrzymać, tak, jak zatrzymywały Lorraine, życząc sobie jeszcze jedną piosenkę przygraną na fortepianie. Jeszcze jedną ploteczkę. Jeszcze jedną filiżankę herbaty, tylko bez cukru – ale zresztą, ty zawsze pamiętasz, jaką ja lubię herbatę – prawda, Lorraine? Stare, skostniałe w swych zwyczajach arystokratki, niczym nie różniły się wówczas od pogardzanych przez nie prostaczków, którzy przychodzili do Lorraine ze swoimi zmarłymi na marach, prosząc o wyprawienie pogrzebu. Gdy całowała ich upudrowane, pokryte pierścionkami dłonie i policzki w geście szacunku, przypominała sobie twarze zmarłych, którym towarzyszyła w ich ostatniej drodze. Tuszowała ślady choroby, która ich zabrała. Wygładzała niedoskonałości. Nadawała znękanym twarzom wyraz spokoju, pogody. Nie po to, żeby umniejszyć ich cierpieniom, ale żeby pomóc im odzyskać zatraconą godność. Bo ktoś musiał. Ktoś zawsze musiał pamiętać.
– Ty też jesteś na jego kartach – zwróciła się łagodnie do Scarlett. Zastanawiała się, czy Scarlett też pamiętała, skoro przez tak długo żyła z dala od rodziny. Z dala od swojego prawdziwego domu. Wyciągnięta w jej stronę dłoń, album, który wciąż trzymała Lorraine... Wszystko to zdawało się zaproszeniem. Zaproszeniem do poznania rodziny, z którą łączyła ją krew i podobieństwo rysów, ale nic ponad to. Lorraine zachęciła ją ku temu spojrzeniem.
A jednak dopiero gdy skierowała wzrok na Baldwina i na Fridę, która uwiesiła mu się u szyi, jej twarz rozpromienił uśmiech.
– Pomożemy Scarlett znaleźć jej zdjęcia? – rzuciła do nich zachęcająco, zniżywszy lekko głos.