26.06.2025, 15:08 ✶
Charlotte słyszała o śmierci Chestera Rookwooda i obeszło ją to jeszcze mniej niż zeszłoroczny śnieg – w końcu zeszłej zimy zrobiła sobie parę bardzo malowniczych zdjęć na tle ośnieżonego krajobrazu, i była pewna, że żadna z tych fotografii nie wyszłaby tak dobrze, gdyby znalazł się na niej Chester. Słyszała też to i owo o Vesperze, ale to również traktowała jako mało istotną dla jej życia informację. Gdyby zależało jej na opinii kogoś powiązanego z Rookwoodami udawałaby wielkie zainteresowanie i współczucie. Ponieważ tak nie było, ograniczyła się do robienia smutnych min, gdy ktoś z pracowników wspominał, że Vespera Rookwood, znaczy się Black, prawdopodobnie nie wróci do pracy i wyrażania nieszczerego żalu ze straty tak doskonałej pracownicy.
Charlotte Kelly dbała tylko o siedem osób na tym świecie i jedną z nich była, oczywiście, ona sama.
– Och, proszę się nie martwić, panie Rookwood. Doskonale sobie z nim poradzę i w przeciwieństwie do pana wiem, że takich artefaktów w ogóle nie trzyma się na dłoni. Chyba że chce się, by ta odpadła – odparła mu lekko, ani na moment nie gubiąc uśmiechu. Nie zbił jej z pantałyku, nie sprawił, że się przejęła. Nie interesowała ją opinia Augustusa – ani na jej temat, ani na temat artefaktu. Nie zamierzała też poświęcać choćby sekundy na jego teorie na temat klątwy czy jej pochodzenia, z tym planowała udać się do klątwołamaczy i historyków, a z tego, co wiedziała, Rookwood nie był ani jednym, ani drugim – zwłaszcza że artefakt w istocie, była pewna, ulegał modyfikacji w czasie, przechodził przez wiele rąk i jego pierwotne przeznaczenie było zupełnie inne niż obecne, potrzebowała więc profesjonalistów.
Od Augustusa chciała tylko jednego: dokładnego opisu obrażeń ciała i wskazania przyczyny śmierci, bo w końcu tym się zajmował. Zresztą po prawdzie bardziej od pochodzenia artefaktu interesowało ją coś innego.
Mianowicie jego mordercze właściwości.
– Raport, panie Rookwood? Chyba że nie zdołał pan jeszcze wykonać wszystkich potrzebnych badań, mogę się wtedy zwrócić do innego koronera – dodała słodkim głosem, bo wciąż nie przekazał papierów. Być może pod płaszczykiem uprzejmego pytania kryła się szpilka, nie wykonywał dobrze swojej pracy, ale zdanie samo w sobie brzmiało niewinnie – tak by, jeśli ktoś by je usłyszał, nie mógł jej niczego zarzucić.
/przyjmuję, że przy tych rzutach i bez przewagi ma rację połowicznie
/
Charlotte Kelly dbała tylko o siedem osób na tym świecie i jedną z nich była, oczywiście, ona sama.
– Och, proszę się nie martwić, panie Rookwood. Doskonale sobie z nim poradzę i w przeciwieństwie do pana wiem, że takich artefaktów w ogóle nie trzyma się na dłoni. Chyba że chce się, by ta odpadła – odparła mu lekko, ani na moment nie gubiąc uśmiechu. Nie zbił jej z pantałyku, nie sprawił, że się przejęła. Nie interesowała ją opinia Augustusa – ani na jej temat, ani na temat artefaktu. Nie zamierzała też poświęcać choćby sekundy na jego teorie na temat klątwy czy jej pochodzenia, z tym planowała udać się do klątwołamaczy i historyków, a z tego, co wiedziała, Rookwood nie był ani jednym, ani drugim – zwłaszcza że artefakt w istocie, była pewna, ulegał modyfikacji w czasie, przechodził przez wiele rąk i jego pierwotne przeznaczenie było zupełnie inne niż obecne, potrzebowała więc profesjonalistów.
Od Augustusa chciała tylko jednego: dokładnego opisu obrażeń ciała i wskazania przyczyny śmierci, bo w końcu tym się zajmował. Zresztą po prawdzie bardziej od pochodzenia artefaktu interesowało ją coś innego.
Mianowicie jego mordercze właściwości.
– Raport, panie Rookwood? Chyba że nie zdołał pan jeszcze wykonać wszystkich potrzebnych badań, mogę się wtedy zwrócić do innego koronera – dodała słodkim głosem, bo wciąż nie przekazał papierów. Być może pod płaszczykiem uprzejmego pytania kryła się szpilka, nie wykonywał dobrze swojej pracy, ale zdanie samo w sobie brzmiało niewinnie – tak by, jeśli ktoś by je usłyszał, nie mógł jej niczego zarzucić.
/przyjmuję, że przy tych rzutach i bez przewagi ma rację połowicznie
/