21.06.2025, 00:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2026, 00:32 przez Cameron Lupin.)
Przez te kilka miesięcy stażu Lupin zdołał wykształcić całkiem dobry radar, który pozwalał mu unikać pielęgniarek. Biorąc pod uwagę, że już nie raz nie dwa był zaganiany przez nie do absolutnie najgorszych robót na oddziale, ostatnio robił co mógł, aby ponownie nie wpaść w ich sidła. Zwłaszcza, że od niedawna był członkiem zespołu badawczego Florence, który miał skupiać się na badaniu Klątwy Żywiołów. To była nadzwyczaj odpowiedzialna praca i nie mogła zostać odsunięta na bok tylko po to, żeby Cameron wrócił do czyszczenia magazynu czy pomagania na oddziale przy pomniejszych przyp...
Cholera, zdążył tylko pomyśleć, gdy koniec końców dopadła go Barbara Pettigrew. Pokiwał nieśmiało głową, uśmiechając się nerwowo. Uh, co to będzie tym razem? Jak tak dalej pójdzie, to niedługo zagonią go do sprzątania toalet. Albo do pracy w pralni lub kotłowni na niższych poziomach szpitala. A może Barbara była tylko wysłanniczką? Może miała go odeskortować do Bulstrode? Pobladł nieco na tę myśl. Chociaż dogadywał się z Florence coraz lepiej, tak dalej wzbudzała w nim strach. Poważny strach. Słuchał więc pielęgniarki, starając się skupić na jej słowach podczas drogi przez korytarze szpitala.
— Czyli co...? — wtrącił nieoczekiwanie Cameron, wbijając spojrzenie w tył głowy magi-pielęgniarki. — Marvin zmienił się w Mary? Mary zmieniła się w Marvina? Spontaniczna zmiana płci to szalenie rzadki fenomen. No chyba, że ktoś trafi na tutejsze poltergeisty z magicznej dzielnicy Londynu. — Wychował się w tym mieście, więc wiedział to i owo o ''niespodziankach'', które mogły czyhać na nieostrożnych odwiedzających. — Ministerstwo przejęło różdżkę, Mary Poppins, czy kogo?
Zmarszczył czoło. Im dłużej kobieta do niego mówiła tym większe odnosił wrażenie, że mało co rozumiał z tego wywodu. Z drugiej strony im dłużej odbywał staż w Szpitalu św. Munga tym częściej przekonywał się, że czasem lepiej było zadawać jak najmniej pytań i po prostu słuchać pracowników starszych stażem. Tak było z Florence; z nią lepiej było w ogóle nie dyskutować, a po prostu kiwać głową i modlić się o to, aby nie popełnić żadnego błędu w zasięgu jej sokolego wzroku. Wszystko się wyjaśni na sali, pomyślał Cameron, próbując dodać tym sobie otuchy.
Wejście do sali zabiegowej w najmniejszym stopniu nie rozwiało jego wątpliwości. Niestety.
— A więc teraz jest kobietą — mruknął pod nosem, zmniejszając dystans dzielący go z Ambroisem. — Ekhm, dzień dobry, h-hej. — Uniósł dłoń w geście powitania, rozglądając się uważnie po całym pomieszczeniu. — Potrzebowaliście pomocy. Podobno. To... O co w tym wszystkim właściwie chodzi? Chyba nie do końca załapałem... Jak to wszystko doszło do skutku.
Uniósł kąciki ust w bezradnym uśmiechu. Wygląd Mary nieco go zdziwił, chociaż... nie takie już osoby widział. Jeśli dobrze kojarzył to na wiosennym balu Longbottomów też była taka jedna całkiem wysoka kobieta. Zmrużył oczy, próbując sobie przypomnieć, czy była to ta sama czarownica, która walczyła z Rudą o sukienkę z licytacji. Może? A może po prostu były tam dwie gigantki? Tyle czasu już minęło od tamtego balu, zorientował się niespodziewanie. Równie dobrze mógł być teraz innym człowiekiem.
— P-pobraliście już jakieś próbki do badań? K-krwi? Śliny? — dopytał, stając za plecami Greengrassa. — Podobno nie wiadomo, co wzięła. M-moglibyśmy spróbować jakichś maści lub specyfików, które reagują z najpopularniejszymi składnikami wywołującymi takie... efekty. Czy... w-wpadłeś już na jakiś inny pomysł?
Cameron odchrząknął parę razy, próbując zapanować nad lekkim drżeniem głosu. Nie tylko przez swój dość niecodzienny wzrost, ale też przez jej spojrzenie. Jakby patrzyła na nich, a jednocześnie przez nich - na coś, czego oni nie widzieli. A to nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Zwłaszcza w połączeniu z tym dziwnym śpiewem, jakiego musiała wysłuchiwać reszta personelu.
— D-dobrze, to... może zaczniemy od podstaw? — mruknął, zerkając na Ambroise'a, jakby szukał u niego potwierdzenia, że nie robi czegoś głupiego. Może był studentem Akademii Munga od dłuższego czasu, ale nie oznaczało to wcale, że w tym czasie stał się ekspertem od każdej gałęzi magimedycyny. — Czy ona... czy ona w ogóle reaguje na polecenia? Mówiła coś? Krzyczała? … Śpiewała na waszą prośbę?
Ostatnie słowa wypowiedział dużo ciszej, jakby obawiał się, że samo wspomnienie o śpiewaniu sprowokuje pacjentka do wejścia na wyższe obroty i zmienieniu sali zabiegowej w salę koncertową. Po uzyskaniu szczątkowych informacji na temat stanu zdrowia Mary od starszego uzdrowiciela Cameron zbliżył się do niej powoli. Ostrożność sugerował nawet jej wygląd, jednak w tym momencie bardziej obawiał się, że może zrobić komuś krzywdę ze względu na zbyt gwałtowne reakcje wywołane wpływem nieznanych substancji. A on naprawdę nie chciał, żeby po oddziale rozniosło się, że dał się walnąć w nos w trakcie diagnostyki i sam wylądował w gabinecie na konsultacji.
— M-mary? — spróbował łagodnie. — Czy możesz spojrzeć na mnie? Tylko na chwilkę. — Uniósł dłoń, wykonując powolny, uspokajający gest. — Ch-chciałbym tylko sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.
Spojrzenie dryblaski przesunęło się w jego stronę, ale nie zatrzymało. Jakby jego twarz była tylko jednym z wielu punktów w plątaninie bodźców, które do niej obecnie docierały. Cameron poczuł, jak coś zaciska mu się w okolicy żołądka. To nie wyglądało na zwykłe zatrucie. Może była to jakaś forma przebodźcowania? Wyjaśniłoby to poniekąd to śpiewanie, skomentował bezgłośnie. Jeśli w tym stanie nie potrafiła skupić się na tyle, żeby mówić do nich z sensem, to może podświadomie uznała śpiew za odpowiednią formę komunikacji?
Kobieta poruszyła się nagle, jakby coś ją szturchnęło. Lupin odskoczył o pół kroku, zerkając kontrolnie na Barbarę i Ambroise'a. Tymczasem Mary przestała zwracać na nich większą uwagę i odwróciła się w drugą stronę, mrucząc pod nosem coraz to mniej zrozumiałe sentencje. Chłopak wypuścił głośno powietrze przez usta, rozglądając się na prawo i lewo, jakby poprawna odpowiedź na całe to zamieszenie miała mu spaść z nieba.
— Moim zdaniem najlepiej by było podać jej wywar uspokajający. Ograniczymy w ten sposób ryzyko związane z jej nieprzewidzianymi reakcjami po tym, co zażyła na Nokturnie — zaczął powoli Cameron, wracając myślami do wykładów Florence w których brał udział. — Kiedy jej sytuacja się ustabilizuje, podałbym jej dożylnie płyny. To powinno rozcieńczyć toksynę we krwi i przyspieszyć jej wydalanie przez nerki.
Nie mówił teraz niczego odkrywczego. Podobne działania były dość powszechną praktyką, aby doprowadzić pacjenta do porządku przed kolejnymi etapami leczenia. Bądź co bądź, najważniejsze było pozbycie się z ciała szkodliwej substancji, żeby nie kolidowała z eliksirami, które mogliby zastosować na dalszym etapie terapii. Krzyżowanie ze sobą kilku wywarów mogło być szkodliwe w skutkach. Może gdyby dalej leczył rówieśników po znajomości, to zdecydowałby się na coś bardziej ''odważnego'', ale w tym momencie standardowa procedura wydawała się najlepszym rozwiązaniem.
Mary znowu poruszyła się gwałtownie; tym razem odchylając głowę do tyłu, gdy z korytarza dobiegł ich okrzyk jakiegoś dziecka zanoszącego się płaczem. Usta kobiety drgnęły, a Cameron mimowolnie napiął całe ciało w oczekiwaniu na kolejny popis muzyczny czarownicy. I chociaż bardzo liczył, że takowy nie nadejdzie, tak trajkotanie nadeszło, atakując nie tylko jego uszy, ale także te Greengrassa i pani Pettigrew. Lupin przymknął na moment oczy.
— W każdym razie... Eliksir powinien ograniczyć te... te mimowolne reakcje. — Wskazał na Mary, która zaczęła kołysać się lekko w rytm wyśpiewywanej przed chwilą melodii. — A płyny... No, płyny to standard, więc prędzej pomogą niż narobią dodatkowych szkód. Oczywiście, będziemy musieli przetrzymać ją trochę na oddziale, ale nie widzę obecnie lepszego rozwiązania. Wolę nawet nie myśleć, jaki szajs dostała na Nokturnie. I czy nie brała czegoś wcześniej.
Na powrót zbliżył się do szpitalnego łóżka, żeby przyjrzeć się pacjentce. Jej pokryta tatuażami skóra nie miała widocznych przebarwień, pęcherzy i żadnych charakterystycznych plam, które można by dopasować do najpowszechniejszych toksyn roślinnych. Jak na razie nie dostrzegł żadnych przeciwskazań sugerujących, że skupienie się na podaniu Mary środków uspokajających byłoby błędną decyzją. Wzrok chłopaka powędrował w stronę wózka pielęgniarskiego na którym była przygotowana tacka z podstawowym wyposażeniem; fiolki, ampułki, bandaże i zestawy do wkłuć. Wśród z nich dostrzegł znajomą, jasnozieloną buteleczkę. Cameron zważył eliksir w dłoniach, wodząc wzrokiem między Mary, a resztą personelu.
— M-myślę, że zaczniemy od t-tego... Ś-średnia dawka? — zasugerował, skupiając wzrok na Barbarze.
Kobieta skinęła ledwie zauważalnie głową; niemalże automatycznie, jakby spodziewała się po Lupinie podobnego zalecenia. To kazało mu myśleć, że faktycznie podążał właściwym tropem. Poza tym, gdyby robił coś kompletnie niezgodne ze sztuką lekarską, to zapewne Pettigrew byłaby pierwszą osobą, która by go o tym poinformowała... Bądź co bądź, sama pewnie przywykła do stosowania podobnych środków na wczesnym etapie leczenia pacjentów podobnych do Mary. Cameron wziął głęboki oddech i wrócił do pacjentki, siadając obok niej na łóżku.
— Mary... — zaczął powoli, modulując głos tak, aby ten brzmiał jak najspokojniej. — Za chwlę podamy ci coś, co pomoże ci się uspokoić. W końcu trochę... O-odetchniesz.
Nie odpowiedziała, ale jej głowa przechyliła się minimalnie w jego stronę. To musiało im wystarczyć. Cameron sięgnął po fiolkę i odkorkował ją jednym, zaskakująco pewnym ruchem. Barbara podała mu strzykawkę, a Ambroise - jakby wyczuwając, że mogą potrzebować asysty - ustawił się po drugiej stronie łóżka, gotów przytrzymać ramię Mary, gdyby ta nagle wierzgnęła.
— N-no dobrze — mruknął Cameron, dezynfekując skórę na ręce pacjentki przy pomocy odpowiedniego specyfiku. — N-nie martw się, t-to tylko drobne u-ukłucie.
Mary drgnęła, ale nie odsunęła ręki. Ambroise ustabilizował ją delikatnie, a Cameron podał lek powoli, kontrolując każdy milimetr tłoka. Widział, jak mięśnie Mary napinają się, potem rozluźniają.
— Powinno szybko zacząć działać — powiedział spokojnie, odkładając strzykawkę.
Barbara obserwowała uważnie, ręce splecione na piersi, gotowa reagować, jeśli cokolwiek pójdzie nie tak. Cameron odczekał kilka sekund, patrząc, jak oddech Mary staje się głębszy, wolniejszy. Jej spojrzenie przestało błądzić — nie skupiło się jeszcze na nim, ale przynajmniej nie przeskakiwało chaotycznie z punktu na punkt, a po kilku minutach udało im się ułożyć ją w bezpiecznej pozycji leżącej.
— Najlepiej będzie odczekać z godzinę lub dwie. Jeśli wszystko będzie w normie, to przejdziemy do podania płynów — zdecydował, zerkając mimowolnie Ambroise'a, u którego szukał ostatecznego potwierdzenia, że dalszy plan działania był sensowny.
Udało mu się uzyskać takową zgodę i dopiero po takim czasie przeszli do dalszego punktu planu leczenia.
Cholera, zdążył tylko pomyśleć, gdy koniec końców dopadła go Barbara Pettigrew. Pokiwał nieśmiało głową, uśmiechając się nerwowo. Uh, co to będzie tym razem? Jak tak dalej pójdzie, to niedługo zagonią go do sprzątania toalet. Albo do pracy w pralni lub kotłowni na niższych poziomach szpitala. A może Barbara była tylko wysłanniczką? Może miała go odeskortować do Bulstrode? Pobladł nieco na tę myśl. Chociaż dogadywał się z Florence coraz lepiej, tak dalej wzbudzała w nim strach. Poważny strach. Słuchał więc pielęgniarki, starając się skupić na jej słowach podczas drogi przez korytarze szpitala.
— Czyli co...? — wtrącił nieoczekiwanie Cameron, wbijając spojrzenie w tył głowy magi-pielęgniarki. — Marvin zmienił się w Mary? Mary zmieniła się w Marvina? Spontaniczna zmiana płci to szalenie rzadki fenomen. No chyba, że ktoś trafi na tutejsze poltergeisty z magicznej dzielnicy Londynu. — Wychował się w tym mieście, więc wiedział to i owo o ''niespodziankach'', które mogły czyhać na nieostrożnych odwiedzających. — Ministerstwo przejęło różdżkę, Mary Poppins, czy kogo?
Zmarszczył czoło. Im dłużej kobieta do niego mówiła tym większe odnosił wrażenie, że mało co rozumiał z tego wywodu. Z drugiej strony im dłużej odbywał staż w Szpitalu św. Munga tym częściej przekonywał się, że czasem lepiej było zadawać jak najmniej pytań i po prostu słuchać pracowników starszych stażem. Tak było z Florence; z nią lepiej było w ogóle nie dyskutować, a po prostu kiwać głową i modlić się o to, aby nie popełnić żadnego błędu w zasięgu jej sokolego wzroku. Wszystko się wyjaśni na sali, pomyślał Cameron, próbując dodać tym sobie otuchy.
Wejście do sali zabiegowej w najmniejszym stopniu nie rozwiało jego wątpliwości. Niestety.
— A więc teraz jest kobietą — mruknął pod nosem, zmniejszając dystans dzielący go z Ambroisem. — Ekhm, dzień dobry, h-hej. — Uniósł dłoń w geście powitania, rozglądając się uważnie po całym pomieszczeniu. — Potrzebowaliście pomocy. Podobno. To... O co w tym wszystkim właściwie chodzi? Chyba nie do końca załapałem... Jak to wszystko doszło do skutku.
Uniósł kąciki ust w bezradnym uśmiechu. Wygląd Mary nieco go zdziwił, chociaż... nie takie już osoby widział. Jeśli dobrze kojarzył to na wiosennym balu Longbottomów też była taka jedna całkiem wysoka kobieta. Zmrużył oczy, próbując sobie przypomnieć, czy była to ta sama czarownica, która walczyła z Rudą o sukienkę z licytacji. Może? A może po prostu były tam dwie gigantki? Tyle czasu już minęło od tamtego balu, zorientował się niespodziewanie. Równie dobrze mógł być teraz innym człowiekiem.
— P-pobraliście już jakieś próbki do badań? K-krwi? Śliny? — dopytał, stając za plecami Greengrassa. — Podobno nie wiadomo, co wzięła. M-moglibyśmy spróbować jakichś maści lub specyfików, które reagują z najpopularniejszymi składnikami wywołującymi takie... efekty. Czy... w-wpadłeś już na jakiś inny pomysł?
Cameron odchrząknął parę razy, próbując zapanować nad lekkim drżeniem głosu. Nie tylko przez swój dość niecodzienny wzrost, ale też przez jej spojrzenie. Jakby patrzyła na nich, a jednocześnie przez nich - na coś, czego oni nie widzieli. A to nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Zwłaszcza w połączeniu z tym dziwnym śpiewem, jakiego musiała wysłuchiwać reszta personelu.
— D-dobrze, to... może zaczniemy od podstaw? — mruknął, zerkając na Ambroise'a, jakby szukał u niego potwierdzenia, że nie robi czegoś głupiego. Może był studentem Akademii Munga od dłuższego czasu, ale nie oznaczało to wcale, że w tym czasie stał się ekspertem od każdej gałęzi magimedycyny. — Czy ona... czy ona w ogóle reaguje na polecenia? Mówiła coś? Krzyczała? … Śpiewała na waszą prośbę?
Ostatnie słowa wypowiedział dużo ciszej, jakby obawiał się, że samo wspomnienie o śpiewaniu sprowokuje pacjentka do wejścia na wyższe obroty i zmienieniu sali zabiegowej w salę koncertową. Po uzyskaniu szczątkowych informacji na temat stanu zdrowia Mary od starszego uzdrowiciela Cameron zbliżył się do niej powoli. Ostrożność sugerował nawet jej wygląd, jednak w tym momencie bardziej obawiał się, że może zrobić komuś krzywdę ze względu na zbyt gwałtowne reakcje wywołane wpływem nieznanych substancji. A on naprawdę nie chciał, żeby po oddziale rozniosło się, że dał się walnąć w nos w trakcie diagnostyki i sam wylądował w gabinecie na konsultacji.
— M-mary? — spróbował łagodnie. — Czy możesz spojrzeć na mnie? Tylko na chwilkę. — Uniósł dłoń, wykonując powolny, uspokajający gest. — Ch-chciałbym tylko sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.
Spojrzenie dryblaski przesunęło się w jego stronę, ale nie zatrzymało. Jakby jego twarz była tylko jednym z wielu punktów w plątaninie bodźców, które do niej obecnie docierały. Cameron poczuł, jak coś zaciska mu się w okolicy żołądka. To nie wyglądało na zwykłe zatrucie. Może była to jakaś forma przebodźcowania? Wyjaśniłoby to poniekąd to śpiewanie, skomentował bezgłośnie. Jeśli w tym stanie nie potrafiła skupić się na tyle, żeby mówić do nich z sensem, to może podświadomie uznała śpiew za odpowiednią formę komunikacji?
Kobieta poruszyła się nagle, jakby coś ją szturchnęło. Lupin odskoczył o pół kroku, zerkając kontrolnie na Barbarę i Ambroise'a. Tymczasem Mary przestała zwracać na nich większą uwagę i odwróciła się w drugą stronę, mrucząc pod nosem coraz to mniej zrozumiałe sentencje. Chłopak wypuścił głośno powietrze przez usta, rozglądając się na prawo i lewo, jakby poprawna odpowiedź na całe to zamieszenie miała mu spaść z nieba.
— Moim zdaniem najlepiej by było podać jej wywar uspokajający. Ograniczymy w ten sposób ryzyko związane z jej nieprzewidzianymi reakcjami po tym, co zażyła na Nokturnie — zaczął powoli Cameron, wracając myślami do wykładów Florence w których brał udział. — Kiedy jej sytuacja się ustabilizuje, podałbym jej dożylnie płyny. To powinno rozcieńczyć toksynę we krwi i przyspieszyć jej wydalanie przez nerki.
Nie mówił teraz niczego odkrywczego. Podobne działania były dość powszechną praktyką, aby doprowadzić pacjenta do porządku przed kolejnymi etapami leczenia. Bądź co bądź, najważniejsze było pozbycie się z ciała szkodliwej substancji, żeby nie kolidowała z eliksirami, które mogliby zastosować na dalszym etapie terapii. Krzyżowanie ze sobą kilku wywarów mogło być szkodliwe w skutkach. Może gdyby dalej leczył rówieśników po znajomości, to zdecydowałby się na coś bardziej ''odważnego'', ale w tym momencie standardowa procedura wydawała się najlepszym rozwiązaniem.
Mary znowu poruszyła się gwałtownie; tym razem odchylając głowę do tyłu, gdy z korytarza dobiegł ich okrzyk jakiegoś dziecka zanoszącego się płaczem. Usta kobiety drgnęły, a Cameron mimowolnie napiął całe ciało w oczekiwaniu na kolejny popis muzyczny czarownicy. I chociaż bardzo liczył, że takowy nie nadejdzie, tak trajkotanie nadeszło, atakując nie tylko jego uszy, ale także te Greengrassa i pani Pettigrew. Lupin przymknął na moment oczy.
— W każdym razie... Eliksir powinien ograniczyć te... te mimowolne reakcje. — Wskazał na Mary, która zaczęła kołysać się lekko w rytm wyśpiewywanej przed chwilą melodii. — A płyny... No, płyny to standard, więc prędzej pomogą niż narobią dodatkowych szkód. Oczywiście, będziemy musieli przetrzymać ją trochę na oddziale, ale nie widzę obecnie lepszego rozwiązania. Wolę nawet nie myśleć, jaki szajs dostała na Nokturnie. I czy nie brała czegoś wcześniej.
Na powrót zbliżył się do szpitalnego łóżka, żeby przyjrzeć się pacjentce. Jej pokryta tatuażami skóra nie miała widocznych przebarwień, pęcherzy i żadnych charakterystycznych plam, które można by dopasować do najpowszechniejszych toksyn roślinnych. Jak na razie nie dostrzegł żadnych przeciwskazań sugerujących, że skupienie się na podaniu Mary środków uspokajających byłoby błędną decyzją. Wzrok chłopaka powędrował w stronę wózka pielęgniarskiego na którym była przygotowana tacka z podstawowym wyposażeniem; fiolki, ampułki, bandaże i zestawy do wkłuć. Wśród z nich dostrzegł znajomą, jasnozieloną buteleczkę. Cameron zważył eliksir w dłoniach, wodząc wzrokiem między Mary, a resztą personelu.
— M-myślę, że zaczniemy od t-tego... Ś-średnia dawka? — zasugerował, skupiając wzrok na Barbarze.
Kobieta skinęła ledwie zauważalnie głową; niemalże automatycznie, jakby spodziewała się po Lupinie podobnego zalecenia. To kazało mu myśleć, że faktycznie podążał właściwym tropem. Poza tym, gdyby robił coś kompletnie niezgodne ze sztuką lekarską, to zapewne Pettigrew byłaby pierwszą osobą, która by go o tym poinformowała... Bądź co bądź, sama pewnie przywykła do stosowania podobnych środków na wczesnym etapie leczenia pacjentów podobnych do Mary. Cameron wziął głęboki oddech i wrócił do pacjentki, siadając obok niej na łóżku.
— Mary... — zaczął powoli, modulując głos tak, aby ten brzmiał jak najspokojniej. — Za chwlę podamy ci coś, co pomoże ci się uspokoić. W końcu trochę... O-odetchniesz.
Nie odpowiedziała, ale jej głowa przechyliła się minimalnie w jego stronę. To musiało im wystarczyć. Cameron sięgnął po fiolkę i odkorkował ją jednym, zaskakująco pewnym ruchem. Barbara podała mu strzykawkę, a Ambroise - jakby wyczuwając, że mogą potrzebować asysty - ustawił się po drugiej stronie łóżka, gotów przytrzymać ramię Mary, gdyby ta nagle wierzgnęła.
— N-no dobrze — mruknął Cameron, dezynfekując skórę na ręce pacjentki przy pomocy odpowiedniego specyfiku. — N-nie martw się, t-to tylko drobne u-ukłucie.
Mary drgnęła, ale nie odsunęła ręki. Ambroise ustabilizował ją delikatnie, a Cameron podał lek powoli, kontrolując każdy milimetr tłoka. Widział, jak mięśnie Mary napinają się, potem rozluźniają.
— Powinno szybko zacząć działać — powiedział spokojnie, odkładając strzykawkę.
Barbara obserwowała uważnie, ręce splecione na piersi, gotowa reagować, jeśli cokolwiek pójdzie nie tak. Cameron odczekał kilka sekund, patrząc, jak oddech Mary staje się głębszy, wolniejszy. Jej spojrzenie przestało błądzić — nie skupiło się jeszcze na nim, ale przynajmniej nie przeskakiwało chaotycznie z punktu na punkt, a po kilku minutach udało im się ułożyć ją w bezpiecznej pozycji leżącej.
— Najlepiej będzie odczekać z godzinę lub dwie. Jeśli wszystko będzie w normie, to przejdziemy do podania płynów — zdecydował, zerkając mimowolnie Ambroise'a, u którego szukał ostatecznego potwierdzenia, że dalszy plan działania był sensowny.
Udało mu się uzyskać takową zgodę i dopiero po takim czasie przeszli do dalszego punktu planu leczenia.
Koniec sesji