20.06.2025, 19:39 ✶
Zerkał na nią z pewnym niepokojem, ale nie komentował obrażeń, z którymi przyszła. Nie był to pierwszy raz, gdy przyszło mu ją opatrywać i wiedział, że bywało gorzej. Gdyby miał nieco więcej czasu, być może zastanowiłby się, jakim cudem z pożaru miasta wyszła z mniejszym szwankiem niż z losowego patrolu w pracy, ale teraz... teraz po prostu cieszył się z faktu, że dalej żyła. Wiedział, że przy tego typu tragedii nie obejdzie się bez ofiar, ale chciał wierzyć, że nie przyjdzie mu chować nikogo, kto był mu bliski. Brenna była dla niego przecież niczym siostra, której zdecydowanie nie był gotów stracić.
— Najchętniej dałbym ci solidną dawkę środków nasennych i upewnił się, że odpoczniesz — rzucił, lekko przy tym wzdychając. Wiedział, że nie mogli sobie pozwolić na odpoczynek. Nie, póki wszyscy potrzebujący nie otrzymają pomocy. — Niektóre rany wyglądają nieprzyjemnie, ale wszystko się zagoi — dodał po chwili, gdy w końcu skończył nacierać maścią oparzenia na jej prawym ramieniu. — Jeśli utrzymasz je w czystości i będziesz pamiętała o nakładaniu tego codziennie, nie zostaną nawet blizny — kontynuował, zakładając kolejne opatrunki.
Musiał przyznać, że nie było tak źle. Brenna z zasady pakowała się we wszelkie dostępne jej kłopoty, wychodząc z nich może i zwycięsko, ale nie bez szwanku. Z jednej strony kosztowało ją to wieczne gderanie Cedrica, ale z drugiej ewidentnie dało instynkty, które w sytuacjach kryzysowych, takich jak ta, pomagały jej jakoś przez to przejść.
— Tak, mama zerknęła i mi to przeczyściła. Pomagałem kilku osobom wyjść z pobliskiego budynku. Szyba wybuchał i oberwałem. To nic takiego, naprawdę — odpowiedział, zbywając własne rany. Naprawdę nie było tak źle. Po prostu trochę źle się czuł.
Teraz, gdy w końcu skończył zajmować się przyjaciółką, mógł zając się wypełnianiem jej prośby.
— Daj mi kilka chwil, przejdę się na zaplecze i przyniosę ci te eliksiry. Masz, wypij to. Pobudzi cię — mówiąc to, wsunął jej w rękę niewielki flakonik mocno miętowego eliksiru. Posłał jej jeszcze lekki, zmęczony uśmiech, po czym ruszył za ladę i zniknął za znajdującymi się tam drzwiami. Panował tutaj niezły chaos, bo razem z rodzicami wyciągali kolejne materiały, z pomocą których zajmowali się kolejnymi rannymi. Na szczęście ich zapasy były na tyle spore, że znalazł ich trochę dla Brenny. Przy okazji przygotował też kilka szybkich mikstur i maści.
— Powinno wystarczyć, przynajmniej na ten moment — zadeklarował, stawiając przed kobietą średniej wielkości pudełko wypełnione różnorakimi fiolkami oraz materiałami medycznymi. — Jeśli czegoś nie wyleczycie zaklęciem, to powinno pomóc. Brenna... uważaj na siebie, okey? — dodał jeszcze, zerkając na nią ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy. Po części przejmował się nią, ale jego myśli krążyły także wokół wspomnianej wcześniej Viorici. — Pewnie masz rację. Vior jest rozsądna, na pewno nie zrobiłaby nic głupiego. Po prostu... martwię się. Chciałem tam pójść, ale mamy za dużo pacjentów. Ja... gdybyś coś usłyszała, to daj znać. Proszę — dokończył, nerwowo zaciskając dłonie na brzegu stołu.
— Najchętniej dałbym ci solidną dawkę środków nasennych i upewnił się, że odpoczniesz — rzucił, lekko przy tym wzdychając. Wiedział, że nie mogli sobie pozwolić na odpoczynek. Nie, póki wszyscy potrzebujący nie otrzymają pomocy. — Niektóre rany wyglądają nieprzyjemnie, ale wszystko się zagoi — dodał po chwili, gdy w końcu skończył nacierać maścią oparzenia na jej prawym ramieniu. — Jeśli utrzymasz je w czystości i będziesz pamiętała o nakładaniu tego codziennie, nie zostaną nawet blizny — kontynuował, zakładając kolejne opatrunki.
Musiał przyznać, że nie było tak źle. Brenna z zasady pakowała się we wszelkie dostępne jej kłopoty, wychodząc z nich może i zwycięsko, ale nie bez szwanku. Z jednej strony kosztowało ją to wieczne gderanie Cedrica, ale z drugiej ewidentnie dało instynkty, które w sytuacjach kryzysowych, takich jak ta, pomagały jej jakoś przez to przejść.
— Tak, mama zerknęła i mi to przeczyściła. Pomagałem kilku osobom wyjść z pobliskiego budynku. Szyba wybuchał i oberwałem. To nic takiego, naprawdę — odpowiedział, zbywając własne rany. Naprawdę nie było tak źle. Po prostu trochę źle się czuł.
Teraz, gdy w końcu skończył zajmować się przyjaciółką, mógł zając się wypełnianiem jej prośby.
— Daj mi kilka chwil, przejdę się na zaplecze i przyniosę ci te eliksiry. Masz, wypij to. Pobudzi cię — mówiąc to, wsunął jej w rękę niewielki flakonik mocno miętowego eliksiru. Posłał jej jeszcze lekki, zmęczony uśmiech, po czym ruszył za ladę i zniknął za znajdującymi się tam drzwiami. Panował tutaj niezły chaos, bo razem z rodzicami wyciągali kolejne materiały, z pomocą których zajmowali się kolejnymi rannymi. Na szczęście ich zapasy były na tyle spore, że znalazł ich trochę dla Brenny. Przy okazji przygotował też kilka szybkich mikstur i maści.
— Powinno wystarczyć, przynajmniej na ten moment — zadeklarował, stawiając przed kobietą średniej wielkości pudełko wypełnione różnorakimi fiolkami oraz materiałami medycznymi. — Jeśli czegoś nie wyleczycie zaklęciem, to powinno pomóc. Brenna... uważaj na siebie, okey? — dodał jeszcze, zerkając na nią ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy. Po części przejmował się nią, ale jego myśli krążyły także wokół wspomnianej wcześniej Viorici. — Pewnie masz rację. Vior jest rozsądna, na pewno nie zrobiłaby nic głupiego. Po prostu... martwię się. Chciałem tam pójść, ale mamy za dużo pacjentów. Ja... gdybyś coś usłyszała, to daj znać. Proszę — dokończył, nerwowo zaciskając dłonie na brzegu stołu.