19.06.2025, 21:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2025, 15:28 przez Lana Dolohov.)
Zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i akceptacja. Lana była zaznajomiona z konceptem pięciu etapów żałoby, ale żaden z nich nie mógł w pełni opisać jej stanu. Odnosiła wrażenie, jakby mieszały się w niej wszystkie możliwe emocje, finalnie sprawiając, że nie czuła niczego. Że egzystowała, ale nie żyła.
Pierwszych parę dni po Spalonej Nocy spędziła siedząc w kamienicy Vakela i wpatrując się w ścianę pustym wzrokiem. Odtwarzała w głowie tragiczne wydarzenia, zastanawiając się, czy mogła jakoś temu zapobiec? Czy mogła uratować matkę przed śmiercią w płomieniach? Gdzie powinna szukać przyczyny, w swoim braku umiejętności czy też w niszczycielskiej sile ognia? A może zamiast biec po pomoc powinna była zostać i zginąć razem z nią? Nie znalazła jednak odpowiedzi na te pytania.
Pewnie wegetowałaby tak jeszcze przez jakiś czas, gdyby nie nachodzące ją napady kaszlu. Już tamtej feralnej nocy potrzebowała pomocy uzdrowiciela, ze względu na dym, który zaszkodził jej płucom, i najwyraźniej był to symptom poważniejszej choroby. Dbanie o zdrowie nie było teraz priorytetem Dolohovówny, jednak na szczęście któryś z domowników zwrócił uwagę na jej uporczywy kaszel oraz zasugerował wizytę w Mungu. Lana skinęła głową na tę propozycję, nie zastanawiając się nawet nad tym po co i dlaczego miałaby tak zrobić. Nie doszła jeszcze do etapu, w którym mogła martwić się o siebie samą.
Udało jej się dotrzeć do budynku kliniki, choć mentalnie znajdowała się gdzieś indziej. Tak jak wtedy, gdy wprowadzała się w trans by wykorzystać umiejętność widmowidzenia; widziała przed sobą obrazy, ale nie czuła się ich częścią. Szła więc korytarzem, kierując się wspomnieniami z ostatniej wizyty. Ostatniej wizyty z matką. Tanaquil dyskretnie wręczyła wtedy uzdrowicielowi sakiewkę z monetami, aby zapewnić sobie oraz córce priorytetowe miejsca w kolejce. Lana również miała ze sobą teraz pieniądze i w nieco mniej subtelny sposób po prostu wcisnęła je pani z recepcji. Na widok tak godziwej kwoty, oczy recepcjonistki zrobiły się wielkie jak spodki. Nie protestowała jednak i schowawszy pieniądze w kieszeni, zaprowadziła Dolohovównę prosto pod gabinet uzdrowiciela, pod którym przypadkiem nie było akurat żadnej kolejki.
// Przewaga: bogacz
Dolohovówna siedziała na korytarzu, czekając już dłuższą chwilę (najwyraźniej uzdrowiciel przyjmował przed nią innego bogatego pacjenta). Ominął ją więc popis Lestrange'a, choć biorąc pod uwagę jej obecny stan, i tak pewnie nie wywarłby na niej większego wrażenia. Kręcenie nosem na zachowania niegodne czarodzieja czystej krwi wydawało się teraz naprawdę nieistotne. W obliczu tak ogromnej tragedii, wszystko było nieistotne.
Zwróciła uwagę na mężczyznę dopiero wtedy, kiedy się do niej odezwał. Uniosła głowę, by na niego spojrzeć, ale jej wzrok wydawał się nieobecny. Na uroczej buźce widoczne były worki pod oczami a sylwetka wyglądała na jeszcze bardziej wychudzoną. W połączeniu z czarną, żałobną szatą, którą miała na sobie, jakiś artysta mógłby ją uznać za personifikację śmierci. Lestrange, jak sam przyznawał, nie pałał sympatią do bohemy, lecz z łatwością mógł stwierdzić, że czarownica niedawno kogoś straciła.
– Louvain. – wypowiedziała to imię, jakby była właśnie na lekcji francuskiego; z idealnym akcentem, ale bez emocji. Bez ciężaru, który mógłby sugerować, że widzieli się kiedyś, dawno temu. Czuła, jakby od ślubu Vakela i Annaleigh minęło milion lat. – Hm, możliwe. Albo w Limbo, bo kto wie jak wyglądają zaświaty. Może wszyscy umarliśmy już dawno temu... – przesunęła pustym wzrokiem po jego zadziornym uśmieszku. Ta reakcja była bardzo dziwna, nawet dla tak opanowanej osoby jak Lana.
Pierwszych parę dni po Spalonej Nocy spędziła siedząc w kamienicy Vakela i wpatrując się w ścianę pustym wzrokiem. Odtwarzała w głowie tragiczne wydarzenia, zastanawiając się, czy mogła jakoś temu zapobiec? Czy mogła uratować matkę przed śmiercią w płomieniach? Gdzie powinna szukać przyczyny, w swoim braku umiejętności czy też w niszczycielskiej sile ognia? A może zamiast biec po pomoc powinna była zostać i zginąć razem z nią? Nie znalazła jednak odpowiedzi na te pytania.
Pewnie wegetowałaby tak jeszcze przez jakiś czas, gdyby nie nachodzące ją napady kaszlu. Już tamtej feralnej nocy potrzebowała pomocy uzdrowiciela, ze względu na dym, który zaszkodził jej płucom, i najwyraźniej był to symptom poważniejszej choroby. Dbanie o zdrowie nie było teraz priorytetem Dolohovówny, jednak na szczęście któryś z domowników zwrócił uwagę na jej uporczywy kaszel oraz zasugerował wizytę w Mungu. Lana skinęła głową na tę propozycję, nie zastanawiając się nawet nad tym po co i dlaczego miałaby tak zrobić. Nie doszła jeszcze do etapu, w którym mogła martwić się o siebie samą.
Udało jej się dotrzeć do budynku kliniki, choć mentalnie znajdowała się gdzieś indziej. Tak jak wtedy, gdy wprowadzała się w trans by wykorzystać umiejętność widmowidzenia; widziała przed sobą obrazy, ale nie czuła się ich częścią. Szła więc korytarzem, kierując się wspomnieniami z ostatniej wizyty. Ostatniej wizyty z matką. Tanaquil dyskretnie wręczyła wtedy uzdrowicielowi sakiewkę z monetami, aby zapewnić sobie oraz córce priorytetowe miejsca w kolejce. Lana również miała ze sobą teraz pieniądze i w nieco mniej subtelny sposób po prostu wcisnęła je pani z recepcji. Na widok tak godziwej kwoty, oczy recepcjonistki zrobiły się wielkie jak spodki. Nie protestowała jednak i schowawszy pieniądze w kieszeni, zaprowadziła Dolohovównę prosto pod gabinet uzdrowiciela, pod którym przypadkiem nie było akurat żadnej kolejki.
// Przewaga: bogacz
Dolohovówna siedziała na korytarzu, czekając już dłuższą chwilę (najwyraźniej uzdrowiciel przyjmował przed nią innego bogatego pacjenta). Ominął ją więc popis Lestrange'a, choć biorąc pod uwagę jej obecny stan, i tak pewnie nie wywarłby na niej większego wrażenia. Kręcenie nosem na zachowania niegodne czarodzieja czystej krwi wydawało się teraz naprawdę nieistotne. W obliczu tak ogromnej tragedii, wszystko było nieistotne.
Zwróciła uwagę na mężczyznę dopiero wtedy, kiedy się do niej odezwał. Uniosła głowę, by na niego spojrzeć, ale jej wzrok wydawał się nieobecny. Na uroczej buźce widoczne były worki pod oczami a sylwetka wyglądała na jeszcze bardziej wychudzoną. W połączeniu z czarną, żałobną szatą, którą miała na sobie, jakiś artysta mógłby ją uznać za personifikację śmierci. Lestrange, jak sam przyznawał, nie pałał sympatią do bohemy, lecz z łatwością mógł stwierdzić, że czarownica niedawno kogoś straciła.
– Louvain. – wypowiedziała to imię, jakby była właśnie na lekcji francuskiego; z idealnym akcentem, ale bez emocji. Bez ciężaru, który mógłby sugerować, że widzieli się kiedyś, dawno temu. Czuła, jakby od ślubu Vakela i Annaleigh minęło milion lat. – Hm, możliwe. Albo w Limbo, bo kto wie jak wyglądają zaświaty. Może wszyscy umarliśmy już dawno temu... – przesunęła pustym wzrokiem po jego zadziornym uśmieszku. Ta reakcja była bardzo dziwna, nawet dla tak opanowanej osoby jak Lana.