19.06.2025, 12:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:14 przez Lorraine Malfoy.)
– Przed paroma dniami niefortunnie upadłam – przyznała niechętnie Lorraine, słysząc propozycję przyjaciela. – Nic mi się nie stało, tylko stłukłam nieco lewy bark. Nie dokucza mi już ból, ale nie chcę przeciążać ramienia. Ty mi dzisiaj zagraj. – Uśmiechnęła się lekko. Wsparła się na ramieniu Anthony'ego, nie wypuszczając choćby na chwilę jego dłoni ze swojej. Gdy już je ze sobą splotła, była jak spragnione czułości dziecko, które domaga się uwagi. Jak Frida, która kazała na siebie patrzeć, gdy kompletowała rozsypane kostki zwierząt, układając szkielety z kolekcji Alhazreda jak puzelki. Oczywiście, kompletnie nie miała pojęcia, jak szkielet salamandry ognistej zdołał opuścić wnętrze szklanej gablotki, w której był do tej pory zamkniętym. Może salamandrze było smutno samej, mówiły wielkie, zielone oczy małej ghoulki. Fridzie też czasem było smutno samej, zwłaszcza w nocy, gdy wszyscy spali. Nawet dom skrzypiał sennie, gdy wspinała się na paluszkach na górę schodów, żeby poszukać kogoś, do kogo mogłaby się przytulić, żeby przeczekać noc. Frida była czasem tak podobna do Lorraine. A może to Lorraine była podobna do Fridy? Tylko że w przeciwieństwie do Fridy, Lorraine potrafiła kłamać. Potrafiła też naprawić stłuczoną przypadkiem gablotkę zaklęciem, aby nikt nie zobaczył na podłodze odłamków szkła.
– Nie zrozum mnie źle, cieszę się, że czujesz się lepiej... Ale czy próbujesz sugerować, że ta niczym nieumotywowana napaść była dziełem pomyłki? Przypadku? – Lorraine nie wierzyła w przypadki. – Powinieneś przyjrzeć się bliżej motywacjom tych, którzy zapewniają ci ochronę z przydziału Ministerstwa Magii – stwierdziła sucho. – Rażąca niekompetencja maskowana bywa porywami bohaterstwa, które rozczuliłyby serca tkliwsze od twojego. Rozczulały moje za czasów młodości, kiedy wierzyłam jeszcze w baśnie, w których szlachetni rycerze wyratowywali z opresji potrzebujących ratunku. – Usta zadrgały jej, jak gdyby z trudem tłumiła irytację. Nie zapomniała przecież, że Anthony przedłożył spotkanie z Atreusem ponad spotkanie z nią, chociaż prosiła tak żarliwie, aby się spotkali. Czyżby nowy ochroniarz?, pomyślała drwiąco. Wybrał jeszcze gorszego od Longbottoma, tego niekompetentnego kołka, który na wieczorku hazardowym perorował o słabości zabezpieczeń teatru Selwynów, tylko po to, aby nazajutrz samemu narazić na atak najwyższych rangą urzędników państwowych. I Raphaelę. – Mieniłeś się niedawno królem Arturem. Nie powinieneś więc okazywać przychylności Don Kichotom. – Na twarzy Lorraine malowała się powaga. — Okazuj ją tym, którzy położyliby za ciebie życie. – Nie bądź więc jak dumny władca, który trzyma urazę wobec przyjaciół, ulegając pochlebcom.
Ojciec napisał jej kiedyś bajkę o przeklętym przez żywioł rycerzu, który został bohaterem, bo uratował z wojennej pożogi swego króla. Przekonywał, że zobaczył jego przyszłość w płomieniach. Ogień jest mi przyjacielem, powtarzał, nie wrogiem. Pogrążone w wojnie królestwo, niegdyś przeklinające jego imię, padało teraz na kolana przez człowiekiem, który potrafił przewidzieć, czyje pola podpali najeźdźca. Czyje włości staną w płomieniach, a czyje wioski przetrwają. Z najbardziej pogardzanego, stał się najbardziej kochanym. Ale tak jak rycerz potrafił czytać z płomieniach, tak księżniczka, córka króla, potrafiła czytać z ludzkich serc. Gdy król oddał jej rękę rycerzowi, wystarczyło więc jedno spojrzenie, jedno uderzenie serca, aby prawda wyszła na jaw. Księżniczka pobladła. Rycerz nigdy nie był rycerzem. Serce, które biło w jego piersi, nie należało do człowieka. Należało do smoka. Smoka, który cały ten czas wykrwawiał królestwo, tylko po to, aby nieść mu pomoc pod postacią rycerza, tam, gdzie wcześniej sam przynosił ogień, ziejąc swą potworną paszczą. Ale bajka kiedyś musiała się skończyć, a przecież musiała skończyć się szczęśliwie, bo inaczej nie byłaby bajką. I chociaż nie było wesela, była uczta weselna. Bo król zabił smoka. Wyciął wciąż jeszcze bijące serce z jego piersi. A księżniczka zjadła smocze serce, aby zapewnić królestwu pomyślność. I żyli długo i szczęśliwie, uśmiechnął się sennie ojciec.
Nie zdziwiłaby się, gdyby Erik Longbottom był takim fałszywym rycerzykiem, przydzielonym Anthony'emu tylko ze względu na wpływy jego rodziny, w której od lat Godryk Longbottom pociągał za sznurki. Że naraził go na niebezpieczeństwo tylko po to, żeby potem zbierać laury, gdy naprawiał swoją nieudolność.
Chociaż on nie mógłby być smokiem, pomyślała pogardliwie Lorraine, wspominając treść dyskusji, jaką przeprowadziła z Erikiem na wieczorku u pani Delacour. Ogień nie zabijał smoków, a Longbottom spłonął przecież w ogniu jej spojrzenia, ledwie Malfoy zwróciła na niego oczy, ofiara całopalna, która nie przyniosła jej żadnej satysfakcji. Nie był nawet jaszczurką. Był niczym więcej jak kupą kości noszących nikłe podobieństwo do gadzich przodków, szczątkami wielkości, które Anthony skrzętnie krył w piwnicach swej posiadłości, aby móc podziwiać je w samotności, niby szalony kolekcjoner.
Zdusiła w sobie westchnienie, oparłszy delikatnie głowę o ramię Anthony'ego, gdy podążyli w stronę domu. Przecież się z nim nie spierała. Nie chciała się z nim spierać. Chciała tylko, żeby jej wysłuchał, chciała, żeby ją pocieszył, żeby powiedział, że rozumie. "Być może poprosiłam o zbyt wiele", pomyślała. Nie czuła bowiem, aby Anthony odniósł się do któregokolwiek z jej problemów. Traktował to jak dyskusję światopoglądową, jak debatę na stołek ministra. Zagłosuj na mnie, a zmienimy świat! Przyszły pan minister zyskał jej poparcie, piął się do góry w sondażach, zapewniając, że wszystko zmieni się na lepsze, ale tylko z jej pomocą, bo jej pomoc jest przecież nieodzowna! A Lorraine... Lorraine wciąż tkwiła w tym samym miejscu. Jak zawsze została ze swoimi problemami sama. Zmieniała się sceneria, zmieniała się scenografia i ręka zapleciona u jej ramienia, ale nie sytuacja. Znowu szła przez piękny ogród, tym razem nie z Eden, lecz z Anthonym u boku, i znów czuła się tak, jak gdyby odprowadzały ją nieprzychylne spojrzenia. "Prosiłam tylko, abyś ochronił mnie przed ich kpiącymi uśmiechami", szeptała. Szum cyprysów niczym nie różnił się jednak od szeptu sióstr Parkinson. "Noszę brzemię ich szeptów z dumą, ale…" Krew, sącząca się z przebitego przez paznokcie wnętrza dłoni, niczym nie różniła się od smaku krwi na podniebieniu, kiedy przygryzała język.
Niczym nie różniła się od krwi, która pokrywała ściany rezydencji Anthony'ego.
Lorraine zacisnęła zęby na policzku. Mocno. Mocniej. Aż poczuła na języku posmak krwi. "Przyklasnąć ci?", gorzkie słowa, jakie padły z ust przyjaciela, odbijały się teraz echem w głowie Lorraine. "Iść za tobą? A może pokłonić się wobec ciebie w pas?" Jej oczy, które przy kimkolwiek innym rozbłysłyby okrutnie, teraz wyraźnie przygasły. Anthony może i nie wiedział, jaki żal kryje w sobie Lorraine, nie wiedział, że musi gryźć się przy nim w język, ale kiedyś, och – kiedyś wszystkiego się dowie. Kiedyś wszystko zrozumie.
Kiedyś, kiedy sam będzie musiał to zrobić. Przygryźć język, schować urazę, którą wiecznie nosił w butonierce, porzucić dumę, w którą przystrajał się niby w najprzedniejszą szatę wyjściową.
Jeżeli nie był gotowy na to poświęcenie dla niej, niechby przynajmniej był gotów na to dla Lorien, której rzeczy – wtopione w scenerię posiadłości w Little Hangleton tak, jak gdyby zawsze tu były – dostrzegła Lorraine, prowadzona przez Anthony'ego ku sali klubowej. Wszyscy powinniśmy poświęcać się dla ludzi, których kochamy, pomyślała Lorraine, czując się przez krótką chwilę wyjątkowo lekką na sercu. Bez oczekiwania na poświęcenie. Bez oczekiwania na wdzięczność, czy wzajemność. Na tym przecież polegała miłość. A Anthony zasługiwał przecież na szczęście, zasługiwał na miłość, choć nie wydawał się ich dostrzegać... A może po prostu nie chciał dostrzec, tak jak nie dostrzegał próśb Lorraine.
Tak jak ona zdecydowała się nie dostrzegać jego prób pojednania, choć była wdzięczna że próbował pokryć swój wcześniejszy prześmiewczo pogardliwy stosunek do całej tej sprawy pokorą. A jednak, gdy Anthony mówił o Baldwinie, Lorraine milczała. Milczała, jak gdyby samo wspomnienie jego imienia było czymś niewybaczalnym. Gdy wreszcie weszli bowiem do sali klubowej, nie zwróciła nawet uwagi na zapraszający gest Anthony'ego. Z wzrokiem utkwionym we fresku, wyciągnęła rękę ku naściennemu malowidłu, po czym postąpiła krok do przodu. I kolejny. I kolejny. Nie wiedzieć kiedy, znalazła się tuż przy ścianie. Nie wiedzieć kiedy, jej palce gładziły powierzchnię pochlapaną tynkiem – i farbą, pomyślała, gdy wodziła powoli wzdłuż konturów fresku – i krwią. Było coś sensualnego w jej gestach, w sposobie, w jakim przylgnęła do zimnej ściany, ocierając się o nią jak stęskniony pieszczot kot. Gdzie jesteś?, zdawała się szeptać rozpaczliwie, chociaż z jej drżących ust nie padło choćby słowo, gdy sunęła dłońmi wzdłuż smug tynku, szukając Baldwina pośród chropawych impastów pozostawionych przez jego palce. Żadne westchnienie nie uleciało spomiędzy rozchylonych lekko warg. Oddychała ciężko, coraz ciężej, a jej pierś unosiła się gwałtownie, jak gdyby Lorraine nie wiedziała, czy śmiać się, czy szlochać. Pozostawała jej jedynie niema skarga. Gdzie jesteś? Nie uroniła jego imienia, bo wiedziała, że będzie wtedy musiała uronić łzy. Dlaczego jej to zrobił? Jak mógł jej to zrobić?
Bluźnierstwo. Bluźniercza bogini na bluźnierczym ołtarzu. Dla ciebie wszystko jest bluźnierstwem, czyż nie, Baldwinie? W bogini nie było nic z Lorraine. To jej twarz zawsze dawał przedstawieniom bogini, jej oczy – jej wspomnienia próbował zaklinać w swych płótnach, jak wezwania litanii wznoszone w jej intencji, zawsze w jej intencji. Dlaczego, pytała, tak samo dramatycznie, jak i on pytał w listach, dlaczego mi to zrobiłeś? Czym ci zawiniłam? Odpowiadało jej milczenie, a milczenie było przecież najbardziej bluźnierczym z aktów, na jakie mogli sobie pozwolić. W bogini nie było nic z Lorraine, ale w bogini nie było też nic z Baldwina. Anthony nigdy nie widział jego prac, ale Lorraine widziała wszystkie, niemal wszystkie. Widok kubistycznej kompozycji, modernistycznej kpiny wobec malarstwa klasycznego, które Baldwin kochał przecież najbardziej, kłuł ją w serce. To nie był jego styl. To nie był Baldwin.
Przesunęła paznokciami po ścianie, jak gdyby chciała zdrapać z niej farbę zmieszaną z krwią, która była jej tak droga, warstwa po warstwie, zgrzytnęła zębami. Warstwa po warstwie, dopóki nie zdarłaby wszystkiego z tej ściany, łamiąc przy tym paznokcie. Dopóki nie odsłoniłaby zaklętego w dziele Baldwina. Pierwociny jego duszy, którą rozmazał na ścianie tak, jak gdyby była niczym więcej jak zgniecionym pięścią karaluchem. Potem pomazałaby fresk fałszywej bogini swymi pokrwawionymi palcami, gubiąc połamane paznokcie. A potem usiadłaby do fortepianu, żeby pozostawić te same krwawe ślady na jego klawiszach. Wykrwawiłaby się na partyturę Fauré'a. W imię czego?
W jego obrazach zawsze znajdowała to, czego tak rozpaczliwie szukała. To, za czym goniła całe życie, nie wahając się przy tym sięgać po zakazaną magię. Gdzie jesteś, chciała zapłakać, bo chociaż patrzyła na obraz Baldwina, nie znajdowała w nim siebie. A co gorsza, nie znajdowała w nim jego. Gdzie jesteś, powtarzała, przyciskając czoło do chłodnej ściany. Przeszukując za pomocą legilimencji umysły innych ludzi, pozostawała przecież najbardziej zaabsorowana tym własnym, tym, którego nie rozumiała. Tym, który dla niej miał na zawsze pozostać niezgłębioną tajemnicą. W obrazach Baldwina odnajdowała jednak zrozumienie. Gdy patrzyła na jego obrazy, czuła się tak, jak gdyby patrzyła na własną, obnażoną duszę, której nagość nie przejmowała jej jednak wstydem.
Nie było w niej zawahania, gdy przytuliła się policzkiem do chropowatej powierzchni ściany, przymykając oczy, w których widać było dzikość. Cała w tej chwili była dzika, dzika i przepyszna, jak gdyby na widok dzieła Baldwina pozbyła się wszelkich zahamowań. Uderzyć głową w ścianę. Rozciąć skórę na czole, a może roztrzaskać czaszkę, aby popłynęła gorąca krew. Uderz, pomyślała nieprzytomnie, no dalej, uderz. Oderwała na chwilę czoło od ściany, jak gdyby próbowała ocenić, jaka odległość byłaby wystarczająca, jak mocno powinna wyrżnąć w ceglany mur, aby rozbić głowę. Widać było jej wahanie. Bo Lorraine chciała cierpieć i chciała krwawić. Chciała, aby jej krew mogła zmieszać się z krwią Baldwina.
Zamiast tego powoli oparła się czołem o ścianę. Czoło było gorące, a ściana była chłodna. Powinno być na odwrót, pomyślała zdziwiona Lorraine, przywołana do rzeczywistości przez słowa Anthony'ego. Nie zdawała sobie sprawy, na jak długo zapadła między nimi cisza. Nie dbała o to.
– Gdybyś widział te ściany tak, jak ja je widzę – wyszeptała, na chwilę odwracając ku niemu twarz – było coś upiornego w tej twarzy, w pustych oczach, tak bezbrzeżnie smutnych, a może tak bezbrzeżnie obojętnych – było coś upiornego w tym szepcie, w tym głosie, tak obcym, tak odległym. – Nie czułbyś spokoju.
W tym fresku było bowiem wszystko, co stłumiła w sobie Lorraine w trakcie tej rozmowy z Anthonym.
Powiedziała mu wcześniej, że ma tylko jeden warunek. Jedną prośbę, po której spełnieniu, mogłaby za nim podążyć. Jedno życzenie. Wiedziała, że mogłaby w tej chwili pozwolić sobie na wszystko. Wpuść mnie, mogłaby wyszeptać, wspinając się na palce, aby ucałować go w czoło – a prędzej w czubek nosa – proszę. Mogłaby poprosić, żeby nakręcił pozytywkę, i wysłuchał płynących z niej melodii. Aby pokazał jej wspomnienie, które znaczyło dla niego najwięcej, wypowiedział jej imię w języku, którego nikt inny wcześniej nie słyszał. Ale Lorraine nie chciała już widzieć wnętrza umysłu Anthony'ego. Nie chciała zaglądać do jego głowy. Gdyby choć przez chwilę popatrzyła na świat oczami Anthony'ego, gdyby popatrzyła na tę ścianę tak, jak on patrzył... Napełniało to Lorraine smutkiem. Napełniało to Lorraine wstrętem.
Zamknęła oczy.
Nie mogła na niego patrzeć. Nie mogła na niego patrzeć. Ani na chwilę nie oderwała policzka od ściany, ani na chwilę nie otworzyła oczu. Skuliła się w sobie, jak gdyby oczekiwała czegoś w rodzaju reprymendy, wybuchu, a może to milczenia bała się najbardziej, gdy stała przy ścianie, jak zapłakana dziewczynka posłana za karę do kąta. "Jestem sama, ale nigdy samotna", zaśmiała się perliście bogini Dziewica, która objawiła jej się na górskiej polanie. Lorraine nie zawsze była sama, ale zawsze była samotna. Wiedziała, jak odnajdywać się w pieleszach socjety, jak wyglądać, jak się zachować, a nawet jak mówić w towarzystwie, ale nie wiedziała, jak przekonać samą siebie, że jest jego częścią. Bo przecież nie była. Nie tak naprawdę. Nie należała nawet do rodzaju ludzkiego. Może po prostu przestała udawać kogoś, kim nie jest. Kim nigdy nie była. Nie jestem kobietą, powtarzała, tylko wilą. Odkąd to zaakceptowała, czuła się w swojej skórze inaczej, jak gdyby wreszcie przywdziała sukienkę, która na nią pasuje, nie zaś zwężaną szatę po kuzynce, wymagającą zbyt wielu poprawek. Wciąż była sobą, ale wreszcie czuła się sobą. Czuła się potężniejsza. Mniej ludzka.
Coraz bardziej oddalała się od ludzi, ciesząc się cichą intymnością oglądania ich umysłów. Inni pozostawiali ją samej sobie, co niegdyś przyjmowała jakby ze smutkiem, a teraz – jakby z ulgą. Gdyby była na ich miejscu, też unikałaby swojego towarzystwa. Też schodziłaby sobie z drogi, niepewna, gdzie podziać oczy. Ale to było dobre, samotność była dobra. Tak łatwo przychodziło jej teraz zachowywać spokój przy Anthonym. Tak łatwo było stłumić uczucia, odepchnąć od siebie urazę. Nie musiała się z nim spierać. Nie musiała nawet być na niego zła. Nie była zła od miesięcy. Tak jest lepiej, powtarzała, wycofując się coraz bardziej, chowając między cieniami spowijającymi Nokturn. Tam nikt nie mógł jej zranić. Tam nikt nie odważył się z niej wyśmiewać. Tam była bezpieczna. Dopiero fresk Baldwina zburzył jej spokój. Stłumione uczucia wypłynęły na powierzchnię, niczym Wenus wyłaniająca się z morskiej piany.
Jak wiele wymagało od niej odzyskanie opanowania. Jak wiele wymagało od niej wyprostowanie pleców.
– Nie zrozum mnie źle, cieszę się, że czujesz się lepiej... Ale czy próbujesz sugerować, że ta niczym nieumotywowana napaść była dziełem pomyłki? Przypadku? – Lorraine nie wierzyła w przypadki. – Powinieneś przyjrzeć się bliżej motywacjom tych, którzy zapewniają ci ochronę z przydziału Ministerstwa Magii – stwierdziła sucho. – Rażąca niekompetencja maskowana bywa porywami bohaterstwa, które rozczuliłyby serca tkliwsze od twojego. Rozczulały moje za czasów młodości, kiedy wierzyłam jeszcze w baśnie, w których szlachetni rycerze wyratowywali z opresji potrzebujących ratunku. – Usta zadrgały jej, jak gdyby z trudem tłumiła irytację. Nie zapomniała przecież, że Anthony przedłożył spotkanie z Atreusem ponad spotkanie z nią, chociaż prosiła tak żarliwie, aby się spotkali. Czyżby nowy ochroniarz?, pomyślała drwiąco. Wybrał jeszcze gorszego od Longbottoma, tego niekompetentnego kołka, który na wieczorku hazardowym perorował o słabości zabezpieczeń teatru Selwynów, tylko po to, aby nazajutrz samemu narazić na atak najwyższych rangą urzędników państwowych. I Raphaelę. – Mieniłeś się niedawno królem Arturem. Nie powinieneś więc okazywać przychylności Don Kichotom. – Na twarzy Lorraine malowała się powaga. — Okazuj ją tym, którzy położyliby za ciebie życie. – Nie bądź więc jak dumny władca, który trzyma urazę wobec przyjaciół, ulegając pochlebcom.
Ojciec napisał jej kiedyś bajkę o przeklętym przez żywioł rycerzu, który został bohaterem, bo uratował z wojennej pożogi swego króla. Przekonywał, że zobaczył jego przyszłość w płomieniach. Ogień jest mi przyjacielem, powtarzał, nie wrogiem. Pogrążone w wojnie królestwo, niegdyś przeklinające jego imię, padało teraz na kolana przez człowiekiem, który potrafił przewidzieć, czyje pola podpali najeźdźca. Czyje włości staną w płomieniach, a czyje wioski przetrwają. Z najbardziej pogardzanego, stał się najbardziej kochanym. Ale tak jak rycerz potrafił czytać z płomieniach, tak księżniczka, córka króla, potrafiła czytać z ludzkich serc. Gdy król oddał jej rękę rycerzowi, wystarczyło więc jedno spojrzenie, jedno uderzenie serca, aby prawda wyszła na jaw. Księżniczka pobladła. Rycerz nigdy nie był rycerzem. Serce, które biło w jego piersi, nie należało do człowieka. Należało do smoka. Smoka, który cały ten czas wykrwawiał królestwo, tylko po to, aby nieść mu pomoc pod postacią rycerza, tam, gdzie wcześniej sam przynosił ogień, ziejąc swą potworną paszczą. Ale bajka kiedyś musiała się skończyć, a przecież musiała skończyć się szczęśliwie, bo inaczej nie byłaby bajką. I chociaż nie było wesela, była uczta weselna. Bo król zabił smoka. Wyciął wciąż jeszcze bijące serce z jego piersi. A księżniczka zjadła smocze serce, aby zapewnić królestwu pomyślność. I żyli długo i szczęśliwie, uśmiechnął się sennie ojciec.
Nie zdziwiłaby się, gdyby Erik Longbottom był takim fałszywym rycerzykiem, przydzielonym Anthony'emu tylko ze względu na wpływy jego rodziny, w której od lat Godryk Longbottom pociągał za sznurki. Że naraził go na niebezpieczeństwo tylko po to, żeby potem zbierać laury, gdy naprawiał swoją nieudolność.
Chociaż on nie mógłby być smokiem, pomyślała pogardliwie Lorraine, wspominając treść dyskusji, jaką przeprowadziła z Erikiem na wieczorku u pani Delacour. Ogień nie zabijał smoków, a Longbottom spłonął przecież w ogniu jej spojrzenia, ledwie Malfoy zwróciła na niego oczy, ofiara całopalna, która nie przyniosła jej żadnej satysfakcji. Nie był nawet jaszczurką. Był niczym więcej jak kupą kości noszących nikłe podobieństwo do gadzich przodków, szczątkami wielkości, które Anthony skrzętnie krył w piwnicach swej posiadłości, aby móc podziwiać je w samotności, niby szalony kolekcjoner.
Zdusiła w sobie westchnienie, oparłszy delikatnie głowę o ramię Anthony'ego, gdy podążyli w stronę domu. Przecież się z nim nie spierała. Nie chciała się z nim spierać. Chciała tylko, żeby jej wysłuchał, chciała, żeby ją pocieszył, żeby powiedział, że rozumie. "Być może poprosiłam o zbyt wiele", pomyślała. Nie czuła bowiem, aby Anthony odniósł się do któregokolwiek z jej problemów. Traktował to jak dyskusję światopoglądową, jak debatę na stołek ministra. Zagłosuj na mnie, a zmienimy świat! Przyszły pan minister zyskał jej poparcie, piął się do góry w sondażach, zapewniając, że wszystko zmieni się na lepsze, ale tylko z jej pomocą, bo jej pomoc jest przecież nieodzowna! A Lorraine... Lorraine wciąż tkwiła w tym samym miejscu. Jak zawsze została ze swoimi problemami sama. Zmieniała się sceneria, zmieniała się scenografia i ręka zapleciona u jej ramienia, ale nie sytuacja. Znowu szła przez piękny ogród, tym razem nie z Eden, lecz z Anthonym u boku, i znów czuła się tak, jak gdyby odprowadzały ją nieprzychylne spojrzenia. "Prosiłam tylko, abyś ochronił mnie przed ich kpiącymi uśmiechami", szeptała. Szum cyprysów niczym nie różnił się jednak od szeptu sióstr Parkinson. "Noszę brzemię ich szeptów z dumą, ale…" Krew, sącząca się z przebitego przez paznokcie wnętrza dłoni, niczym nie różniła się od smaku krwi na podniebieniu, kiedy przygryzała język.
Niczym nie różniła się od krwi, która pokrywała ściany rezydencji Anthony'ego.
Lorraine zacisnęła zęby na policzku. Mocno. Mocniej. Aż poczuła na języku posmak krwi. "Przyklasnąć ci?", gorzkie słowa, jakie padły z ust przyjaciela, odbijały się teraz echem w głowie Lorraine. "Iść za tobą? A może pokłonić się wobec ciebie w pas?" Jej oczy, które przy kimkolwiek innym rozbłysłyby okrutnie, teraz wyraźnie przygasły. Anthony może i nie wiedział, jaki żal kryje w sobie Lorraine, nie wiedział, że musi gryźć się przy nim w język, ale kiedyś, och – kiedyś wszystkiego się dowie. Kiedyś wszystko zrozumie.
Kiedyś, kiedy sam będzie musiał to zrobić. Przygryźć język, schować urazę, którą wiecznie nosił w butonierce, porzucić dumę, w którą przystrajał się niby w najprzedniejszą szatę wyjściową.
Jeżeli nie był gotowy na to poświęcenie dla niej, niechby przynajmniej był gotów na to dla Lorien, której rzeczy – wtopione w scenerię posiadłości w Little Hangleton tak, jak gdyby zawsze tu były – dostrzegła Lorraine, prowadzona przez Anthony'ego ku sali klubowej. Wszyscy powinniśmy poświęcać się dla ludzi, których kochamy, pomyślała Lorraine, czując się przez krótką chwilę wyjątkowo lekką na sercu. Bez oczekiwania na poświęcenie. Bez oczekiwania na wdzięczność, czy wzajemność. Na tym przecież polegała miłość. A Anthony zasługiwał przecież na szczęście, zasługiwał na miłość, choć nie wydawał się ich dostrzegać... A może po prostu nie chciał dostrzec, tak jak nie dostrzegał próśb Lorraine.
Tak jak ona zdecydowała się nie dostrzegać jego prób pojednania, choć była wdzięczna że próbował pokryć swój wcześniejszy prześmiewczo pogardliwy stosunek do całej tej sprawy pokorą. A jednak, gdy Anthony mówił o Baldwinie, Lorraine milczała. Milczała, jak gdyby samo wspomnienie jego imienia było czymś niewybaczalnym. Gdy wreszcie weszli bowiem do sali klubowej, nie zwróciła nawet uwagi na zapraszający gest Anthony'ego. Z wzrokiem utkwionym we fresku, wyciągnęła rękę ku naściennemu malowidłu, po czym postąpiła krok do przodu. I kolejny. I kolejny. Nie wiedzieć kiedy, znalazła się tuż przy ścianie. Nie wiedzieć kiedy, jej palce gładziły powierzchnię pochlapaną tynkiem – i farbą, pomyślała, gdy wodziła powoli wzdłuż konturów fresku – i krwią. Było coś sensualnego w jej gestach, w sposobie, w jakim przylgnęła do zimnej ściany, ocierając się o nią jak stęskniony pieszczot kot. Gdzie jesteś?, zdawała się szeptać rozpaczliwie, chociaż z jej drżących ust nie padło choćby słowo, gdy sunęła dłońmi wzdłuż smug tynku, szukając Baldwina pośród chropawych impastów pozostawionych przez jego palce. Żadne westchnienie nie uleciało spomiędzy rozchylonych lekko warg. Oddychała ciężko, coraz ciężej, a jej pierś unosiła się gwałtownie, jak gdyby Lorraine nie wiedziała, czy śmiać się, czy szlochać. Pozostawała jej jedynie niema skarga. Gdzie jesteś? Nie uroniła jego imienia, bo wiedziała, że będzie wtedy musiała uronić łzy. Dlaczego jej to zrobił? Jak mógł jej to zrobić?
Bluźnierstwo. Bluźniercza bogini na bluźnierczym ołtarzu. Dla ciebie wszystko jest bluźnierstwem, czyż nie, Baldwinie? W bogini nie było nic z Lorraine. To jej twarz zawsze dawał przedstawieniom bogini, jej oczy – jej wspomnienia próbował zaklinać w swych płótnach, jak wezwania litanii wznoszone w jej intencji, zawsze w jej intencji. Dlaczego, pytała, tak samo dramatycznie, jak i on pytał w listach, dlaczego mi to zrobiłeś? Czym ci zawiniłam? Odpowiadało jej milczenie, a milczenie było przecież najbardziej bluźnierczym z aktów, na jakie mogli sobie pozwolić. W bogini nie było nic z Lorraine, ale w bogini nie było też nic z Baldwina. Anthony nigdy nie widział jego prac, ale Lorraine widziała wszystkie, niemal wszystkie. Widok kubistycznej kompozycji, modernistycznej kpiny wobec malarstwa klasycznego, które Baldwin kochał przecież najbardziej, kłuł ją w serce. To nie był jego styl. To nie był Baldwin.
Przesunęła paznokciami po ścianie, jak gdyby chciała zdrapać z niej farbę zmieszaną z krwią, która była jej tak droga, warstwa po warstwie, zgrzytnęła zębami. Warstwa po warstwie, dopóki nie zdarłaby wszystkiego z tej ściany, łamiąc przy tym paznokcie. Dopóki nie odsłoniłaby zaklętego w dziele Baldwina. Pierwociny jego duszy, którą rozmazał na ścianie tak, jak gdyby była niczym więcej jak zgniecionym pięścią karaluchem. Potem pomazałaby fresk fałszywej bogini swymi pokrwawionymi palcami, gubiąc połamane paznokcie. A potem usiadłaby do fortepianu, żeby pozostawić te same krwawe ślady na jego klawiszach. Wykrwawiłaby się na partyturę Fauré'a. W imię czego?
W jego obrazach zawsze znajdowała to, czego tak rozpaczliwie szukała. To, za czym goniła całe życie, nie wahając się przy tym sięgać po zakazaną magię. Gdzie jesteś, chciała zapłakać, bo chociaż patrzyła na obraz Baldwina, nie znajdowała w nim siebie. A co gorsza, nie znajdowała w nim jego. Gdzie jesteś, powtarzała, przyciskając czoło do chłodnej ściany. Przeszukując za pomocą legilimencji umysły innych ludzi, pozostawała przecież najbardziej zaabsorowana tym własnym, tym, którego nie rozumiała. Tym, który dla niej miał na zawsze pozostać niezgłębioną tajemnicą. W obrazach Baldwina odnajdowała jednak zrozumienie. Gdy patrzyła na jego obrazy, czuła się tak, jak gdyby patrzyła na własną, obnażoną duszę, której nagość nie przejmowała jej jednak wstydem.
Nie było w niej zawahania, gdy przytuliła się policzkiem do chropowatej powierzchni ściany, przymykając oczy, w których widać było dzikość. Cała w tej chwili była dzika, dzika i przepyszna, jak gdyby na widok dzieła Baldwina pozbyła się wszelkich zahamowań. Uderzyć głową w ścianę. Rozciąć skórę na czole, a może roztrzaskać czaszkę, aby popłynęła gorąca krew. Uderz, pomyślała nieprzytomnie, no dalej, uderz. Oderwała na chwilę czoło od ściany, jak gdyby próbowała ocenić, jaka odległość byłaby wystarczająca, jak mocno powinna wyrżnąć w ceglany mur, aby rozbić głowę. Widać było jej wahanie. Bo Lorraine chciała cierpieć i chciała krwawić. Chciała, aby jej krew mogła zmieszać się z krwią Baldwina.
Zamiast tego powoli oparła się czołem o ścianę. Czoło było gorące, a ściana była chłodna. Powinno być na odwrót, pomyślała zdziwiona Lorraine, przywołana do rzeczywistości przez słowa Anthony'ego. Nie zdawała sobie sprawy, na jak długo zapadła między nimi cisza. Nie dbała o to.
– Gdybyś widział te ściany tak, jak ja je widzę – wyszeptała, na chwilę odwracając ku niemu twarz – było coś upiornego w tej twarzy, w pustych oczach, tak bezbrzeżnie smutnych, a może tak bezbrzeżnie obojętnych – było coś upiornego w tym szepcie, w tym głosie, tak obcym, tak odległym. – Nie czułbyś spokoju.
W tym fresku było bowiem wszystko, co stłumiła w sobie Lorraine w trakcie tej rozmowy z Anthonym.
Powiedziała mu wcześniej, że ma tylko jeden warunek. Jedną prośbę, po której spełnieniu, mogłaby za nim podążyć. Jedno życzenie. Wiedziała, że mogłaby w tej chwili pozwolić sobie na wszystko. Wpuść mnie, mogłaby wyszeptać, wspinając się na palce, aby ucałować go w czoło – a prędzej w czubek nosa – proszę. Mogłaby poprosić, żeby nakręcił pozytywkę, i wysłuchał płynących z niej melodii. Aby pokazał jej wspomnienie, które znaczyło dla niego najwięcej, wypowiedział jej imię w języku, którego nikt inny wcześniej nie słyszał. Ale Lorraine nie chciała już widzieć wnętrza umysłu Anthony'ego. Nie chciała zaglądać do jego głowy. Gdyby choć przez chwilę popatrzyła na świat oczami Anthony'ego, gdyby popatrzyła na tę ścianę tak, jak on patrzył... Napełniało to Lorraine smutkiem. Napełniało to Lorraine wstrętem.
Zamknęła oczy.
Rzucam na przewagę Ulubieniec tłumów (półwila) korzystając ze statystyki charyzma (4k), żeby pokazać, że Lorraine przestaje tłumić emocje przez fresk stworzony za pomocą przewagi Tworzenie dzieł sztuki i traci totalnie kontrolę nad swoją mocą.
Rzut PO 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
Nie mogła na niego patrzeć. Nie mogła na niego patrzeć. Ani na chwilę nie oderwała policzka od ściany, ani na chwilę nie otworzyła oczu. Skuliła się w sobie, jak gdyby oczekiwała czegoś w rodzaju reprymendy, wybuchu, a może to milczenia bała się najbardziej, gdy stała przy ścianie, jak zapłakana dziewczynka posłana za karę do kąta. "Jestem sama, ale nigdy samotna", zaśmiała się perliście bogini Dziewica, która objawiła jej się na górskiej polanie. Lorraine nie zawsze była sama, ale zawsze była samotna. Wiedziała, jak odnajdywać się w pieleszach socjety, jak wyglądać, jak się zachować, a nawet jak mówić w towarzystwie, ale nie wiedziała, jak przekonać samą siebie, że jest jego częścią. Bo przecież nie była. Nie tak naprawdę. Nie należała nawet do rodzaju ludzkiego. Może po prostu przestała udawać kogoś, kim nie jest. Kim nigdy nie była. Nie jestem kobietą, powtarzała, tylko wilą. Odkąd to zaakceptowała, czuła się w swojej skórze inaczej, jak gdyby wreszcie przywdziała sukienkę, która na nią pasuje, nie zaś zwężaną szatę po kuzynce, wymagającą zbyt wielu poprawek. Wciąż była sobą, ale wreszcie czuła się sobą. Czuła się potężniejsza. Mniej ludzka.
Coraz bardziej oddalała się od ludzi, ciesząc się cichą intymnością oglądania ich umysłów. Inni pozostawiali ją samej sobie, co niegdyś przyjmowała jakby ze smutkiem, a teraz – jakby z ulgą. Gdyby była na ich miejscu, też unikałaby swojego towarzystwa. Też schodziłaby sobie z drogi, niepewna, gdzie podziać oczy. Ale to było dobre, samotność była dobra. Tak łatwo przychodziło jej teraz zachowywać spokój przy Anthonym. Tak łatwo było stłumić uczucia, odepchnąć od siebie urazę. Nie musiała się z nim spierać. Nie musiała nawet być na niego zła. Nie była zła od miesięcy. Tak jest lepiej, powtarzała, wycofując się coraz bardziej, chowając między cieniami spowijającymi Nokturn. Tam nikt nie mógł jej zranić. Tam nikt nie odważył się z niej wyśmiewać. Tam była bezpieczna. Dopiero fresk Baldwina zburzył jej spokój. Stłumione uczucia wypłynęły na powierzchnię, niczym Wenus wyłaniająca się z morskiej piany.
Jak wiele wymagało od niej odzyskanie opanowania. Jak wiele wymagało od niej wyprostowanie pleców.