17.06.2025, 20:21 ✶
Przyglądałem się jej przez chwilę w ciszy, nie próbując szukać błyskotliwego komentarza czy przewrotnej riposty, bo - zaskakująco - zupełnie ich nie potrzebowałem. Mówiła rzeczy, które miały sens - czasem zawiłe, ale sensowne, a najdziwniejsze było to, że naprawdę je rozumiałem, albo przynajmniej nie czułem potrzeby ich podważać, nie odczuwałem chęci wywracać ich do góry nogami. Sam nie miałem nawyku filozofowania, szczerze mówiąc, zazwyczaj unikałem takich rozmów, bo nie ufałem ani pytaniom, ani ludziom, którzy zbyt gładko odpowiadali. Nie byłem filozoficzny, ani trochę, nie lubiłem tych wszystkich rozważań o sensie istnienia, o celach życiowych i wewnętrznych przemianach, które podobno miały człowieka definiować. Lubiłem mieć konkret - coś, co można nazwać, zrozumieć, naprawić albo spalić. Raczej twierdziłem, że życie jest chaotyczne i bardzo rzadko domaga się głębokiej interpretacji - w większości przypadków wystarczyło po prostu przeżyć kolejny dzień. Całym sobą byłem przeciwny tej manii racjonalizacji, która dopadała ludzi w pewnym wieku, że trzeba wiedzieć, czemu się coś czuje, czego się chce, co dalej. Ja nie wiedziałem - może nie chciałem wiedzieć, może nie musiałem. Kiedyś myślałem, że introspekcja to jakaś forma przewagi - że ten, kto rozumie siebie, będzie miał łatwiej. Teraz wiedziałem, że to bardziej miecz obosieczny - pytania potrafiły przecinać głębiej, niż by się chciało, a odpowiedzi rzadko kiedy przynosiły ulgę. Może dlatego tylko garstka ludzi się do tego zmuszała, i większość z tej garstki płaciła za to wysoką cenę. Reszta wolała nie wiedzieć, bo jak już raz zajrzysz pod powierzchnię, to nie ma odwrotu - prawdopodobnie zobaczysz coś, czego nie da się odwidzieć. Więc tak, z jakiegoś powodu rozumiałem potrzebę siedzenia z herbatą albo winem, z cudzymi historiami na kartkach, a nie swoimi - to nie był eskapizm, jak kiedyś może bym to nazwał, to była metoda. Tyle, że nie moja.
- No, dobsze. - Zacząłem powoli, jakbym naprawdę zamierzał powiedzieć coś głęboko egzystencjalnego. Wzruszyłem ramionami - nie miałem potrzeby dalej tego rozkładać, zgadzaliśmy się, to już było coś, gdybyśmy prowadzili tę rozmowę kilka lat wcześniej, pewnie zdążyłbym już dwa razy się zirytować, raz kpiąco odbić piłeczkę i jeszcze raz zamilknąć na dobre, a teraz siedziałem i... Przyjmowałem - po prostu przyjmowałem to, co miała do powiedzenia. - W takim lasie mam jusz plan na szycie, numel chyba siedemnaście. - Odparłem, opierając łokieć o stolik i przyciągając filiżankę z kawą bliżej, głównie dla zajęcia rąk, bo i tak zdążyłem już wypić większość. - Chociasz, jeśli mnie kiedyś olśni i miałbym szię jusz szuciś w wiejskie szycie, to wolałbym chyba hodowaś alpaki. Albo lamy, zaleszy, któle szą mniej złośliwe, ale pszynajmniej mają chalaktel. Owce szą zbyt... Potulne. Nie wytszymałbym psychicznie.
Nie powinna się temu dziwić - nie byłem człowiekiem, który umiał się odnaleźć w otoczeniu, w którym jest za spokojnie. Prudence z pewnością wiedziała dużo o innych ludziach, szczególnie o umarłych, o ich błędach i decyzjach - tym bardziej, że cudzym zakończonym życiem można się było zajmować bezpiecznie. Wyczuwałem w tym potrzebę zrozumienia siebie przez pryzmat kogoś, kto już dawno nie istnieje. Może nawet była w tym jakaś pokusa - jeśli oni już odeszli, nie mogą się obronić, nie trzeba im niczego tłumaczyć, nie wymagają, nie ranią, nie oczekują, można ich analizować do woli. Tyle, że teraz ta rozmowa mimowolnie dotykała czegoś innego i chyba oboje odsłanialiśmy się bardziej, niż kiedykolwiek - przynajmniej we własnym towarzystwie.
- Ale tak selio. - Dodałem ciszej. - Chyba faktycznie nie tszeba wiedzieś jusz telas, do czego jesteśmy stwoszeni, i tak, chyba nie sądzę, sze to wiedza, któlą szię kiedyś zdobywa las na zawsze, laszej coś, co szię co jakiś czas ledefiniuje, jak definicję „własnego miejsca” albo „bliskości”. - Stwierdziłem - to było dużo filozofowania, jak na mnie, ale też nie mówiłem tego po to, żeby zostawić za sobą jakieś złote myśli. Tylko, żeby dopowiedzieć coś do tego, co ona przed chwilą tak trafnie ubrała w słowa - zaznaczyć, że tak, słyszę i nie jestem zupełnie ślepy na argumenty. Nie afiszowała się z tą swoją mądrością, nie w taki napuszony, akademicki sposób, jak kiedyś. Raczej jak ktoś, kto siedział za długo z nosem w książkach, aż w końcu zrozumiał, że te mądrości to tylko pół prawdy, bo reszta siedzi wewnątrz ludzi i nie da się jej wyczytać, jeżeli ktoś tego nie chce. To, że w ogóle próbowaliśmy się zrozumieć, było czymś nowym. Dla niej, dla mnie, dla nas obojga.
- Chociasz pszyznam, sze jeśli za dwadzieścia lat naplawdę odklyję, sze moim pszesnaczeniem jest lobienie swetelków s wełny, to naplawdę dam ci znaś. Chcę, szebyś była tą osobą, któla będzie mi pszypominać, jak baldzo kiedyś zaszekałem szię, sze mnie to nie klęsi. - Dodałem, odnosząc się do naszej wcześniejszej rozmowy. Spojrzałem na nią z tym swoim leciutko zgryźliwym półuśmiechem. - A swoją dlogą… Jak jusz jesteśmy w temacie pszypominek. Pszypomniało mi szię, sze tu w miasteczku jest całkiem pszyzwoity antykwaliat. W ślodku mają tesz taki mały magiczny dział, nieoficjalny, wiadomo. Tlochę ksiąg, tlochę ziół, tlochę głupot, jeśli masz jeszcze coś, czego zapomniałaś s Londynu - poza świeczkami, bo te, wiadomo, masz jusz obiecane u mnie - to moszemy tam jeszcze podskoczyś pszed powrotem. - To mógł być miły dodatek. Jak się nie zakłada z góry, jak to wszystko ma wyglądać, to nie trzeba się potem rozczarowywać, ale też można aktualizować plany na bieżąco.
- No, dobsze. - Zacząłem powoli, jakbym naprawdę zamierzał powiedzieć coś głęboko egzystencjalnego. Wzruszyłem ramionami - nie miałem potrzeby dalej tego rozkładać, zgadzaliśmy się, to już było coś, gdybyśmy prowadzili tę rozmowę kilka lat wcześniej, pewnie zdążyłbym już dwa razy się zirytować, raz kpiąco odbić piłeczkę i jeszcze raz zamilknąć na dobre, a teraz siedziałem i... Przyjmowałem - po prostu przyjmowałem to, co miała do powiedzenia. - W takim lasie mam jusz plan na szycie, numel chyba siedemnaście. - Odparłem, opierając łokieć o stolik i przyciągając filiżankę z kawą bliżej, głównie dla zajęcia rąk, bo i tak zdążyłem już wypić większość. - Chociasz, jeśli mnie kiedyś olśni i miałbym szię jusz szuciś w wiejskie szycie, to wolałbym chyba hodowaś alpaki. Albo lamy, zaleszy, któle szą mniej złośliwe, ale pszynajmniej mają chalaktel. Owce szą zbyt... Potulne. Nie wytszymałbym psychicznie.
Nie powinna się temu dziwić - nie byłem człowiekiem, który umiał się odnaleźć w otoczeniu, w którym jest za spokojnie. Prudence z pewnością wiedziała dużo o innych ludziach, szczególnie o umarłych, o ich błędach i decyzjach - tym bardziej, że cudzym zakończonym życiem można się było zajmować bezpiecznie. Wyczuwałem w tym potrzebę zrozumienia siebie przez pryzmat kogoś, kto już dawno nie istnieje. Może nawet była w tym jakaś pokusa - jeśli oni już odeszli, nie mogą się obronić, nie trzeba im niczego tłumaczyć, nie wymagają, nie ranią, nie oczekują, można ich analizować do woli. Tyle, że teraz ta rozmowa mimowolnie dotykała czegoś innego i chyba oboje odsłanialiśmy się bardziej, niż kiedykolwiek - przynajmniej we własnym towarzystwie.
- Ale tak selio. - Dodałem ciszej. - Chyba faktycznie nie tszeba wiedzieś jusz telas, do czego jesteśmy stwoszeni, i tak, chyba nie sądzę, sze to wiedza, któlą szię kiedyś zdobywa las na zawsze, laszej coś, co szię co jakiś czas ledefiniuje, jak definicję „własnego miejsca” albo „bliskości”. - Stwierdziłem - to było dużo filozofowania, jak na mnie, ale też nie mówiłem tego po to, żeby zostawić za sobą jakieś złote myśli. Tylko, żeby dopowiedzieć coś do tego, co ona przed chwilą tak trafnie ubrała w słowa - zaznaczyć, że tak, słyszę i nie jestem zupełnie ślepy na argumenty. Nie afiszowała się z tą swoją mądrością, nie w taki napuszony, akademicki sposób, jak kiedyś. Raczej jak ktoś, kto siedział za długo z nosem w książkach, aż w końcu zrozumiał, że te mądrości to tylko pół prawdy, bo reszta siedzi wewnątrz ludzi i nie da się jej wyczytać, jeżeli ktoś tego nie chce. To, że w ogóle próbowaliśmy się zrozumieć, było czymś nowym. Dla niej, dla mnie, dla nas obojga.
- Chociasz pszyznam, sze jeśli za dwadzieścia lat naplawdę odklyję, sze moim pszesnaczeniem jest lobienie swetelków s wełny, to naplawdę dam ci znaś. Chcę, szebyś była tą osobą, któla będzie mi pszypominać, jak baldzo kiedyś zaszekałem szię, sze mnie to nie klęsi. - Dodałem, odnosząc się do naszej wcześniejszej rozmowy. Spojrzałem na nią z tym swoim leciutko zgryźliwym półuśmiechem. - A swoją dlogą… Jak jusz jesteśmy w temacie pszypominek. Pszypomniało mi szię, sze tu w miasteczku jest całkiem pszyzwoity antykwaliat. W ślodku mają tesz taki mały magiczny dział, nieoficjalny, wiadomo. Tlochę ksiąg, tlochę ziół, tlochę głupot, jeśli masz jeszcze coś, czego zapomniałaś s Londynu - poza świeczkami, bo te, wiadomo, masz jusz obiecane u mnie - to moszemy tam jeszcze podskoczyś pszed powrotem. - To mógł być miły dodatek. Jak się nie zakłada z góry, jak to wszystko ma wyglądać, to nie trzeba się potem rozczarowywać, ale też można aktualizować plany na bieżąco.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)