16.06.2025, 19:55 ✶
"Milcz."
Alexander westchnął, jak pies zawiedziony wydanym przez pana poleceniem, a jednak bez słowa ściągnął drugą rękawicę, pozwalając Helloise ułożyć jego ramię tak, aby było jej wygodniej pracować. Odchylił na chwilę głowę do tyłu, zapadając się w fotelu, który znał dobrze jego ciężar. Znała go cała Ataraxia, a chociaż nigdy nie nazwałby tego miejsca domem, bywały momenty, że czuł się tutaj jak w domu. A psy nigdy nie zdychały w domach. Odchodziły, gdy zaczynały przeczuwać, że nadchodzi koniec, jak gdyby chciały oszczędzić tym, których kochały, widoku psiej padliny. Konieczności wykopania dla niej grobu pod płotem. Więc to pod twoim płotem padłem?, zdawał się pytać, patrząc w twarz kobiety, która pochyliła się nad jego rozciętym zaklęciem ramieniem, jak gdyby próbując opanować krwawienie, mogła jednocześnie opanować targające nią sprzeczności. A jednak milczał, tak jak kazała mu milczeć, przysłuchując się krzykliwej kakafonii intencji, które chrzęściły w jej myślach jak kości pomiędzy psimi zębami. Powlekł spojrzeniem po jej sylwetce, po głowie posypanej popiołem, po znoszonym przyodziewku.
Była taka intensywna.
Panoszyła się jak chwast, ale jej palce były delikatne, gdy dotykały jego skóry. Przypominały płatki kwiatów. Kto zerwał ten kwiat?
Spódnica rozdarta przez pożądliwe dłonie, głuche na rozpaczliwe odgłosy rozdzieranego materiału i na rozdzierające serce błaganie, "przestań". Nie, zadecydował, przesuwając obojętnym spojrzeniem po rozprutych sukniach, którymi zamiatała smętnie podłogę, nie wyglądała mu na kobietę, która by błagała. Czy ten, który rozerwał jej spódnicę, zmusił ją, aby tu przyszła? Tak łatwo było przecież zmusić do posłuszeństwa kobietę pozbawioną różdżki. Nie trzeba było nawet pozbawiać jej magii, pomyślał, powiódłszy spojrzeniem po odsłoniętych nogach Helloise, jak gdyby sam chciał odcisnąć ślady swych palców na białej skórze. Wystarczyło pozbawić ją godności. Wystarczyło zedrzeć z niej tę jebaną spódnicę, wtedy, gdy zaciskała pięści tak mocno, że zaczynały bieleć knykcie. Tak samo biała musiała być jej twarz, gdy wykrzywiała ją trwoga. Tak samo wulgarnie białe były jej obnażone nogi. Czego oczekiwała? Współczucia? Nie miał dla niej współczucia, nie miał go dla nikogo. Zastanawiał się jednak, ile wywleczono dzisiaj na ulice takich jak ona. Z ilu zdarto gwałtem spódnice. Ile porzucono pośród pogorzelisk, aby białe nogi szczerniały na węgiel, a nagą hańbę przykrył popiół dogasających ognisk. A może przyszłaś tu z własnej, nieprzymuszonej woli?, pytały jego oczy, wiedząc, że w odpowiedzi nie dostałyby nic więcej niż obojętne wzruszenie ramionami. Bo odpowiedź była jak zawsze gdzieś pomiędzy. Alexander znał dobrze to miejsce. Pomiędzy. Przestrzeń między miłością, a wykorzystaniem. Ułuda wolnej woli między posłusznym "tak", a pełnym sprzeciwu "nie". Między prośbą, a przymusem.
"To on zdecydował, żeby mnie wymazać", wyszeptała.
Skinął ledwo zauważalnie głową, przyjmując jej słowa tak, jak gdyby słowa mogły mieć tu wciąż jakieś znaczenie. Nie miały. Nie było ważne, czy krzyczała, stawiając opór, czy może poddając się bezwolnie przeznaczeniu, rozłożyła przed nim nogi. Życie ruchało wszystkich. A jednak skinął jej głową. Nie chciał pozbawiać kobiety jej złudzeń tylko dlatego, że sam się z nimi pożegnał. Strzępy jej spódnicy niczym nie różniły się od ochłapów godności, jakich i on zwykł się chwytać, gdy życie wymykało mu się spod kontroli. Gładko golił twarz, nawet wtedy, gdy pod okiem nosił ślady pobicia. Wykrochmalony na sztywno kołnierzyk koszuli zastępował mu kręgosłup moralny, drżące dłonie zwykł zaś przyoblekać w złote pierścienie. Drobne gesty oporu, odmowa podporządkowania się nawet wtedy, gdy odmówić się nie dało. Może dlatego pojął, co próbowała powiedzieć. Nie tylko spódnica, pojął, ale i maska. Pies miał tyle tylko wolności, na ile sięgała jego smycz, a szczekając, zdołał rozewrzeć pysk na tyle, na ile pozwalał mu na to kaganiec. Czy nie powinien jednak cieszyć się, że biega luzem? Czy nie powinien być wdzięczny, że nie przywiązano go do budy szubienicznym powrozem, który zaciskałby się na jego szyi coraz mocniej, i mocniej, za każdym razem, kiedy rzucałby się do płota? Nie przystrzyżono mu przecież uszu ani ogona, jak zwykli robić to ci, którzy wystawiali zwierzęta w nielegalnych walkach. Nie porzucono go w ślepym zaułku, pośród płonących domów. Nie, przecież ona była tutaj, z twarzą skrytą posłusznie za maską, tak samo jak i on stawiła się tu na polecenie swojego pana.
Nie było jednak pogardy w jego spojrzeniu. Alexander odwrócił wzrok od rozdartej spódnicy Helloise. Powinna cieszyć się, że tamten nie rozdarł całej. A może właśnie na odwrót, może powinna się smucić, że pozostawił ją w jednym kawałku, zamiast rozedrzeć materiał do końca i oszczędzić jej wstydu? Pozwolił jej palcom błądzić, nie odrywając spojrzenia od twarzy skrytej za maską, jak gdyby czekał aż pojawi się na niej wyraz obrzydzenia, a może i bólu, gdy niespodziewanie przytrzymał jej dłoń. Jak pies, delikatnie chwytający między zęby rękę, która zwykła głaskać go po łbie tak, jak lubił najbardziej. Niegdyś jej dyskomfort sprawiłby mu coś na kształt satysfakcji. Teraz... Teraz po prostu poprowadził jej dłoń niżej.
Podoba ci się?
Pod palcami mogła wyczuć wypalony przez zaklęcie kształt z pisma runicznego. Pobliźnione linie na skórze, która nie miała się nigdy zagoić. Nie znała znaczenia runy. Nie musiała. Znamię pozostawało niewidocznym, zwykł bowiem maskować je zaklęciem, tak samo jak maskował mroczny znak. Ten jednak rozlał się na jego przedramieniu czernią, jak gdyby w przebiegających powierzchownie żyłach nie płynęła krew, lecz trucizna. Zaklęcie nie było w stanie znieść jej działania, a choć zakrywało wypaloną przez Lestrange'a runę, jego moc osłabła na tyle, by można było wyczuć majaczącą nad mrocznym znakiem bliznę na skórze. Alexander zastanawiał się, kiedy przestał myśleć o Hagalaz jako o przekleństwie. Może powinien podziękować Louvainowi za pozostawienie mu takiej, a nie innej skaryfikacji na przedramieniu. Za przypomnienie o jego słabości, a może o jego sile.
To on zdecydował, żeby mnie pomazać.
Puścił jej dłoń. Nie tylko jemu pozostało w życiu milczenie. Jedyna forma oporu, jakkolwiek niemego, na jaką zarówno Alexander, jak i Helloise, wciąż mogli sobie pozwolić. Czy głaz, na którym utrwalono za pomocą symboli runicznych inskrypcję zaklęcia, pragnął kiedykolwiek przemówić, czy to ludzie, z ich kilofami i dłutami uderzając weń, wydobywali z niego głos, zakłócając kamienne milczenie? Czy trumna z Auzon modliła się nad kośćmi zamkniętymi pod jej wiekiem, czy pozwoliła raczej, aby ktoś zatarł imię wyryte na pokrywie pismem runicznym, milczeniem przyjmując to, co ludzie uważali za zbrodnię na pamięci? Czy miecz, w którego klindze wykuto runami magiczną inskrypcję, dbał o to, czyja ręka go dzierży? O to, czyją pierś przebije jego ostrze? Śpiewał tylko wtedy, gdy stal uderzała o stal. Milkł, gdy spełnił swoją powinność.
Przedziwny był to wyraz solidarności, ale być może jedyny, na jaki było ich oboje stać.
Helloise miała rację, że istniały języki starsze od run. Choć runy stanowiły zapis języka mówionego, same w sobie nie były bowiem językiem. Nie mówiło się runami. Nawet jeżeli jej opinia była podszyta ignorancją, powodowała nią intuicja: runy były przecież oryginalnie postrzegane za pismo kobiece, celowo uproszczone w formie, aby mogło pomieścić wiele znaczeń, wiele przekazów. Seiðr było magią kobiet, za której praktykowanie inni bogowie wyśmiewali Odyna, zgłębiającego jej arkana na łonie Freji – magią intuicyjną, nieskrępowaną formułami. Symboliczne inskrypcje służące kobietom skupieniu intencji, były im bowiem jedynie narzędziem w drodze do celu, a nie celem samym w sobie. To mężczyźni próbowali nadać im znaczenie, zmienić w język obarczony ograniczeniami właściwym wszystkim językom, praktykując geldr, czyli magię opierającą się na wznoszeniu runicznych inkantacji, na skandowaniu znaków... Jak gdyby to znaki miały w sobie moc, a nie ręka, którą je wprzódy skreśliła.
Język był narzędziem niedoskonałym, pod wieloma względami ułomnym: Mulciber nauczył się tego, studiując teksty starodawnych przepowiedni. Przepowiednie kpiły sobie z języków, jakimi posługiwali się ludzie, a jasnowidzowie pozostawali świadomi ich kpin od czasów upadku wieży Babel, a może i dłużej. Przepowiednie lubowały się w półsłówkach i podwójnych dnach. Zawsze wykorzystywały niuanse i niejasności, najchętniej zaś niefrasobliwie bujały na granicy powagi i żartu. Nigdy nie mówiły wprost. Nieważne, jak bardzo jasnowidzowie starali się nagiąć prawa rządzące językiem. Nieważne, jakie wiele znaczeń nadawali poszczególnym wyrazom. To nie było wystarczające. To nigdy nie było wystarczające. Nie sposób było słowami oddać tego, co doświadczał, gdy wieszczył – tego, co kryło się pod powierzchnią przepowiedni, którą wypluwał.
Język był więzieniem, tak samo jak i maski, za którymi skrywali twarze. Więzieniem byli inni ludzie i ich spojrzenia. A jednak, gdy Alexander skupił na Helloise spojrzenie, nie skupiał się na klatce, w której została zamknięta w swej kolorowej spódnicy – niby ptak o kolorowym pierzu – tylko na tym, jaką melodię wybijała, bębniąc o jej kraty. Na tym, jakie piosenki mogła śpiewać w swojej celi.
— Musi być samotnie, mówić językami, których nikt nie pamięta – zauważył łagodnie Alexander, choć zaraz skrzywił się nieznacznie pod maską, gdy kobieta wylała mu na ramię eliksir, aby zdezynfekować ranę. Rzeczywiście, trochę szczypało. Wiedział jednak, że robi to po to, aby mu pomóc, więc nie narzekał.
Alexander westchnął, jak pies zawiedziony wydanym przez pana poleceniem, a jednak bez słowa ściągnął drugą rękawicę, pozwalając Helloise ułożyć jego ramię tak, aby było jej wygodniej pracować. Odchylił na chwilę głowę do tyłu, zapadając się w fotelu, który znał dobrze jego ciężar. Znała go cała Ataraxia, a chociaż nigdy nie nazwałby tego miejsca domem, bywały momenty, że czuł się tutaj jak w domu. A psy nigdy nie zdychały w domach. Odchodziły, gdy zaczynały przeczuwać, że nadchodzi koniec, jak gdyby chciały oszczędzić tym, których kochały, widoku psiej padliny. Konieczności wykopania dla niej grobu pod płotem. Więc to pod twoim płotem padłem?, zdawał się pytać, patrząc w twarz kobiety, która pochyliła się nad jego rozciętym zaklęciem ramieniem, jak gdyby próbując opanować krwawienie, mogła jednocześnie opanować targające nią sprzeczności. A jednak milczał, tak jak kazała mu milczeć, przysłuchując się krzykliwej kakafonii intencji, które chrzęściły w jej myślach jak kości pomiędzy psimi zębami. Powlekł spojrzeniem po jej sylwetce, po głowie posypanej popiołem, po znoszonym przyodziewku.
Była taka intensywna.
Panoszyła się jak chwast, ale jej palce były delikatne, gdy dotykały jego skóry. Przypominały płatki kwiatów. Kto zerwał ten kwiat?
Spódnica rozdarta przez pożądliwe dłonie, głuche na rozpaczliwe odgłosy rozdzieranego materiału i na rozdzierające serce błaganie, "przestań". Nie, zadecydował, przesuwając obojętnym spojrzeniem po rozprutych sukniach, którymi zamiatała smętnie podłogę, nie wyglądała mu na kobietę, która by błagała. Czy ten, który rozerwał jej spódnicę, zmusił ją, aby tu przyszła? Tak łatwo było przecież zmusić do posłuszeństwa kobietę pozbawioną różdżki. Nie trzeba było nawet pozbawiać jej magii, pomyślał, powiódłszy spojrzeniem po odsłoniętych nogach Helloise, jak gdyby sam chciał odcisnąć ślady swych palców na białej skórze. Wystarczyło pozbawić ją godności. Wystarczyło zedrzeć z niej tę jebaną spódnicę, wtedy, gdy zaciskała pięści tak mocno, że zaczynały bieleć knykcie. Tak samo biała musiała być jej twarz, gdy wykrzywiała ją trwoga. Tak samo wulgarnie białe były jej obnażone nogi. Czego oczekiwała? Współczucia? Nie miał dla niej współczucia, nie miał go dla nikogo. Zastanawiał się jednak, ile wywleczono dzisiaj na ulice takich jak ona. Z ilu zdarto gwałtem spódnice. Ile porzucono pośród pogorzelisk, aby białe nogi szczerniały na węgiel, a nagą hańbę przykrył popiół dogasających ognisk. A może przyszłaś tu z własnej, nieprzymuszonej woli?, pytały jego oczy, wiedząc, że w odpowiedzi nie dostałyby nic więcej niż obojętne wzruszenie ramionami. Bo odpowiedź była jak zawsze gdzieś pomiędzy. Alexander znał dobrze to miejsce. Pomiędzy. Przestrzeń między miłością, a wykorzystaniem. Ułuda wolnej woli między posłusznym "tak", a pełnym sprzeciwu "nie". Między prośbą, a przymusem.
"To on zdecydował, żeby mnie wymazać", wyszeptała.
Skinął ledwo zauważalnie głową, przyjmując jej słowa tak, jak gdyby słowa mogły mieć tu wciąż jakieś znaczenie. Nie miały. Nie było ważne, czy krzyczała, stawiając opór, czy może poddając się bezwolnie przeznaczeniu, rozłożyła przed nim nogi. Życie ruchało wszystkich. A jednak skinął jej głową. Nie chciał pozbawiać kobiety jej złudzeń tylko dlatego, że sam się z nimi pożegnał. Strzępy jej spódnicy niczym nie różniły się od ochłapów godności, jakich i on zwykł się chwytać, gdy życie wymykało mu się spod kontroli. Gładko golił twarz, nawet wtedy, gdy pod okiem nosił ślady pobicia. Wykrochmalony na sztywno kołnierzyk koszuli zastępował mu kręgosłup moralny, drżące dłonie zwykł zaś przyoblekać w złote pierścienie. Drobne gesty oporu, odmowa podporządkowania się nawet wtedy, gdy odmówić się nie dało. Może dlatego pojął, co próbowała powiedzieć. Nie tylko spódnica, pojął, ale i maska. Pies miał tyle tylko wolności, na ile sięgała jego smycz, a szczekając, zdołał rozewrzeć pysk na tyle, na ile pozwalał mu na to kaganiec. Czy nie powinien jednak cieszyć się, że biega luzem? Czy nie powinien być wdzięczny, że nie przywiązano go do budy szubienicznym powrozem, który zaciskałby się na jego szyi coraz mocniej, i mocniej, za każdym razem, kiedy rzucałby się do płota? Nie przystrzyżono mu przecież uszu ani ogona, jak zwykli robić to ci, którzy wystawiali zwierzęta w nielegalnych walkach. Nie porzucono go w ślepym zaułku, pośród płonących domów. Nie, przecież ona była tutaj, z twarzą skrytą posłusznie za maską, tak samo jak i on stawiła się tu na polecenie swojego pana.
Nie było jednak pogardy w jego spojrzeniu. Alexander odwrócił wzrok od rozdartej spódnicy Helloise. Powinna cieszyć się, że tamten nie rozdarł całej. A może właśnie na odwrót, może powinna się smucić, że pozostawił ją w jednym kawałku, zamiast rozedrzeć materiał do końca i oszczędzić jej wstydu? Pozwolił jej palcom błądzić, nie odrywając spojrzenia od twarzy skrytej za maską, jak gdyby czekał aż pojawi się na niej wyraz obrzydzenia, a może i bólu, gdy niespodziewanie przytrzymał jej dłoń. Jak pies, delikatnie chwytający między zęby rękę, która zwykła głaskać go po łbie tak, jak lubił najbardziej. Niegdyś jej dyskomfort sprawiłby mu coś na kształt satysfakcji. Teraz... Teraz po prostu poprowadził jej dłoń niżej.
Podoba ci się?
Pod palcami mogła wyczuć wypalony przez zaklęcie kształt z pisma runicznego. Pobliźnione linie na skórze, która nie miała się nigdy zagoić. Nie znała znaczenia runy. Nie musiała. Znamię pozostawało niewidocznym, zwykł bowiem maskować je zaklęciem, tak samo jak maskował mroczny znak. Ten jednak rozlał się na jego przedramieniu czernią, jak gdyby w przebiegających powierzchownie żyłach nie płynęła krew, lecz trucizna. Zaklęcie nie było w stanie znieść jej działania, a choć zakrywało wypaloną przez Lestrange'a runę, jego moc osłabła na tyle, by można było wyczuć majaczącą nad mrocznym znakiem bliznę na skórze. Alexander zastanawiał się, kiedy przestał myśleć o Hagalaz jako o przekleństwie. Może powinien podziękować Louvainowi za pozostawienie mu takiej, a nie innej skaryfikacji na przedramieniu. Za przypomnienie o jego słabości, a może o jego sile.
To on zdecydował, żeby mnie pomazać.
Puścił jej dłoń. Nie tylko jemu pozostało w życiu milczenie. Jedyna forma oporu, jakkolwiek niemego, na jaką zarówno Alexander, jak i Helloise, wciąż mogli sobie pozwolić. Czy głaz, na którym utrwalono za pomocą symboli runicznych inskrypcję zaklęcia, pragnął kiedykolwiek przemówić, czy to ludzie, z ich kilofami i dłutami uderzając weń, wydobywali z niego głos, zakłócając kamienne milczenie? Czy trumna z Auzon modliła się nad kośćmi zamkniętymi pod jej wiekiem, czy pozwoliła raczej, aby ktoś zatarł imię wyryte na pokrywie pismem runicznym, milczeniem przyjmując to, co ludzie uważali za zbrodnię na pamięci? Czy miecz, w którego klindze wykuto runami magiczną inskrypcję, dbał o to, czyja ręka go dzierży? O to, czyją pierś przebije jego ostrze? Śpiewał tylko wtedy, gdy stal uderzała o stal. Milkł, gdy spełnił swoją powinność.
Przedziwny był to wyraz solidarności, ale być może jedyny, na jaki było ich oboje stać.
Helloise miała rację, że istniały języki starsze od run. Choć runy stanowiły zapis języka mówionego, same w sobie nie były bowiem językiem. Nie mówiło się runami. Nawet jeżeli jej opinia była podszyta ignorancją, powodowała nią intuicja: runy były przecież oryginalnie postrzegane za pismo kobiece, celowo uproszczone w formie, aby mogło pomieścić wiele znaczeń, wiele przekazów. Seiðr było magią kobiet, za której praktykowanie inni bogowie wyśmiewali Odyna, zgłębiającego jej arkana na łonie Freji – magią intuicyjną, nieskrępowaną formułami. Symboliczne inskrypcje służące kobietom skupieniu intencji, były im bowiem jedynie narzędziem w drodze do celu, a nie celem samym w sobie. To mężczyźni próbowali nadać im znaczenie, zmienić w język obarczony ograniczeniami właściwym wszystkim językom, praktykując geldr, czyli magię opierającą się na wznoszeniu runicznych inkantacji, na skandowaniu znaków... Jak gdyby to znaki miały w sobie moc, a nie ręka, którą je wprzódy skreśliła.
Język był narzędziem niedoskonałym, pod wieloma względami ułomnym: Mulciber nauczył się tego, studiując teksty starodawnych przepowiedni. Przepowiednie kpiły sobie z języków, jakimi posługiwali się ludzie, a jasnowidzowie pozostawali świadomi ich kpin od czasów upadku wieży Babel, a może i dłużej. Przepowiednie lubowały się w półsłówkach i podwójnych dnach. Zawsze wykorzystywały niuanse i niejasności, najchętniej zaś niefrasobliwie bujały na granicy powagi i żartu. Nigdy nie mówiły wprost. Nieważne, jak bardzo jasnowidzowie starali się nagiąć prawa rządzące językiem. Nieważne, jakie wiele znaczeń nadawali poszczególnym wyrazom. To nie było wystarczające. To nigdy nie było wystarczające. Nie sposób było słowami oddać tego, co doświadczał, gdy wieszczył – tego, co kryło się pod powierzchnią przepowiedni, którą wypluwał.
Język był więzieniem, tak samo jak i maski, za którymi skrywali twarze. Więzieniem byli inni ludzie i ich spojrzenia. A jednak, gdy Alexander skupił na Helloise spojrzenie, nie skupiał się na klatce, w której została zamknięta w swej kolorowej spódnicy – niby ptak o kolorowym pierzu – tylko na tym, jaką melodię wybijała, bębniąc o jej kraty. Na tym, jakie piosenki mogła śpiewać w swojej celi.
— Musi być samotnie, mówić językami, których nikt nie pamięta – zauważył łagodnie Alexander, choć zaraz skrzywił się nieznacznie pod maską, gdy kobieta wylała mu na ramię eliksir, aby zdezynfekować ranę. Rzeczywiście, trochę szczypało. Wiedział jednak, że robi to po to, aby mu pomóc, więc nie narzekał.
Storytellingowo korzystam z przewagi Wykaz intencji (jasnowidzenie), żeby wyczuć intencje Helloise. Pokazuję jej runę Hagalaz (taki tam prezencik od Louvaina) na moim przedramieniu. Runa jest zakryta zaklęciem maskującym, które osłabło na tyle, że można wyczuć pod palcami blizny, ale wciąż pozostaje niewidoczna dla oczu.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat