13.06.2025, 13:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2025, 09:50 przez Anthony Shafiq.)
Jedną z najpiękniejszych i najtrudniejszych dzieł kultury, był język. Unikatowy sposób na przekazywanie myśli, doświadczeń, analiz, refleksji, pragnień, marzeń... Unikatowy sposób, by dotykać abstrakcji i absolutu, by obrać w głowie idee, które mogły powstać tylko w otoczeniu i kontekście zbiorowości. Jednostka i grupa. Grupa i jednostka... Efektem tego, było narzędzie, które gwarantowało rozwój.
Było to jednak również narzędzie niezwykle wadliwe.
I choćby Anthony znał przy pomocy magii wszystkie języki świata - a tak się akurat składało, że było to jego udziałem - to magia nie odsłaniała przed nim kontekstów kulturowych tych języków. Do tego musiał zaprząc swój własny intelekt, poświęcić czas a i tak... Zbyt łatwo było gdzieś zagubić się w przenośniach, metaforach, słowach, które dla obu istot mogły nieść zupełnie inny pakiet znaczeń, skojarzeń i emocji.
Anthony cieszył się na zgodę Lorraine nie dlatego, że chciał uczestniczyć w tej wojnie i entuzjastycznie podchodził do konfrontacji z wrogiem. Wręcz przeciwnie, z ulgą i niepohamowaną radością przyjąłby informacje o nagłym i czarodziejskim zakończeniu tego konfliktu, który był mu teraz solą w oku. Solą, której nie był w stanie wypłakać, gdy nikt nie patrzył, solą, która nie pozwalała mu o sobie zapomnieć w momentach w których winien cieszyć się chociażby z tak wybornego towarzystwa jakim była dla niego Lorraine Malfoy.
Nie znał jednak rozterek swojej rozmówczyni, ani też myśli, które jego uśmiech przywołały barwną, gorzką spiralą. Nie wiedział, że musi hamować się przed nim ze swoim entuzjazmem, bądź żałością, bądź wszystkim tym, co nosiła w sercu. Nastrój, napięcie pozostałe między nimi w rozliku słów wypowiedzianych i przemilczanych ustąpiło nieco, lecz brakło mu skali, aby rozpoznać, że nie ustąpiło w sposób absolutny.
Dlatego też zaplótł jej smukłą dłoń o własne ramie, gdy podniósł się i pozwolił na galanteryjną bliskość pary, która w ramach pikniku idzie podziwiać sztukę.
– Ależ oczywiście moja droga, i ja miałem to w planie, obok nieśmiałej prośby wspólnej gry kilku duetów Gabriela Fauré, które ostatnio znalazły się w moim posiadaniu. Ale najpierw obraz, bardzo jestem ciekaw Twojego zdania. – Szli powoli, w akompaniamencie poszumu cyprysów, których utrzymanie tutaj w tak dobrej kondycji wobec wyspiarskiego klimatu było zajęciem dość karkołomnym, ale nie niewykonalnym. – Bardzo jest mi przykro i czuje się winny, że dałem się złapać Tahirze, na tę psotę. Szczególnie, że pan Baldwin zdaje się mieć wrażliwą duszę i nie jestem nawet w stanie sobie wyobrazić jego rzeczywistej reakcji na wieść o tym, że przybył do mnie li tylko po to, aby odmalować ściany. – Przyznał szczerze, nie kryjąc zmartwienia w swoim głosie. – Niemniej, jego zmysł estetyczny, fakt jak sprawdziła się wspólnie dobrana paletę oraz och, ten nieoczekiwany prezent, który mi pozostawił... Bardzo chciałbym jakkolwiek wyrazić swoją wdzięczność, liczyłem na Twoją poradę w tym względzie, skoro w grę nie wchodzi adekwatnie do wysiłku zwiększone wynagrodzenie. Niemniej... zobacz jak pięknie tu się zrobiło. Fakt, że widzisz te ściany tak jak ja je widzę... jest dla mnie czymś zaiste bezcennym. – Uśmiechnął się łagodnie, delikatnie głaszcząc jej dłoń, szczupłe palce jak wstęga rozlewające się na nie tak wątłym już przedramieniu.
– A atak cóż... – westchnął ciężko – był wynikiem nieporozumienia, którego nie jestem w stanie pojąć, choć mam pewne przypuszczenia. Kiedy to jednak się działo, bałem się bardzo, nigdy nie byłem obiektem tak bezpośredniej, fizycznej przemocy. Szczęśliwie młot, który we mnie wymierzono był ledwie atrapą, nie zaś prawdziwym narzędziem no i... w porę przybyła pomoc, ale... Będąc w uprzywilejowanej pozycji łatwo mi było przez ostatnie dwa lata sądzić, że umiejętności skutecznej samoobrony nie są aż tak istotne. Ten incydent, przekonał mnie, że to nie prawda. – Tymczasem wkroczyli do głównej sali klubowej, przestrzeni gdzie goście mogli swobodnie balować, gdy pogoda nie dopisywała. Stylizowane na antyczny Rzym przestrzenie wypełnione były poduchami i szezlongami, niskimi stolikami obecnie pustymi, gdyż Anthony planował posiłek na zewnątrz. Podniesiony magią sufit wspierały klasyczne kolumny i tam, na głównej ścianie widocznej z każdego kąta sali prezentował się dumnie fresk:
![[Obrazek: BnS9tRF.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BnS9tRF.jpeg)
W żaden sposób nie był zakryty, wręcz przeciwnie, rozsunięto znajdujące się pod nim meble, zasłony, które początkowo przesłaniały ścianę zostały zdjęte i przeniesione ku rzeźbom zdobiącym salę w zgrabnych wykuszach. Na przeciwko ustawiono kamienną ławę, na której można było przysiąść, aby kontemplować ten wyraz artystycznej niezgody na zastany stan rzeczy. Koło ławki dodatkowo pozostawiona była lazurowa shisha, w pomieszczeniu zaś unosił się łagodny zapach tytoniu sugerujący, że miejsce to mogło być częściej odwiedzane bez względu na to, czy w rezydencji pojawiają się goście, czy też nie. Anthony zatrzymał się przy ławce i jeśli Lorraine chciała przysiąść na niej, był gotów szarmancko wesprzeć ją w tym zamierzeniu. Samemu jednak wolał stać. Odwrócił wzrok ku szarej Wenus.
– Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem wraz z unoszącym się wkoło zapachem krwi, wzbudziła we mnie niepokój, ale moje życie było wtedy bardzo... stateczne. Teraz zaś, za każdym razem gdy odwiedzam jej pokój, czuję spokój którego brakuje mi poza nim – przyznał cicho, zupełnie jakby nie chciał przeszkadzać świeżo narodzonej bogini.
Było to jednak również narzędzie niezwykle wadliwe.
I choćby Anthony znał przy pomocy magii wszystkie języki świata - a tak się akurat składało, że było to jego udziałem - to magia nie odsłaniała przed nim kontekstów kulturowych tych języków. Do tego musiał zaprząc swój własny intelekt, poświęcić czas a i tak... Zbyt łatwo było gdzieś zagubić się w przenośniach, metaforach, słowach, które dla obu istot mogły nieść zupełnie inny pakiet znaczeń, skojarzeń i emocji.
Anthony cieszył się na zgodę Lorraine nie dlatego, że chciał uczestniczyć w tej wojnie i entuzjastycznie podchodził do konfrontacji z wrogiem. Wręcz przeciwnie, z ulgą i niepohamowaną radością przyjąłby informacje o nagłym i czarodziejskim zakończeniu tego konfliktu, który był mu teraz solą w oku. Solą, której nie był w stanie wypłakać, gdy nikt nie patrzył, solą, która nie pozwalała mu o sobie zapomnieć w momentach w których winien cieszyć się chociażby z tak wybornego towarzystwa jakim była dla niego Lorraine Malfoy.
Nie znał jednak rozterek swojej rozmówczyni, ani też myśli, które jego uśmiech przywołały barwną, gorzką spiralą. Nie wiedział, że musi hamować się przed nim ze swoim entuzjazmem, bądź żałością, bądź wszystkim tym, co nosiła w sercu. Nastrój, napięcie pozostałe między nimi w rozliku słów wypowiedzianych i przemilczanych ustąpiło nieco, lecz brakło mu skali, aby rozpoznać, że nie ustąpiło w sposób absolutny.
Dlatego też zaplótł jej smukłą dłoń o własne ramie, gdy podniósł się i pozwolił na galanteryjną bliskość pary, która w ramach pikniku idzie podziwiać sztukę.
– Ależ oczywiście moja droga, i ja miałem to w planie, obok nieśmiałej prośby wspólnej gry kilku duetów Gabriela Fauré, które ostatnio znalazły się w moim posiadaniu. Ale najpierw obraz, bardzo jestem ciekaw Twojego zdania. – Szli powoli, w akompaniamencie poszumu cyprysów, których utrzymanie tutaj w tak dobrej kondycji wobec wyspiarskiego klimatu było zajęciem dość karkołomnym, ale nie niewykonalnym. – Bardzo jest mi przykro i czuje się winny, że dałem się złapać Tahirze, na tę psotę. Szczególnie, że pan Baldwin zdaje się mieć wrażliwą duszę i nie jestem nawet w stanie sobie wyobrazić jego rzeczywistej reakcji na wieść o tym, że przybył do mnie li tylko po to, aby odmalować ściany. – Przyznał szczerze, nie kryjąc zmartwienia w swoim głosie. – Niemniej, jego zmysł estetyczny, fakt jak sprawdziła się wspólnie dobrana paletę oraz och, ten nieoczekiwany prezent, który mi pozostawił... Bardzo chciałbym jakkolwiek wyrazić swoją wdzięczność, liczyłem na Twoją poradę w tym względzie, skoro w grę nie wchodzi adekwatnie do wysiłku zwiększone wynagrodzenie. Niemniej... zobacz jak pięknie tu się zrobiło. Fakt, że widzisz te ściany tak jak ja je widzę... jest dla mnie czymś zaiste bezcennym. – Uśmiechnął się łagodnie, delikatnie głaszcząc jej dłoń, szczupłe palce jak wstęga rozlewające się na nie tak wątłym już przedramieniu.
– A atak cóż... – westchnął ciężko – był wynikiem nieporozumienia, którego nie jestem w stanie pojąć, choć mam pewne przypuszczenia. Kiedy to jednak się działo, bałem się bardzo, nigdy nie byłem obiektem tak bezpośredniej, fizycznej przemocy. Szczęśliwie młot, który we mnie wymierzono był ledwie atrapą, nie zaś prawdziwym narzędziem no i... w porę przybyła pomoc, ale... Będąc w uprzywilejowanej pozycji łatwo mi było przez ostatnie dwa lata sądzić, że umiejętności skutecznej samoobrony nie są aż tak istotne. Ten incydent, przekonał mnie, że to nie prawda. – Tymczasem wkroczyli do głównej sali klubowej, przestrzeni gdzie goście mogli swobodnie balować, gdy pogoda nie dopisywała. Stylizowane na antyczny Rzym przestrzenie wypełnione były poduchami i szezlongami, niskimi stolikami obecnie pustymi, gdyż Anthony planował posiłek na zewnątrz. Podniesiony magią sufit wspierały klasyczne kolumny i tam, na głównej ścianie widocznej z każdego kąta sali prezentował się dumnie fresk:
![[Obrazek: BnS9tRF.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BnS9tRF.jpeg)
W żaden sposób nie był zakryty, wręcz przeciwnie, rozsunięto znajdujące się pod nim meble, zasłony, które początkowo przesłaniały ścianę zostały zdjęte i przeniesione ku rzeźbom zdobiącym salę w zgrabnych wykuszach. Na przeciwko ustawiono kamienną ławę, na której można było przysiąść, aby kontemplować ten wyraz artystycznej niezgody na zastany stan rzeczy. Koło ławki dodatkowo pozostawiona była lazurowa shisha, w pomieszczeniu zaś unosił się łagodny zapach tytoniu sugerujący, że miejsce to mogło być częściej odwiedzane bez względu na to, czy w rezydencji pojawiają się goście, czy też nie. Anthony zatrzymał się przy ławce i jeśli Lorraine chciała przysiąść na niej, był gotów szarmancko wesprzeć ją w tym zamierzeniu. Samemu jednak wolał stać. Odwrócił wzrok ku szarej Wenus.
– Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem wraz z unoszącym się wkoło zapachem krwi, wzbudziła we mnie niepokój, ale moje życie było wtedy bardzo... stateczne. Teraz zaś, za każdym razem gdy odwiedzam jej pokój, czuję spokój którego brakuje mi poza nim – przyznał cicho, zupełnie jakby nie chciał przeszkadzać świeżo narodzonej bogini.