10.06.2025, 20:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2025, 21:49 przez Rodolphus Lestrange.)
Tresowany piesek wystawowy - piękny, o prostym, dumnym chodzie. Rodolphus lubił takich, sęk w tym, że... Z jakiegoś powodu sam podburzał Charlesa do tego, by zerwał tę smycz, ugryzł dłoń, która podawała mu jeść. W końcu sam nie raz i nie dwa porównywał się do psa. Pod koniec lata miał nawet sen, w której stał się ogarem, który zagryza w końcu swojego oprawcę. Wiedział doskonale czym może grozić zerwanie się ze smyczy, sam był przecież idealnym tego przykładem. A jednak wszystko to, co robił teraz, sprowadzało się do tego, by Mulciber miał własną wolę. I tylko przypadkiem robił tak, by go do siebie uwiązać. Ale ach, jakże było pięknie wtedy, gdy się kłócili i podnieśli na siebie ręce w zupełnie innym tańcu, niż tym miłosnym, który zwykli byli uprawiać.
- Niespecjalnie, ale poszło o moją kuzynkę, Lorettę. Bliźniaczkę Louvaina- wzruszył lekko ramionami, jakby ten pojedynek nie był niczym szczególnym. I cóż, w zasadzie nie był, ale skończył się remisem. I to tak koszmarnym, że był przekonany, że Louvain celowo to zrobił. Chociaż... Wiedział doskonale, że nie pała do Notta sympatią. Zresztą: kto nią pałał? - Lepiej o niej nie wspominaj przy nim.
Mruknął jednak, mając nadzieję, że Charles to zapamięta. Loretta była sławną malarką, a przy okazji potrafiła sobie folgować: pamiętał wciąż, jak wiła się w jego ramionach, odurzona narkotykami. Tuż po tym, jak spaliła swoją pracownię w imię cholera wie czego. W tej anemicznej głowie brakowało chyba kilku klepek.
Gdy w końcu Charles znalazł się na jego kolanach, kąciki ust Rodolphusa drgnęły. Uniosły się lekko, a oczy zabłyszczały - gdy Charlie chwytał jego policzki, on położył obie dłonie na jego udach. Przesunął je nieznacznie, poddając się temu dotykowi.
- Poradziłbyś sobie - odpowiedział cicho, mrużąc oczy. Uwielbiał, gdy ich usta dzieliło tylko kilka milimetrów. Zawsze przypominało mu to pierwsze pocałunki, takie rozmowy były też niezwykle intymne i powodowały, że jego umysł na chwilę zwalniał. Nie zawsze tak było - zwykle pracował na pełnych obrotach również w tego typu sytuacjach, ale było kilka osób, przy których po prostu się wyłączał. Charles znajdował się na szczycie tej listy, powoli sprawiając, że inne osoby przestawały się liczyć. Czy zdawał sobie z tego sprawę? Jeżeli nie, to tym lepiej dla samego Lestrange'a. - Tak jak ty wierzysz we mnie, tak ja wierzę w ciebie.
Wyszeptał, przesuwając jedną z dłoni wzdłuż pleców Charlesa. Nie przyciągał go jeszcze do siebie, chcąc napawać się tą chwilą jeszcze przez chwilę.
- Będę jednak obok, żeby wyciągnąć rękę, gdybyś zaczął tonąć - po to przecież dał mu naszyjnik. Po to go w zasadzie tu sprowadził. Po to teraz skracał dystans. Chciał mu pomagać, chciał być niezastąpiony. Ale w którym momencie Charles stał się równie niezastąpiony dla niego? - Możesz w to nie wierzyć, lecz jesteś dla mnie kimś, kto pomaga mi trzymać pion. Już sama twoja obecność sprawia, że te wszystkie emocje, które trzymam w sobie, przestają być takie... Jak wtedy, podczas tamtej nocy w Rozgłośni Radiowej.
Więcej słów nie było potrzebnych. Zatopili się w sobie, we własnym zapachu, w sobie samych. Nic nie było potrzebne - nawet słowa, gdy okazało się, że Charles musi jednak wrócić do Londynu i skupić się na bracie oraz tym, co było dla niego ważniejsze.
- Niespecjalnie, ale poszło o moją kuzynkę, Lorettę. Bliźniaczkę Louvaina- wzruszył lekko ramionami, jakby ten pojedynek nie był niczym szczególnym. I cóż, w zasadzie nie był, ale skończył się remisem. I to tak koszmarnym, że był przekonany, że Louvain celowo to zrobił. Chociaż... Wiedział doskonale, że nie pała do Notta sympatią. Zresztą: kto nią pałał? - Lepiej o niej nie wspominaj przy nim.
Mruknął jednak, mając nadzieję, że Charles to zapamięta. Loretta była sławną malarką, a przy okazji potrafiła sobie folgować: pamiętał wciąż, jak wiła się w jego ramionach, odurzona narkotykami. Tuż po tym, jak spaliła swoją pracownię w imię cholera wie czego. W tej anemicznej głowie brakowało chyba kilku klepek.
Gdy w końcu Charles znalazł się na jego kolanach, kąciki ust Rodolphusa drgnęły. Uniosły się lekko, a oczy zabłyszczały - gdy Charlie chwytał jego policzki, on położył obie dłonie na jego udach. Przesunął je nieznacznie, poddając się temu dotykowi.
- Poradziłbyś sobie - odpowiedział cicho, mrużąc oczy. Uwielbiał, gdy ich usta dzieliło tylko kilka milimetrów. Zawsze przypominało mu to pierwsze pocałunki, takie rozmowy były też niezwykle intymne i powodowały, że jego umysł na chwilę zwalniał. Nie zawsze tak było - zwykle pracował na pełnych obrotach również w tego typu sytuacjach, ale było kilka osób, przy których po prostu się wyłączał. Charles znajdował się na szczycie tej listy, powoli sprawiając, że inne osoby przestawały się liczyć. Czy zdawał sobie z tego sprawę? Jeżeli nie, to tym lepiej dla samego Lestrange'a. - Tak jak ty wierzysz we mnie, tak ja wierzę w ciebie.
Wyszeptał, przesuwając jedną z dłoni wzdłuż pleców Charlesa. Nie przyciągał go jeszcze do siebie, chcąc napawać się tą chwilą jeszcze przez chwilę.
- Będę jednak obok, żeby wyciągnąć rękę, gdybyś zaczął tonąć - po to przecież dał mu naszyjnik. Po to go w zasadzie tu sprowadził. Po to teraz skracał dystans. Chciał mu pomagać, chciał być niezastąpiony. Ale w którym momencie Charles stał się równie niezastąpiony dla niego? - Możesz w to nie wierzyć, lecz jesteś dla mnie kimś, kto pomaga mi trzymać pion. Już sama twoja obecność sprawia, że te wszystkie emocje, które trzymam w sobie, przestają być takie... Jak wtedy, podczas tamtej nocy w Rozgłośni Radiowej.
Więcej słów nie było potrzebnych. Zatopili się w sobie, we własnym zapachu, w sobie samych. Nic nie było potrzebne - nawet słowa, gdy okazało się, że Charles musi jednak wrócić do Londynu i skupić się na bracie oraz tym, co było dla niego ważniejsze.
Koniec sesji