• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena

[07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#4
08.06.2025, 23:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2025, 23:39 przez Philomena Mulciber.)  
Ktoś — wyczuwając tę czułą nutę w głosie Lorien — mógłby wzruszyć się i pomyśleć: nieważne gdzie, ważne byli razem; że w dniu urodzin towarzyszył jej przyjaciel. Philomena usłyszała zaś tylko pecha do świstoklików, a od razu wiedziała, kogo należałoby obarczyć winą za owego pecha. O ile w ogóle był to pech, nie czyjaś rażąca niedbałość.
— Niektórzy odnajdują wiele uciechy w wypoczynkowym pechu. Nie powątpiewam, że on czerpał z tego przyjemność. — Słowa te wybrzmiały niczym obelga w stronę cygańskiego ducha Alexandra, pogarda dla tego szumiącego w jego krwi zboczenia należącego do wiecznego wędrowca, który nie próbował nawet szukać celu swej tułaczki. — Lecz czy i ty?
Wyglądanie wyroku śmierci powinno być zarezerwowane dla starców o stażu Philomeny, nie dla młodych kobiet. Drastycznie skrócona już w chwili narodzin nić życia Lorien miała w sobie w rzeczy samej wiele tragizmu, lecz stara Mulciberowa patrzyła na to z dystansem. Umiała dostrzec ten ból, lecz nie pochylała się nad nim nigdy na tyle długo, aby zacząć Crouchównie z serca współczuć. Ba, do pewnego stopnia czyniła w duchu wyrzut w jej stronę za to, że ta pozwoliła przykuć się do nagrobnego pomnika, który zdeterminował tyle w jej życiu.
Być może stara czuła się w prawie w ten sposób sądzić ją, ponieważ podobny odcinek dzielił je od kresu, lecz nie dawał się mimo tego pominąć fakt, że dla Philomeny był to kres zasłużony, dla Lorien: przedwczesny. Staruszka doświadczyła wszystkiego tego, czego tej młodej kobiecie odmówiono. Miała uchowane głęboko w pamięci spełnienie płynące z poczucia, że ktoś jest tylko dla niej, a ona dla niego. Miała synów, którzy — choć wyrośli z tego zdecydowanie za szybko — przez kilka pierwszych lat nie cenili nikogo wyżej niż matki. Malutki Duncan nie miał lepszej przyjaciółki niż mama, w żadnych objęciach nie był tak anielsko spokojny jak bywał w matczynych ramionach. Chłopcy dali młodej Philomenie to doświadczenie, które zabrała ze sobą w starość. Później już we wczesnej nastoletniości odwrócili się od niej i oddalali tak dopóki, dopóty nie przyszła po nich śmierć. Do wspomnienia ich dzieciństwa mogła jednak zawsze zawędrować przez zielone doliny lat. Gdy zapuszczała się w nie i mijała na drodze tę kobietę, którą kiedyś była, wydawała się jej ona niekiedy kimś zupełnie odrębnym. Szlak jej lat ciągnął się głębokim korytem — im dalej w nie kroczyła, tym bardziej przypominało obcy sen.
Obie zbliżały się do kresu: Lorien patrzyła u jego progu w dal — na to, czego nigdy nie dostąpiła; Philomena patrzyła za siebie — na przestwór wszystkiego tego, co miało po niej zniknąć. Jej ból był bardziej tępy, może nawet sadystyczny w swojej naturze: znajdowała we wspomnieniach głębokie ukojenie, a jednocześnie głuche poczucie pustki, ponieważ wszystkie one były zużyte.
— Wybaczyłaś swojej matce? — zapytała ze szczerym zainteresowaniem, wysłuchawszy historii o pomniku cmentarnym. — Nie myślała wtedy o tobie, nie miej złudzeń. Myślała o sobie. Myślisz, że można wybaczyć matce egoizm?
Lorien nie była gotowa na prawdę i Philomena nie zamierzała jej nią torturować. Ani teraz, ani wówczas, gdy pierwszy raz podniesiony został temat małżeństwa z Donaldem. To ojciec Crouchówny zdjął z Mulciberów ciężar złożenia odmowy. Choć Mulciberowa miała w sobie wiele utajonego sentymentu dla tej dziewczyny, nie życzyłaby sobie wtedy widzieć jej jako małżonki ich dziedzica. Nie można było przyzwolić, aby wpuścić kolejny zastrzyk trucizny w żyły głównej linii rodu. Nie godziło się, aby monumentalny dom władców umysłu zamienić w rozchełstany obóz cygański obsiany trupami ptaków strąconych z nieba, ledwo zdążyły odbić się od ziemi — to byłaby nieopisana katastrofa. Teraz — patrząc na to wstecz z sali szpitalnej, w której zapadała się w biały materac nadzieja rodu — Philomena widziała, że niczego by to nie zmieniło. Katastrofa była widać Mulciberom pisana. Tą drogą czy inną. W obozie cygańskich ptaków być może ktoś znalazłby chociaż jakiś liryzm, w Lecznicy Dusz nie było go wcale.
— Twój ojciec jest mądrym człowiekiem. Silnym. Nie ma człowieka, który urodziłby się utylitarystą. Niewielu udaje się poskromić namiętności serca. On wybrał tak, aby przysporzyć wszystkim możliwie najmniej bólu. — Przypieczętowała jego decyzję suchą aprobatą. Nie mogła inaczej, skoro sama dom swój urządziła na ten wzór. Najprzedniejsze decyzje wydawały się często tymi najbardziej brutalnymi. — Powinni go byli zabić. — Kobieta zwróciła wzrok na Donalda. — Odmówiono nam łaski domknięcia, lecz wierzę, że jej doczekasz.
Nie takiej chciała dla niego pamięci. Upokarzający był ten grób, w którym żegnała go Lorien. Zaprzeczał wszystkiemu, czym jej wnuk był. Sama sobie Philomena wypominała, że zamiast od razu optować za zaniechaniem ratowania jego życia, sama dała się omamić nadziei. Wbrew ideologii trudnych decyzji, której chwilę wcześniej wystawiła laurkę.
— Gdybyś była obcą, zadbałabym, aby twoja pierwsza wizyta w tym miejscu była ostatnią. Nie znajdziesz drugiego równie godnego pożałowania portretu rodu, choćbyś rozebrała Mulciber Manor do ostatniej cegły. — Westchnęła zniesmaczona.
W akompaniamencie szumu podtrzymujących Donalda przy życiu aparatów Philomena wyciągnęła z torby płytę gramofonową w pstrokatoróżowej okładce. W milczeniu ustawiła ją na gramofonie i pozwoliła muzyce płynąć, a salę pokolorował wokal popowych gwiazdeczek, których słuchała magiczna młodzież. Była to muzyka mająca porywać do tańca nastolatków imprezujących letnimi wieczorami po plażach. Muzyka, w której rytm dziewczęta kołysały biodra, kusząc kochanków o chłopięcych twarzach.
Philomena siedziała nieporuszona tym nastoletnim śpiewem godowym, który obijał się o ściany białej sali szpitalnej. Zamknęła w skupieniu oczy, a na jej twarz wstąpił odległy grymas niesmaku.
— Ordynarne. Zgodzisz się?
Nie przeniosła się na tę plażę. Muzyka dudniła do niej zza zamkniętych drzwi, a zamiast rytmicznego pikania lecznicowej aparatury był rytm jej szpilek na korytarzu kancelarii. Znów prowadziła przez to eleganckie wnętrze jeszcze elegantszego klienta, który miał zasilić jej skrytkę bankową kolejną stertą złota. Tymczasem zza drzwi biura Donalda Mulcibera niósł się ów urągający godności instytucji popowy jazgot. Podczas przemarszu pani mecenas jeden z biednych stażystów oberwał gradowym spojrzeniem, z tych oczu ziało jadowite: kazać mu to wyłączyć, natychmiast.
— Wszystkie na niej brzmią tak samo. — Philomena powróciła do rzeczywistości i podniosła okładkę płyty, aby prześlizgnąć się wzrokiem po tytułach. — Słuchał tego samego dzień i noc. Raz za razem, w zapętleniu, hipnotyzowało go. Lecz kiedy wyłączał, wychodził i dokonywałam wglądu w jego pracę — uśmiechnęła się z dumą, jakiej nie widywało się na jej obliczu często — była bez skazy. Koronkowa, precyzyjna, o objętości takiej, że niekiedy zastanawiałam się, czy go aby trzech nie siedziało w tym transie.
Kobieta przekazała pudełko po płycie Lorien, po czym dała obu im jeden ostatni moment, aby wsłuchać się w refren piosenki.
— Coś w tym odnajdywał. Ja nie będę tego szukać. — Machnęła ręką, poddając tę beznadziejną bitwę. — Być może ty coś w tym znajdziesz. Nawet jeśli nie, poznasz rytm, w jakim formułował najświetniejsze swoje myśli. — Podniosła ramię gramofonu, jazgot ucichł, znów słyszały jedynie przygniatający szum szpitalnego oddechu wokół wymizerniałego wspomnienia drogiego mężczyzny. — Jego rytm to nie było to. — Odwróciła stanowczo głowę od łóżka. — Nie czyń go tym.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorien Mulciber (3498), Philomena Mulciber (3634)




Wiadomości w tym wątku
[07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Lorien Mulciber - 23.03.2025, 20:47
RE: [07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Philomena Mulciber - 19.04.2025, 22:42
RE: [07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Lorien Mulciber - 28.04.2025, 20:33
RE: [07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Philomena Mulciber - 08.06.2025, 23:37
RE: [07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Lorien Mulciber - 28.06.2025, 14:51
RE: [07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Philomena Mulciber - 21.07.2025, 22:52
RE: [07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Lorien Mulciber - 20.09.2025, 12:58
RE: [07.09.] Either moral or divine | Lorien & Philomena - przez Philomena Mulciber - 09.02.2026, 13:56

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa