– Oba – odparła i gdyby sytuacja nie wymagała od niej całkowitego skupienia na bardzo rannym mężczyźnie, to byłaby się odwróciła do Cathala i bardzo sugestywnie puściłaby do niego oko. Musiał sobie to jednak jedynie w jej wykonaniu obecnie wyobrazić (co znowu raczej nie było takie trudne, zważywszy ogólnie na to, jak bardzo Ginny lubiła Cathala delikatnie zaczepiać i podszczypywać właściwie odkąd zaczęli razem pracować), bo w tym momencie jej oczy zwrócone były tylko i wyłącznie na Liama, któremu z wprawą usztywniała nogę. Po zastanowieniu, dołożyła też kolejny bandaż, by mieć pewność że jego stopa i but… a w zasadzie wszystko co z tego zostało, nie spróbują odpaść gdzieś po drodze. I być może był to dobry ruch, skoro okazało się, że Tim, po pomocy ugrzęźniętemu pracownikowi, sam wszedł do dziury i najwyraźniej nadal chciał pomóc, a bał się ran.
I gdyby zobaczył nogę Liama, to pewnie zemdlałby na miejscu i musieli by mu podawać jakieś sole trzeźwiące. A tak… Jedyne co mógł zobaczyć to zabandażowana noga od połowy uda aż po sam but.
– Tak, potrzebuję. Trzeba go stąd możliwie jak najdelikatniej wyciągnąć. Nie mogę go teleportować, nie jest w stanie na teleportację – teraz dopiero się odwróciła, patrząc na Tima, ale też kątem oka na Cathala, który nadal przeklinał pod nosem – najwyraźniej pieczęci, którymi się zajmował były… cokolwiek się tam z nimi działo. – Nie bój się, zabandażowałam go, nie ma ran na wierzchu. Ale trzeba go stąd pilnie zabrać, a ja nie jestem mistrzem w translokacji. Nie jestem w tym nawet średnia. Usztywniłam mu nogę, tymczasowo powinno wystarczyć, ale muszę się nim zająć w spokoju, nie tutaj – gadała. Tim się stresował, więc gadała, żeby zająć jego uwagę i nie miał czasu zacząć panikować.
I wtedy błysnęło, łupnęło… A Guinevere zaklęła naprawdę szpetnie po arabsku.
– Zabierz go stąd! – niemalże krzyknęła do Tima, nim się pozbierała, podniosła i rzuciła do Cathala, aż klęknęła w piasku przy nim, nachylając się tak, że to nie szare niebo nad nimi widział, a ją. Napiętą, zdenerwowaną, ale jeszcze nie spanikowaną, o złotych kocich oczach o pionowych źrenicach.
– Cathal? Cal? Na Horusa, błagam, zostań tu ze mną – zaczęła gadać po arabsku, jednocześnie szukając wszelkich oznak tego, co się teraz dzialo z Shafiqiem, jak i ewentualnych ran po tym, co się stało. A nie miała pojęcia co się wydarzyło.