03.06.2025, 20:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2025, 22:14 przez Anthony Shafiq.)
Spirala myśli trzęsła nim jak galaretą, każde słowo, każde zdanie, każda myśl eksplodowała tysiącem kolejnych. Pytania Quintessy, tak niewinne w swoim wymiarze, nadkruszyły ostatecznie tamę, która i tak wcześniej była naruszona nawracającą bezsennością i koszmarami nękającymi go od niemal miesiąca. I nawet w końcu gdy znajdował ukojenie w objęciach kochanka, gdy pozwalał sobie na słodką bezmyślność i tak była ona okupiona godzinami fizycznej aktywności biegunowo odległymi od odpoczywania. Anthony Shafiq nie umiał odpoczywać, a w ostatnim czasie nie odpoczywał podówjnie.
Potrójnie.
Początkowo chciał odmwić alkoholu, ocierając twarz jedwabną chusteczką wyszywaną w błękitny kwiecisty wzór. Początkowo rozpaczliwie próbował uspokoić skołatane nerwy, by jakkolwiek uciąć temat, ale nie potrafił. Quintessa miała w sobie matczyne ciepło, o którym ledwie czytał w ksiązkach, traktując je przez wiele lat jako czczy wymysł ploretariatu, który swojąfantazją próbował nadrobić brak gotówki i możliwości. Tak uważał - dopóki jej nie poznał.
W końcu usiedli. W końcu napili się. Twarz miał już oczyszczoną, choć wciąż zaczerwienioną, podobnie z resztą jak wielkie rozmemłane oczy, nadające się tylko do melancholijnego patrzenia w dal - jak mu powiedziano ledwie kilka godzin temu.
Byłby w stanie przyjąć ze śmiechem to zdanie od każdego. Byłby w stanie odgryźć się odkuć. Każde słowo jednak wypowiedziane w jego kierunku, kłamliwa maska i prawda, w końcu prawda o tym co były przyjaciel o nim sądził... Dusza piekła od wymierzonych w nią razy.
To chwile trwało, gdy zaczynał, to znów urywał, próbując znaleźć nić, próbując znaleźć w ogóle język, gdy pierwsze zdania z jego ust popłynęły po hiszpańsku. Opamiętał się jednak, osuszył szklankę po czym podjął swoją żałosną opowieść.
– Jak wiesz, przyjaźnimy się od lat i było... było we mnie bardzo silne przekonanie droga Quintesso, że cokolwiek postanowimy, choćby to było coś jak najbardziej szalonego, to będziemy mogli na sobie polegać. Wspierać się. Stawać do bitew w ważnych dla nas sprawach. W braterstwie krwi. W...– umilkł na moment, po czym po chwili wahania dolał sobie złocistego płynu, który bardzo złudnie pomagał mu się uspokoić. Na bogów! I to w takim stanie miał odwiedzić dzisiaj Jenkins!?
– W ostatnim czasie dowiedziałem się jednak, że pan Selwyn, mój zastępca odnajduje mnie jako gnuśnego, zepsutego arystokratę, który byronowsko leżałby całymi dniami zapatrzony w bezkres oceanu, otoczoną szklanym kloszem mimozę, której nawet najlżejsze dmuchnięcie nie może zmierzwić liści. Odmówiono mi sprawczości. Odmówiono wtajemniczenia w problemy, które dla osoby, którą miałem za jedną z najbliższych memu sercu... były istotne. Były kształtujące jego życie i mogące wpłynąć nań w sposób ostateczny. – Nie dbał o to jak głupio brzmiał, nie dbał o to, że niemalże słyszał szyderstwo zza pleców, punktujące mu używanie takiej, a nie innej stylistyki, gdy sytuację mozna było zamknąć dwóch słowach.
Dwa lata
On powiedziałby: Jedenaście lat.
Nie dało się ukryć, że pewien francuski hrabia utkwił mu solą w oku, ale nie był tu po to, aby eksponować cudze tajemnice.
– Więc wczoraj odbyła się konfrontacja, gdy dołożyłem wszelkich starań, aby znalazł wyjście awaryjne. Poprowadziłem rozmowę tak, że w każdej jednej chwili mógł się odsłonić, zamiast graćdalej swoją rolę, idealnego beztroskiego jakże nielojalnego... – umilkł znów, unosząc głowę na Quintessę, zaraz jednak odwrócił wzrok, uciekając nim do ogrodów, którego piękna i tak nie mógł w pełni docenić. – To moja wina. Powinienem się domyślić. Powinienem to rozgryźć. Powinienem wiedzieć zanim dowiedziałem się inaczej. – Wrażliwe ego trzęsło się jak osika. Konflikt z Jonathanem dotykał też kwestii kontroli i przekonania, że jest się Panem Wszelkich Informacji. Nie żeby szpiegował swoich bliskich. Ale powinien wiedzieć. Zupełnie jakby patrzył i nie widział.
Potrójnie.
Początkowo chciał odmwić alkoholu, ocierając twarz jedwabną chusteczką wyszywaną w błękitny kwiecisty wzór. Początkowo rozpaczliwie próbował uspokoić skołatane nerwy, by jakkolwiek uciąć temat, ale nie potrafił. Quintessa miała w sobie matczyne ciepło, o którym ledwie czytał w ksiązkach, traktując je przez wiele lat jako czczy wymysł ploretariatu, który swojąfantazją próbował nadrobić brak gotówki i możliwości. Tak uważał - dopóki jej nie poznał.
W końcu usiedli. W końcu napili się. Twarz miał już oczyszczoną, choć wciąż zaczerwienioną, podobnie z resztą jak wielkie rozmemłane oczy, nadające się tylko do melancholijnego patrzenia w dal - jak mu powiedziano ledwie kilka godzin temu.
Byłby w stanie przyjąć ze śmiechem to zdanie od każdego. Byłby w stanie odgryźć się odkuć. Każde słowo jednak wypowiedziane w jego kierunku, kłamliwa maska i prawda, w końcu prawda o tym co były przyjaciel o nim sądził... Dusza piekła od wymierzonych w nią razy.
To chwile trwało, gdy zaczynał, to znów urywał, próbując znaleźć nić, próbując znaleźć w ogóle język, gdy pierwsze zdania z jego ust popłynęły po hiszpańsku. Opamiętał się jednak, osuszył szklankę po czym podjął swoją żałosną opowieść.
– Jak wiesz, przyjaźnimy się od lat i było... było we mnie bardzo silne przekonanie droga Quintesso, że cokolwiek postanowimy, choćby to było coś jak najbardziej szalonego, to będziemy mogli na sobie polegać. Wspierać się. Stawać do bitew w ważnych dla nas sprawach. W braterstwie krwi. W...– umilkł na moment, po czym po chwili wahania dolał sobie złocistego płynu, który bardzo złudnie pomagał mu się uspokoić. Na bogów! I to w takim stanie miał odwiedzić dzisiaj Jenkins!?
– W ostatnim czasie dowiedziałem się jednak, że pan Selwyn, mój zastępca odnajduje mnie jako gnuśnego, zepsutego arystokratę, który byronowsko leżałby całymi dniami zapatrzony w bezkres oceanu, otoczoną szklanym kloszem mimozę, której nawet najlżejsze dmuchnięcie nie może zmierzwić liści. Odmówiono mi sprawczości. Odmówiono wtajemniczenia w problemy, które dla osoby, którą miałem za jedną z najbliższych memu sercu... były istotne. Były kształtujące jego życie i mogące wpłynąć nań w sposób ostateczny. – Nie dbał o to jak głupio brzmiał, nie dbał o to, że niemalże słyszał szyderstwo zza pleców, punktujące mu używanie takiej, a nie innej stylistyki, gdy sytuację mozna było zamknąć dwóch słowach.
Dwa lata
On powiedziałby: Jedenaście lat.
Nie dało się ukryć, że pewien francuski hrabia utkwił mu solą w oku, ale nie był tu po to, aby eksponować cudze tajemnice.
– Więc wczoraj odbyła się konfrontacja, gdy dołożyłem wszelkich starań, aby znalazł wyjście awaryjne. Poprowadziłem rozmowę tak, że w każdej jednej chwili mógł się odsłonić, zamiast graćdalej swoją rolę, idealnego beztroskiego jakże nielojalnego... – umilkł znów, unosząc głowę na Quintessę, zaraz jednak odwrócił wzrok, uciekając nim do ogrodów, którego piękna i tak nie mógł w pełni docenić. – To moja wina. Powinienem się domyślić. Powinienem to rozgryźć. Powinienem wiedzieć zanim dowiedziałem się inaczej. – Wrażliwe ego trzęsło się jak osika. Konflikt z Jonathanem dotykał też kwestii kontroli i przekonania, że jest się Panem Wszelkich Informacji. Nie żeby szpiegował swoich bliskich. Ale powinien wiedzieć. Zupełnie jakby patrzył i nie widział.