• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
1 2 3 Dalej »
[08.09.1972] spodziewaj się niespodziewanego | Prudence & Cornelius

[08.09.1972] spodziewaj się niespodziewanego | Prudence & Cornelius
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#4
20.05.2025, 16:25  ✶  

Cornelius Lestrange nie był człowiekiem, który pozwalał sobie na impulsywność, a już z pewnością nie na sentymentalne uniesienia, więc nie należało, by Prudence spodziewała się usłyszeć od niego coś, poza stwierdzeniem suchego faktu, „żyjesz”, jakiekolwiek nieinternalizowane wyrazy sympatii pozostawiał na godziny spędzane poza pracą, wtedy rzeczywiście potrafił być nawet całkiem przystępny. W tej chwili znajdowali się w samym środku nieoczekiwanej klęski żywiołowej, z którą musieli radzić sobie, jak Prue raczyła uprzejmie zwerbalizować, bez żadnego planu.

Corio nie zamierzał komentować tego, jak jego podwładna skwitowała brak procedur - to była całkiem uczciwa reakcja, taka, jakiej się po niej spodziewał, choć, uczciwie rzecz ujmując, nie spodziewał się żadnej, od chwili, w której zobaczył ją stojącą w drzwiach, z oczami wbitymi w podłogę, ramionami zgarbionymi w sposób typowy dla ludzi, którzy próbują nie tyle ukryć się przed światem, co zminimalizować własną obecność w nim. Wiedział już, że cokolwiek powie, nie dotrze do niej od razu, więc jakakolwiek reakcja z jej strony, była zaskakująca. Nie zaskakująco miła, tu nie dało się używać tego słowa, ale zaskakująca.

Bletchley była tu, owszem, fizycznie, ale mentalnie mogła dryfować gdzieś pośród wspomnień, świeżych i pełnych niepokoju, pośród krwi, dymu i krzyków, których echo prawdopodobnie jeszcze długo miało szarpać nerwy tych, którzy przeżyli. Trzymała się, nie popadła w katatonię, z chwilą znalezienia się w pomieszczeniu, Cornelius uważał to za dobry omen.

Oczywiście, Lestrange nie zamierzał tego mówić na głos, ogólnie nieczęsto pozwalał sobie na komplementy, zamiast tego postanowił nie ryzykować, tylko dać Prudence jeszcze kilka chwil. Niedługo, ale wystarczająco, na uświadomienie sobie zmiany otoczenia, znalezienia się w bezpieczniejszym, bo niezupełnie bezpiecznym, miejscu, na kilka wdechów, ale oby nie na opóźnione załamanie nerwowe. Nie potrzebował tego, żeby musiał zbierać kogoś z podłogi, bo ten nie poradził sobie z przypływem emocji, nie tej nocy, gdy wszyscy byli mniej lub bardziej wystawieni na ekspozycję, w związku z tym, co się działo.

On również nie był wyjątkiem, ale różniła ich jedna zasadnicza rzecz: Cornelius nie mógł pozwolić sobie na zawahanie, nie teraz, nawet, jeśli w środku dusił go chłód, który znał dobrze - chłód obawy zamkniętej pod warstwą racjonalnych protokołów, wewnętrznego dystansu i wyuczonych odpowiedzi, za którymi chował się jak za sztywnym kołnierzem urzędowej kurtki.

Mężczyzna wysłuchał słów, które wypowiadała jego towarzyszka, niektóre do niego, inne bardziej do siebie samej, nie poprawiał jej, kiedy umniejszała własnej roli w dotarciu do Ministerstwa, nie od razu - ludzie, którzy przeżywali, zwykle nie byli gotowi przyjąć, że zrobili coś właściwego, a ich decyzje, chociaż mogły być wynikiem czystego instynktu, uratowały im życie.

- Oczywiście, że nie wrócimy dziś wszyscy. - Powiedział to bardzo cicho, ale nie, jakby dopiero teraz pozwalał sobie na ten rodzaj refleksji, który wcześniej musiał tłumić, tylko raczej, jak przypomnienie czegoś, co doskonale wiedział, był tego świadomy.

Prudence była inteligentna, na pewno wiedziała, że Corio nie mówił tego tylko odnośnie pracowników Brygady Uderzeniowej i aurorów, to tyczyło się wszystkich. Ostateczny rozrachunek, bilans tej nocy, częściowo spoczywał na barkach samego Lestrange'a, który aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie miał pełnego obrazu sytuacji, natomiast decyzje, które przychodziło mu podejmować, musiał podejmować zbyt szybko, zupełnie instynktownie i na oślep, a przecież całe życie uczono go czegoś zupełnie innego - powściągliwości, analizy, chłodnego dystansu, nieufności wobec osądu, tymczasem wszystko, co budowało jego dotychczasową pozycję, rozpadło się w kilka minut. Nie istniały ład, rutyna, porządek, siatka zależności, procedury, został tylko ogień, dym i absurdalna konieczność nadawania sensu czemuś, co sensu nie miało. Tak, jak wypowiedź panny Bletchley o przypadkach, które rządziły jej losem, tej nocy.

- Nie mów, że sobie nie poradziłaś.[/b] - Rzucił cicho, bo nie byli sami, nie chciał, żeby ktokolwiek inny to usłyszał. - To, że żyjesz, znaczy, że poradziłaś sobie wystarczająco dobrze, przeżyłaś, nie uciekłaś z miasta. Doceniam to, nie przesadzaj z pokorą. Może masz więcej szczęścia, niż większość tych, których dzisiaj wyniesiemy w workach, ale w takich sytuacjach, szczęście to nie wszystko. Reszta jest nieistotna. - Dodał na koniec, chłodno, z tą specyficzną nutą, która u niego uchodziła za coś na kształt komplementu.

Przez moment mogło się wydawać, że Lestrange powie coś jeszcze, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu wypowie coś nie z obowiązku, nie z potrzeby, ale z wewnętrznego impulsu. Nie powiedział. Zmienił decyzję, to wystarczyło. Skinął tylko lekko głową, bardzo formalnie, jakby właśnie kończył dyskusję na temat przystosowania Prudence do radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych.

- Jeśli nic się wydarzy do trzeciej, nie dostaniemy poleceń z góry, prawdopodobnie będę zmuszony iść w teren, zostawiając dowodzenie tutaj w rękach Flint, z nas dwojga, lepiej poradzę sobie w terenie. - Odpowiedział po chwili, odwracając głowę w stronę papierów na stole, a w jego spojrzeniu pojawiła się ledwo uchwytna zmarszczka, coś jak cień obawy, która nie umiała się wyrazić, więc Cornelius stał ze zmarszczonym czołem, nie wiedząc, czy to nie może być ich ostatnia rozmowa. Na tej samej zasadzie, Corio nie wiedział, choć o tym nie mówił, nic odnośnie sytuacji Cynthii - tego, czy była w stanie zająć się tym, co on robił do tej pory, prawdę mówiąc, nie znali się aż tak dobrze, byli współpracownikami, ale nie na co dzień, poza tym daleko im było do bycia przyjaciółmi. Lestrange miał do Flint czysto profesjonalny szacunek i, wynikające z tego, konieczne zaufanie.

Ze strony Lestrange'a nie miało paść nic więcej. Cornelius nie zamierzał mówić, że obawia się o swój powrót, nie wie, czy wróci, to nie byłoby w jego stylu. Corio nie dramatyzował, szczególnie, że nadal czekał na posterunku. Wciąż nie dysponował pełnym obrazem sytuacji, która rozgrywała się równocześnie na kilku piętrach gmachu, w bocznych korytarzach, windach, a nawet, jak się domyślał, w samym sercu Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.

To nie było tak, że Cornelius nie przewidział możliwości ataku, choć szczerze mówiąc, bardziej spodziewał się błędu proceduralnego albo zwykłej paniki niż celowego rzutu czarnomagicznym zaklęciem w środku departamentu, w pomieszczeniu, gdzie najniebezpieczniejszym, co zazwyczaj się wydarzało, była niezgodność danych w rejestrze zgonów i konieczność grzebania w kartotekach sprzed trzech dekad.

A jednak, gdy rozwarły się z hukiem drzwi zaplecza, niosąc ze sobą falę powietrza przesyconego potem, kurzem i niepokojem, i gdy Barnaby, ich kolega, ostatnio o coraz bardziej nerwowym spojrzeniu, co powinno być niepokojące, ale nie było, wykrzyczał swoje oskarżenie, zanim wypowiedział inkantację, Cornelius miał zaledwie ułamek sekundy na reakcję. Ułamek niewystarczający.

Lestrange nie był amatorem, ale i nie był w stanie przewidzieć ataku, nie tutaj, nie od człowieka, który jeszcze chwilę wcześniej miał być jego pracownikiem, częścią struktury, ogniwem w łańcuchu. Zdążył zaledwie skrzywić się lekko, jakby ktoś niechcący przewrócił filiżankę na kosztowny stolik, nie z przerażenia, nie z zaskoczenia, lecz z tym rodzajem znużonej irytacji, który przysługuje ludziom, dla których chaos nie jest nowością, a raczej naturalną konsekwencją cudzej niekompetencji.

Gdy mężczyzna poczuł, jak ognista klątwa, szybka i świszcząca, leci w niego ze złością człowieka, który nie miał już nic do stracenia, zareagował z typową dla siebie dyscypliną, prawie automatycznie, próbując odbić zaklęcie,  przekierować je tym chociaż odrobinę, zepchnąć z toru, nie dlatego, że łudził się, że da radę uniknąć zniszczeń, lecz dlatego, że tak należało postąpić, tak został wychowany, by nie ustępować. Ani przed przemocą, ani przed magią, ani przed człowiekiem, który ją właśnie rzucał.

Lestrange był już w ruchu, wyciągnięta różdżka wykreśliła w powietrzu sekwencję, która mogłaby zablokować większość zaklęć miotanych z impetem, lecz nie tę klątwę, zaklęcie, czarnomagiczne i rzucone z bliska, przebiło się przez jego protekcje zbyt łatwo, bardzo gwałtownie, jakby świat postanowił zadrwić z całej tej szlachetnej fasady Corio, z jego rodowego nazwiska, z czystej krwi, z bycia członkiem klubu pojedynków i z całej tej iluzji, że kontrola nad sytuacją to, w jego przypadku, rzecz trwała i niepodważalna. Mężczyzna zdołał tylko obrócić się nieco w bok, przez co czar nie trafił go centralnie w tors, a przeciął skosem lewe ramię i fragment klatki piersiowej, wypalając w czarnym materiale haftowane emblematy. Jego koszula, wykonana z tradycyjnej, ręcznie tkanej wełny, podarta, osmolona, bezceremonialnie przylgnęła do przedramion, wierzchni kitel, też czarny, załopotał jak sztandar po przegranej bitwie, kiedy ciało Lestrange'a zareagowało opóźnionym odruchem, cofając się półkrokiem, ni to z niedowierzania, ni to z nagłego impulsu obronnego, który i tak nie mógł już niczego cofnąć, ale przynajmniej uchronił go przed upadkiem.

Cornelius oparł się o ścianę, utrzymał się na nogach, choć kolana ugięły się z wyraźnym oporem, osmolony materiał szaty odpadł od jego ramienia w kruchych fragmentach, a zapach przypalonego włosa, jego własnego, wżerał się w nozdrza jak gorzkie przypomnienie o niedoskonałości systemów zabezpieczeń, którym za bardzo Lestrange zaufał. Stał tak, przez moment, całkiem nieruchomy, jakby jego ciało potrzebowało odrobiny więcej czasu, by pojąć, co się wydarzyło, próbowało dogonić rzeczywistość, która właśnie wybuchła mu prosto w twarz. Powietrze jeszcze drgało od energii zaklęcia, dziwnego, intensywnego, naznaczonego piętnem czarnej magii, choć prymitywnej, brutalnej, nie tyle finezyjnej, co wściekłej, zrodzonej z chaosu i nienawiści. Nie było w niej zimnej kalkulacji Śmierciożerców, nie było też precyzji zabójcy, tylko dzika, toporna furia. Trafiło go, nie zdążył go odbić, choć zareagował, różdżka uniosła się niemal natychmiast, ale wszystko zadziało się zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Klątwa objęła go, jak płomień, szaty nadpaliły się na piersi i ramieniu, gorące powietrze buchnęło mu w twarz, włosy przy skroni były nadpalone i osmolone, skóra poparzona, w oczach miał łzy nie z bólu, a odruchu, tak właśnie działał ogień.

Corio nie jęknął, tylko zamknął powieki, na sekundę zbyt długo, żeby było to niezauważalne, a potem odetchnął przez zaciśnięte zęby, jakby w tym jednym krótkim geście chciał zamknąć całą swoją reakcję. Nie mógł sobie pozwolić na więcej, cierpienie było prywatne, niewidoczne, nie wolno mu było go demonstrować, nie przed ludźmi, którzy powinni na nim polegać. Poprawił się, wyprostował powoli, ignorując protest mięśni i palące uczucie gdzieś za mostkiem. Cornelius Lestrange niespecjalnie ufał uzdrowicielom, nawet byłym, którzy własną słabość demonstrowali za wcześnie, a on był uzdrowicielem, teoretycznie, teraz głównie funkcjonariuszem publicznym, ale przede wszystkim kimś, kto miał stać na nogach, kiedy reszta się sypie.

Spojrzał na Prudence, siedzącą jeszcze chwilę wcześniej w dziwnej ciszy, przygarbioną, wpatrzoną w buty, które nagle stały się całym jej światem, jedynym punktem odniesienia w rzeczywistości, która właśnie się zawaliła. Teraz stała, była zaaferowana, ściskała różdżkę. Potrzebował jej, nie jako człowieka, ale jako konkretnego elementu w strukturze, która chwiała się na granicy upadku. Sabotaż. To słowo zagnieździło się w jego głowie jak cierń. Cornelius nie pierwszy raz spotykał się z nielojalnością, ale tym razem bolało to inaczej, może dlatego, że to wydarzyło się w Ministerstwie, miejscu, które miało być ostatnim bastionem, nawet jeśli Lestrange już dawno przestał w to wierzyć. Albo może dlatego, że ktoś rzucił w niego, uważającego się za dobrego przełożonego, zaklęciem, które miało zabić. Nie przestraszyć, nie odstraszyć, nie podważyć jego pozycji, ale zabić, jak psa, jak elitę, jak „czystokrwistego skurwiela”, jak brzmiały ostatnie słowa rzucane z ust tamtego człowieka, ale Cornelius nie odniósł się do krzyku mężczyzny, do słów o elicie, o czystej krwi, o winie rodów. Miałby co powiedzieć o tym, że czystość krwi nie była żadnym gwarantem lojalności, o tym, że najbardziej skuteczny bunt przychodzi zawsze z wewnątrz, nie z zewnątrz, o tym, że sam był owocem wielopokoleniowego planu, a nie żadnego fanatyzmu, że jego funkcja nie wynikała z urodzenia, ale z kompetencji. Milczał, bo komentarz nie miał sensu.

- Nie zareagowałaś. - Odezwał się po chwili, nie krytykując, nie oskarżając, po prostu stwierdzając fakt. - Muszę wiedzieć, że jeśli coś się tu jeszcze wydarzy, nie będziesz tylko siedzieć i patrzeć na swoje buty. - Powiedział cicho, chłodno, ale nie z wyrzutem. - Jeśli zostajesz, jesteś częścią zespołu, a jeśli jesteś częścią zespołu, to monitorujesz sytuację i działasz, natychmiast. Jeśli nie jesteś w stanie, mogę cię odesłać z ewakuantami z administracji. - Ton Corio był zrównoważony, prawie beznamiętny, ale w sposobie, w jaki mężczyzna spojrzał na Prudence, było coś, co zdradzało więcej, niż wypowiadał, drobna zmarszczka między brwiami, lekko ściągnięta linia ust, nieco zbyt długie spojrzenie - wszystko to mówiło jedno. Nie był to rozkaz, raczej przypomnienie, że ich świat, ten nowy, pokrzywiony świat, nie dawał już miejsca na komfortową bierność.

Cornelius nie był zadowolony, ale nie był zawiedziony, za to właśnie potwierdził słuszność nie wysyłania Bletchley w teren, na ulice, jego wzrok spoczął na drzwiach, za którymi zniknął napastnik. Lestrange nie próbował go ścigać, miał ważniejsze rzeczy do zrobienia niż zabawa w wymierzanie natychmiastowej sprawiedliwości, wiedział, że padł ofiarą głupoty, to nie był wyrafinowany zamach, tylko akt desperacji. Napastnik, Barnaby, był nieobliczalny, być może zbyt długo wystawiony na działanie strachu, rzucił zaklęcie nie z kalkulacji, lecz z impulsu, być może nawet z psychozy, ale nie miało to większego znaczenia. Istotne było to, że Lestrange nie zareagował dość szybko, a to, w jego oczach, stanowiło poważne przewinienie. Nie zamierzał teraz analizować motywacji, był poparzony, ale nie martwy, wystarczyło, gdyby był mniej wychowany, splunąłby na podłogę i wrócił do pracy. Każdy, kto miał coś do stracenia, stawał się potencjalnym zagrożeniem, ludzie, którzy przysięgali lojalność, łamali ją, jeśli tylko ogarnął ich strach, nie było już czasu na sentymenty.

- Od tej chwili nie chcę cię widzieć w pierwszej linii, bez różdżki w pogotowiu ani bez obstawy kogoś zaufanego. - Rzucił, nie czekając na jej reakcję, bo decyzje nie potrzebowały aprobaty. - Dołączysz do zespołu triażowego zajmującego się klasyfikacją naszych, wracających z ulic, poza atrium. Jesteś zbyt rozkojarzona, by pełnić tam funkcję operacyjną. - Wydał polecenie z tą samą precyzją, z jaką podpisywał raporty sekcyjne, chłodno, rzeczowo, niemal beznamiętnie, lecz w tej beznamiętności tkwiło coś więcej, coś, co wyrażał tylko ton jego głosu, to subtelne, ledwie zauważalne zmiękczenie akcentu, które mogło sugerować, że Cornelius nie tyle wydaje jej rozkaz, ile prosi o uważność, jakiej sam teraz nie mógł sobie zagwarantować.

- Przeżyję. - Dodał po chwili, już spokojniejszym tonem, choć każdy jego mięsień zdawał się przeciwny tej decyzji. - Zabezpiecz wejście, jeśli był jeden, mogą być inni. Od teraz nie ma tu otwartego wstępu. - Nie powiedział oczywistości, że zamknięte, zabezpieczone drzwi nie dałyby zbyt wiele, bo chodziło o kogoś z ich ludzi, to było jasne. Teraz mogli uniknąć wtargnięcia kogoś z zewnątrz, bo takich ludzi, ukrytych w strukturach Ministerstwa Magii, mogło być więcej. Chciał, by kobieta nie marnowała czasu na sprawdzanie jego stanu, cokolwiek miała do zaoferowania, nie potrzebował tego teraz. Zapłonął, owszem, ale nie umierał. Odepchnął się od ściany, której przywarł po uderzeniu klątwy i ruszył przed siebie sztywnym, chwiejnym krokiem, owszem, zaciśnięta mocniej niż zwykle szczęka zdradzała ból, ale spojrzenie nie straciło nic ze swojej chłodnej ostrości. Uniósł lekko brodę, machając nią w stronę magicznego radia, które, mimo całego zamieszania, wciąż działało. - Potem poinformuj Biuro Aurorów o naruszeniu, Barnaby nie może biegać po budynku, zanim zaatakuje kogoś innego. - Wskazał brodą, bo prawa dłoń, choć sprawna, drżała minimalnie, w sposób dostrzegalny tylko dla kogoś, kto znał go dobrze, a Prudence znała Corneliusa aż nadto. - Nadaj raport, znasz procedury, ja sprawdzę zaplecze.

Nie czekał na odpowiedź, bo odpowiedź nie była potrzebna, w tej chwili, Corio potrzebował działania, nie troski, podszytej niepokojem, którą nosiła w sobie, jak przeklętą odmianę litości. Lestrange nie był obiektem litości, nie pozwalał na to, nie po to wychowywano go w tradycji, dla której każda rana była znakiem przeszłości, nie słabości. Mężczyzna odwrócił się, gdy tylko dostrzegł błysk zrozumienia w oczach kobiety, drzwi prowadzące do zaplecza wciąż kołysały się  w zawiasach, sztywnym krokiem przekroczył próg, trzymając różdżkę nisko, ale stabilnie, jak uczono go w latach szkolnych, kiedy dyscyplina magiczna była jeszcze częścią etosu, nie koniecznością, jaką dyktował kryzys. Wystarczyło kilka kroków, by Lestrange go dostrzegł, w półcieniu, między regałami z dokumentami a skrzyniami, Malik, wysoki, niezgrabny, wiecznie rozkojarzony, leżał na ziemi, ale żył. To było widać, gołym okiem, klatka piersiowa poruszała się minimalnie, ledwie dostrzegalnie, ale wystarczająco regularnie, by Cornelius mógł uznać, że zaklęcie nie było śmiertelne, miało go tylko wyeliminować, nie zniszczyć - Barnaby potrzebował czasu, przewagi, efektu zaskoczenia, nie chciał zabić kolegi - mężczyzna przeszedł powoli obok regału, zostawiając na nim czarne smugi z osmolonego rękawa, który zaczynał już przyklejać się do skóry, wiedział, że trzeba będzie go później zdjąć ostrożnie, może nawet wyciąć, ale nie teraz, w tej chwili zatrzymał się kilka kroków od nieruchomego ciała i zmrużył oczy, pozwalając, by wzrok przesunął mu się po pomieszczeniu w długim, uważnym spojrzeniu.

- Petryfikacja pełna, oddycha, żyje. - Powiedział półgłosem, sam do siebie, wyjął różdżkę, wycelował ją w Malika, ale nie próbował go odczarować. Nie dotknął kolegi, nie miał pewności, jakiego rodzaju zaklęcie go spetryfikowało, czy było to coś standardowego, czy może wzmocniona wersja czarnej magii, której rozproszenie mogło pociągnąć za sobą komplikacje. - Skurcz powieki, drobne drgnięcie podbródka, bez widocznych obrażeń fizycznych, równomierny oddech. Prawdopodobnie atak z zaskoczenia. - Odetchnął przez zaciśnięte zęby.

Corio wrócił do wyjścia szybciej, niż można było się spodziewać, wiedział, że zostawianie Prudence samej, mimo jej profesjonalizmu, nie było ruchem idealnym, ale ufał jej dość, by przypuszczać, że wykona polecenie, ktoś już wie o tym, że człowiek z ich zespołu przeszedł na drugą stronę, wewnątrz Ministerstwa czai się zdrada, to był sąd, oskarżenie, symboliczne spalenie przedstawiciela klasy, która miała nigdy nie paść. Lestrange wiedział, że jego nazwisko działało, jak płachta na byka, był częścią twarzy systemu, który inni chcieli rozmontować, ale to nie był jego błąd, on tylko nosił dziedzictwo, jak dotąd nosił je z godnością. Zatrzymał się w progu pomieszczenia, spojrzał na Prudence, ciało go bolało, ale ignorował to z wprawą człowieka, który miał w życiu do czynienia z trudniejszymi rzeczami niż oparzenia. Mężczyzna poprawił poły okrycia wierzchniego, choć materiał był przypalony i brzeg rękawa obkruszył się, jak zwęglony pergamin, nie zajął się sobą, jego zadanie nie zostało zakończone, dopóki Cornelius stał na nogach, nikt nie musiał powtarzać pytania, czy żyje ani pytać go o to, czy da radę. Istotne było to, że działał, Barnaby nie trafił go wystarczająco mocno, by przestał.

- Malik żyje, ale nie ruszaj go, nie dotykaj niczego w tamtej przestrzeni, to nie była klasyczna petryfikacja, nie odważyłbym się tego ruszyć bez wsparcia kogoś z urazów pozaklęciowych i łamania klątw, potrzebny jest lepszy ogląd sytuacji. - Poinformował Bletchley.


/ Leczenie, dowodzenie.
/ Wysoka stawka, skrzat półkrwi.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cornelius Lestrange (4459), Prudence Fenwick (3582)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] spodziewaj się niespodziewanego | Prudence & Cornelius - przez Prudence Fenwick - 07.05.2025, 20:09
RE: [08.09.1972] spodziewaj się niespodziewanego | Prudence & Cornelius - przez Cornelius Lestrange - 15.05.2025, 15:39
RE: [08.09.1972] spodziewaj się niespodziewanego | Prudence & Cornelius - przez Prudence Fenwick - 19.05.2025, 18:45
RE: [08.09.1972] spodziewaj się niespodziewanego | Prudence & Cornelius - przez Cornelius Lestrange - 20.05.2025, 16:25
RE: [08.09.1972] spodziewaj się niespodziewanego | Prudence & Cornelius - przez Prudence Fenwick - 26.05.2025, 23:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa