Lestrange stał pochylony przy jednym z długich, metalowych stołów sekcyjnych, nieprzystosowanym do żadnej z obecnych potrzeb, wyłączonym z funkcji, z której dotychczas słynęło to pomieszczenie, teraz służące mu za prowizoryczne centrum dowodzenia, chociaż nikt w tych murach już nie udawał, że cokolwiek da się zaplanować z wyprzedzeniem. To miał być spokojny wrześniowy wieczór, nic nie zapowiadało chaosu, który wybuchł tuż po zmroku, gdy pierwsze meldunki zaczęły pojawiać się na kanale wewnętrznym, teraz było już za późno na jakiekolwiek złudzenia. Palce Corneliusa drżały nieznacznie od nadmiaru wypitej kawy i niedoboru snu, a także od narastającej wrażliwości na bodźce, co było o tyle trudne do ignorowania, że dotychczas spokojne miejsce, teraz było zalane zimnym światłem i wypełnionych dźwiękiem nieustannie brzmiących komunikatów z Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof, dobiegających z magicznego radia z krótkofalówką przystosowaną do potrzeb służb Ministerstwa. Przez głośniczek, co rusz, dobiegały go skrawki komunikatów z terenu: „...punkt w Deptford zrównany z ziemią... brak sygnału od oddziału numer trzy... potrzebujemy wsparcia... natychmiast...”.
Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, jakim chujem dawał, jeszcze... „jeszcze” - ważne słowo, radę utrzymywać ten pierdolnik w ryzach, gdy od kilku godzin operował już niemal wyłącznie na oparach adrenaliny i, jakimś trafem, jeszcze... „jeszcze” - tak, to było bardzo ważne słowo, nie wypartego poczucia obowiązku, które nadal... „nadal” było ładnym zamiennikiem do wcześniejszego „jeszcze”, zróżnicowanie było przydatne, dobre poznawczo... sam nie wiedział, jakim cudem, nie przeszło w cynizm, choć znajdował się niebezpiecznie blisko tej granicy.
To nie był zwykły dzień, a takim powinien być, to miała być normalna zmiana, wrześniowy wieczór, nieco zbyt duszny jak na tę porę roku, ale nic, czego nie dałoby się przeczekać przy dokumentacji ciał z Essex i śmierciami, które należało wpisać w rubrykę „podejrzane, acz niekoniecznie magiczne”. Cornelius winien był siedzieć nad raportem z poprzedniego tygodnia, przeliczać proporcje eliksiru konserwującego dla nowych zbiorników chłodniczych, rozpisywać grafiki, jeszcze na brudno, na najbliższe tygodnie, bo zawsze coś tam komuś nie pasowało. A potem posypało się wszystko, co mogło...
Na początku nie wiedział, co z tym zrobić, przecież nie był uzdrowicielem na pierwszej linii, nie w tej strukturze, nie należał do szefostwa zespołu ratownictwa, pełnił inną funkcję, ale Ministerstwo zaczęło się sypać od środka szybciej, niż zdążyłby cokolwiek zaprotokołować, współpraca międzybiurowa musiała być nawiązywana w trybie awaryjnym. W teorii był koronerem, w praktyce, również uzdrowicielem, podobnie jak większość jego zespołu, rekrutowanego z ludzi, którzy znali ciało z każdej strony, nie tylko martwe, ale i umierające. Zaczął działać, komunikując się z innymi osobami na zbliżonych stanowiskach, mimo świadomości, że wciąż czekali na oficjalne rozkazy z góry. Ostatnie godziny były chaosem, zebraniem danych, rozkazów, ludzi, zasobów, większość jego zespołu była już w terenie, rozdzielona między różne miejsca. Pięć osób poszło do Świętego Mungu, cztery trafiły do grup BUM-owych na północnym brzegu, brygadziści mieli ich osłaniać, bo sytuacja, jak donosiły raporty, była bliska wybuchowi anarchii. Dwóch młodych, stażystów, wciąż w szoku, Lestrange odesłał do Atrium, żeby przynajmniej nie stali i nie patrzyli, nie dziwił go ich stan, żadne szkolenie, żaden protokół nie obejmował scenariusza, w którym całe miasto płonie, a śmierć przychodzi szybciej, niż można zdążyć ją opisać.
Pracownicy z jego zespołu, a stawiał na to, że od Cynthii Flint pewnie też, od kilku godzin nie byli już tylko badaczami przyczyn nagłych zgonów, choć w dalszym ciągu babrali się we wszechobecnej atmosferze śmierci. Wszyscy dostępni, zwłaszcza byli uzdrowiciele, na powrót przeistoczyli się w medyków, sanitariuszy, tragarzy i koordynatorów. Cornelius zdołał już wypchnąć niemal wszystkich, z wyjątkiem dwóch najświeższych narybków, którzy teraz, na zapleczu, pewnie dopinali swoje zestawy terenowe i nerwowo zerkali w stronę drzwi, gdzie mieli pojawić się autorzy albo ktoś z BUM-u, czyli ich jedyne zabezpieczenie przed tym, co kryło się za granicą strefy magicznego wyciszenia. Zamiast spokojnego wrześniowego, wieczoru miał pierdolnik, taki z pełnym przekrojem, dramatyczne wezwania, konflikty kompetencyjne, braki sprzętu, niewyspani ludzie i coraz więcej martwych oraz umierających, których nie miał kto zbadać.
Cornelius nie liczył już na nikogo, była późna godzina, ale czekał na posterunku, w razie, gdyby ktoś się jeszcze zjawił, potem musiał ruszyć sam. Kiedy usłyszał otwierające się drzwi, nie odwrócił się od razu, ale doskonale wiedział, kto to, zanim jeszcze padły słowa, te kroki były szybkie, ale kontrolowane, kobiece, lekkie, znał je. Nie odpowiedział od razu, zamiast tego spojrzał na kobietę, uważnie, zwężyły mu się źrenice, jakby nie dowierzał, że rzeczywiście przebiła się przez miasto, które przestało przypominać miasto, pokręcił głową i przeciągnął dłonią po karku, próbując odpędzić zmęczenie. Nie wyglądał, jak mężczyzna, który miał pod kontrolą jakikolwiek element tej sytuacji, ale wciąż, nie bez powodu, to do niego zwracali się wszyscy podwładni, często gęsto nie tylko oni. To Corio musiał wiedzieć, on miał mówić, gdzie mają iść, komu pomóc, kogo zostawić na dziś, na później, na nigdy.
- Żyjesz. - To nie było pytanie, tylko stwierdzenie, które zawisło w powietrzu, jak formalna fajeczka odhaczona w raporcie na temat pracowników, gdy Cornelius kiwnął głową w stronę krzeseł przy szafce z eliksirami. - Siadaj, wyglądasz, jakbyś miała się wykopyrtnąć. Wiem. - Powiedział, zanim zdążył się zastanowić, co tak właściwie powinien odpowiedzieć. - Wiem, że niełatwo się tu dostać, nie jestem ślepy, nawet jeśli ostatni raz wychodziłem z tego biura dziesięć godzin temu, wiem, co się dzieje, Prue, nie musisz mi się tłumaczyć. - Potem westchnął i przeszedł kilka kroków do biurka, na którym piętrzyły się rejestry śmierci, dziś już całkowicie bezużyteczne. Zatrzymał się, odwrócił do Prudence, jeszcze raz, tym razem śląc trudne do rozszyfrowania spojrzenie.
- Plan? - Powtórzył za Prue, tym razem nieco głośniej, z cieniem ironii, która przychodziła mu naturalnie, gdy nie wiedział, jak ukryć bezsilność, ale musiał to robić, bo inaczej wszystko wzięłoby w łeb, jego podwładni zaczęliby miotać się od ściany do ściany, od zadania do zadania, nie wiedzieliby, w co włożyć ręce i, co robić, skoro ich własny przełożony jasno dałby do zrozumienia, że on sam też tego nie wie, i że traci kontrolę - nad sobą, nad sytuacją, nad wszystkim, nie mógł sobie na to pozwolić. - Plan jest taki, że w tym momencie robimy wszystko, co możemy - i nie mamy, kurwa, ani zalążka cienia pojęcia, czy to cokolwiek zmienia - ale tego nie dodał, jeszcze nie było z nim tak źle, żeby pomyślał o tym, by przelewać wątpliwości na ludzi, którzy sami mieli ich dużo, potrzebując jasnych, przejrzystych komunikatów z jego strony, a nie napędzania nerwów. Nie patrzył na Prudence, gdy mówił ostatnie słowa, wypowiadał się do ściany, do biurka, do siebie samego, potrzebował jeszcze momentu, by odłożyć na bok wszystko, czego nie mógł teraz czuć, bo to nie był czas na emocje, nie wtedy, gdy wszystko, co znali, stało się tłem dla jęków rannych i trzasku zawalających się domów.
Corio potrząsnął głową, chwilę później, już sięgał po jeden z rejestrów, zawilgocony od potu jego dłoni, ale czysty, dzięki naprędce rzuconemu zaklęciu odpychającego popiół, który przedostał się do środka, nawet przez magiczne zabezpieczenia.
- Przydzieliłem już większość z nas do jednostek pogotowia magicznego, prawie wszyscy poszli w teren, mam dwójkę, która za chwilę rusza na południe, Malik i Barnaby, są na zapleczu, kompletują sprzęt, zaraz mają ruszyć, jak tylko dotrze ekipa osłonowa z Biura Aurorów. Eskorta miała być piętnaście minut temu, ale jak widać… - Urwał, zawahał się, po czym spojrzał na nią ponownie, tym razem z uwagą i jakimś rodzajem brutalnej szczerości. W oczach Corio, Prudence mogła dostrzec ocenę jej stanu, to nie była pozytywna opinia, ale Cornelius mrugnął i wrażenie zniknęło, zastąpione przez wcześniejszą minę, jaką miał przed chwilą.
- Jeśli jesteś tu z pełną świadomością tego, co dzieje się na zewnątrz i poradziłaś sobie, to znaczy, że mogę cię wysłać w teren... A to znaczy, że będziesz pracować z rannymi, a nie z martwymi. Chelsea i Battersea, stacje polowe, przy rzece, zabezpieczenie ewakuowanych, możesz iść z pozostałymi dwoma kolegami. - Nie dodał „jeśli chcesz”, był świadomy, nikt tego dzisiaj nie chciał. - Nie. - Ni stąd, ni zowąd, Corio zaprzeczył sam sobie, jeszcze zanim Prue coś powiedziała. - Nie, czekaj.
Lestrange zmrużył lekko oczy, było w nich zmęczenie i czujność, napięcie człowieka, który podejmował decyzje za innych i nie miał pewności, że którejś z nich nie będzie żałował, przesuwając wzrokiem po jej twarzy, po splątanych włosach, po pyle kołnierzu. Pokręcił głową do siebie, ledwie dostrzegalnie, bardziej z analizy, niż z zawahania.
- Nie, wiesz co... W Atrium będą potrzebne ręce. Ktokolwiek jeszcze może się teleportować albo doczłapać, ląduje tam. Czarodzieje, mugole, pewnie nawet jebane centaury, tam się zbierają, przerzucają rannych, ale nie ma już, kto ich klasyfikować, nie mają ludzi, nie ma kto się nimi zająć zanim trafią dalej. Nie mamy tam za wielu uzdrowicieli, mamy chaos, ty umiesz porządkować chaos, Prudence. Jesteś dokładna, wiesz, czego szukać. - Zawahał się. - Nie powinniśmy wszyscy iść na ulicę. Zostań tam, w środku, będą potrzebować kogoś, kto będzie wiedział, kogo ratować najpierw, jeszcze ma szansę. Kogo już nie dotykać. - Ton Cornelius się zmienił, złagodniał.
Po sali rozległ się trzask sygnalizujący konieczność odebrania komunikatu, ale Cornelius go zignorował, teraz rozmawiał z podwładną, której chyba, jednak nie, nie chciał wysyłać w teren. To było najbliżej troski, na jaką potrafił się teraz zdobyć.