15.05.2025, 08:58 ✶
Gdyby Lorien była choć odrobinę bardziej wierzącą - zapewne teraz byłby dobry moment, żeby pomodlić się do dowolnego bóstwa z ich bogatego panteonu. Ale nim zdążyła ogarnąć wzrokiem cały powolnie obejmujący Atrium chaos, została przyciągnięta do uścisku. Znała ten dotyk, zapach, choć aktualnie Anthony bardziej capił od jakiegoś dymu.
Martwiłem się.
Pewnie w każdej innej sytuacji zaśmiałaby się, oświadczając, że “no po co się martwił, przecież była z Robertem”, stanęłaby na palcach poprawiając wyjątkowo nieprofesjonalnie opadający na czoło czarodzieja kosmyk włosów, albo otarłaby smużkę popiołu jaka szpeciła jego policzek. Ale aktualnie, po prostu podniosła wzrok próbując zrozumieć co takiego dzieje się na zewnątrz.
- Antonio, non davanti alla gente… - Poprosiła cicho, natychmiast przechodząc na włoski. Nie uciekała od dotyku, ostrożnie zaciskając palce na jego koszuli, zbyt otępiała od eliksiru, żeby się bardziej przejmować tym, że byli w pracy. Ludzie. patrzyli. Ale po prawdzie… Ludzie zawsze patrzyli.
Sytuację wykorzystał dementorek, któremu z kolei wyjątkowo nie podobało się bycie zgniecionym przez jakiegoś nieuważnego typa, więc uczepił się groźnie kołnierzyka Shafiqowej koszuli. Tylko, że niestety na tym jego koncepcja ataku najwyraźniej się skończyła, bo zawisł tak, nie do końca wiedząc co robić dalej. Więc zaczął nerwowo kopać nóżkami pod płaszczykiem, sycząc i prychając płaczliwie.
- Oh dèi miei, cosa devo sopportare con te…- Westchnęła tylko, zbierając swojego podopiecznego z koszuli czarodzieja. Mordercza istotka wtuliła się w jej dłoń, po czym przemknęła jak cień w przestrzeń jej rękawa.
Otrząsnęła się z pierwszego letargu dopiero słysząc słowa kuzyna, pozwalając się przy tym odprowadzić na bok. Przy windach zaczynał kotłować się tłum pracowników.
Skinęła głową - potrzebowali zwołania Wizengamotu w tej chwili. Chociaż nie sądziła, że się to uda, jeśli Najwyższy Mag gdzieś przepadł.
- Wiemy co się dzieje z Jenkins i Samanthą? Mają ochronę? Nie możemy sobie pozwolić na zamach stanu.- Nie teraz kiedy kraj jest tak podzielony. Oparła się plecami o jedną z kolumn, zamiast na swoich towarzyszy patrząc na wypełniające się Atrium. Nie pamiętała kiedy ostatnio widziała Ministerstwo w takim stanie. Zwykle chłód marmuru i kroki urzędników układały się w znaną, przewidywalną melodię. Dzisiaj jednak echo brzmiało inaczej - było zbyt chaotyczne, zbyt nerwowe, zbyt - ludzkie. Powietrze było ciężkie, a nad ich głowami przelatywały chmurnie papierowe samolociki. Jedna z wind wydała z siebie dziwny, zgrzytliwy dźwięk, jakby buntowała się przeciw pracy.- Mówili coś o jakichś pożarach. Stażysta wspomniał o atakach śmiercioż… Czy to jest mugol?! - Ostatnie pytanie wydusiła z siebie z trudem, niedowierzając w to co widzi.
Powieka jej drgnęła. Raz. Drugi. Palce boleśnie zacisnęły się na przedramionach, gdy uświadomiła sobie, że nie, wzrok jej wcale nie myli.
Przez główne wejście dwójka brygadzistów właśnie wciągała półprzytomnego, wyraźnie poparzonego mężczyznę w ewidentnie mugolskich ubraniach. Jakimś poszarpanym swetrze. Jeansach. Może to tajniak. Próbowała uspokoić się w myślach. Może szlama.
Ale nie mogła od niego oderwać wzroku.
To się nie dzieje.
W normalnych warunkach nie miałby prawa przekroczyć progu Ministerstwa. Nie miał prawa nawet wiedzieć gdzie ono się znajduje. Poczuła jak dłonie jej drżą - ot przejaw stłumionego eliksirami rozgoryczenia i złości. Co z Kodeksem Tajności?! Co z zasadami?! To nie były przywileje. To była niewygodna konieczność, żeby ukryć to czego niemagiczni nie rozumieli! To co przez wieki próbowali zniszczyć, bo ich świat okazał się zbyt ciasny i ograniczony.
Jakim... świętokradczym, haniebnym prawem podjęto decyzję, by naruszyć każdy paragraf ochronny, każdą barierę zaklęć, każdy pieczołowicie budowany przez pokolenia mur?! Nie ma takiej sytuacji, nie ma takiego wyjątku, nie ma takiego pożaru, który mógłby to usprawiedliwić.
Zacisnęła usta w wąską kreskę, wpatrując się w pewnie bogom ducha winnego mugola z wyraźną niechęcią. To nie był przejaw dobroci. To było przejawem ignorancji i naiwności. I nie była teraz do końca pewna czy bardziej obwinia kogoś kto dopuścił do otworzenia drzwi Ministerstwa dla tych… ludzi, czy samego Voldemorta, że najwyraźniej do tego doprowadził.
// Ogrywam moją magirasistowską biurwę, której niekoniecznie się podoba, że wpuszczono do Ministerstwa mugoli.
Martwiłem się.
Pewnie w każdej innej sytuacji zaśmiałaby się, oświadczając, że “no po co się martwił, przecież była z Robertem”, stanęłaby na palcach poprawiając wyjątkowo nieprofesjonalnie opadający na czoło czarodzieja kosmyk włosów, albo otarłaby smużkę popiołu jaka szpeciła jego policzek. Ale aktualnie, po prostu podniosła wzrok próbując zrozumieć co takiego dzieje się na zewnątrz.
- Antonio, non davanti alla gente… - Poprosiła cicho, natychmiast przechodząc na włoski. Nie uciekała od dotyku, ostrożnie zaciskając palce na jego koszuli, zbyt otępiała od eliksiru, żeby się bardziej przejmować tym, że byli w pracy. Ludzie. patrzyli. Ale po prawdzie… Ludzie zawsze patrzyli.
Sytuację wykorzystał dementorek, któremu z kolei wyjątkowo nie podobało się bycie zgniecionym przez jakiegoś nieuważnego typa, więc uczepił się groźnie kołnierzyka Shafiqowej koszuli. Tylko, że niestety na tym jego koncepcja ataku najwyraźniej się skończyła, bo zawisł tak, nie do końca wiedząc co robić dalej. Więc zaczął nerwowo kopać nóżkami pod płaszczykiem, sycząc i prychając płaczliwie.
- Oh dèi miei, cosa devo sopportare con te…- Westchnęła tylko, zbierając swojego podopiecznego z koszuli czarodzieja. Mordercza istotka wtuliła się w jej dłoń, po czym przemknęła jak cień w przestrzeń jej rękawa.
Otrząsnęła się z pierwszego letargu dopiero słysząc słowa kuzyna, pozwalając się przy tym odprowadzić na bok. Przy windach zaczynał kotłować się tłum pracowników.
Skinęła głową - potrzebowali zwołania Wizengamotu w tej chwili. Chociaż nie sądziła, że się to uda, jeśli Najwyższy Mag gdzieś przepadł.
- Wiemy co się dzieje z Jenkins i Samanthą? Mają ochronę? Nie możemy sobie pozwolić na zamach stanu.- Nie teraz kiedy kraj jest tak podzielony. Oparła się plecami o jedną z kolumn, zamiast na swoich towarzyszy patrząc na wypełniające się Atrium. Nie pamiętała kiedy ostatnio widziała Ministerstwo w takim stanie. Zwykle chłód marmuru i kroki urzędników układały się w znaną, przewidywalną melodię. Dzisiaj jednak echo brzmiało inaczej - było zbyt chaotyczne, zbyt nerwowe, zbyt - ludzkie. Powietrze było ciężkie, a nad ich głowami przelatywały chmurnie papierowe samolociki. Jedna z wind wydała z siebie dziwny, zgrzytliwy dźwięk, jakby buntowała się przeciw pracy.- Mówili coś o jakichś pożarach. Stażysta wspomniał o atakach śmiercioż… Czy to jest mugol?! - Ostatnie pytanie wydusiła z siebie z trudem, niedowierzając w to co widzi.
Powieka jej drgnęła. Raz. Drugi. Palce boleśnie zacisnęły się na przedramionach, gdy uświadomiła sobie, że nie, wzrok jej wcale nie myli.
Przez główne wejście dwójka brygadzistów właśnie wciągała półprzytomnego, wyraźnie poparzonego mężczyznę w ewidentnie mugolskich ubraniach. Jakimś poszarpanym swetrze. Jeansach. Może to tajniak. Próbowała uspokoić się w myślach. Może szlama.
Ale nie mogła od niego oderwać wzroku.
To się nie dzieje.
W normalnych warunkach nie miałby prawa przekroczyć progu Ministerstwa. Nie miał prawa nawet wiedzieć gdzie ono się znajduje. Poczuła jak dłonie jej drżą - ot przejaw stłumionego eliksirami rozgoryczenia i złości. Co z Kodeksem Tajności?! Co z zasadami?! To nie były przywileje. To była niewygodna konieczność, żeby ukryć to czego niemagiczni nie rozumieli! To co przez wieki próbowali zniszczyć, bo ich świat okazał się zbyt ciasny i ograniczony.
Jakim... świętokradczym, haniebnym prawem podjęto decyzję, by naruszyć każdy paragraf ochronny, każdą barierę zaklęć, każdy pieczołowicie budowany przez pokolenia mur?! Nie ma takiej sytuacji, nie ma takiego wyjątku, nie ma takiego pożaru, który mógłby to usprawiedliwić.
Zacisnęła usta w wąską kreskę, wpatrując się w pewnie bogom ducha winnego mugola z wyraźną niechęcią. To nie był przejaw dobroci. To było przejawem ignorancji i naiwności. I nie była teraz do końca pewna czy bardziej obwinia kogoś kto dopuścił do otworzenia drzwi Ministerstwa dla tych… ludzi, czy samego Voldemorta, że najwyraźniej do tego doprowadził.
// Ogrywam moją magirasistowską biurwę, której niekoniecznie się podoba, że wpuszczono do Ministerstwa mugoli.