• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin

[08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
08.05.2025, 00:13  ✶  
Stałem oparty o balustradę przy schodach, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Sam, jak chyba wszyscy, też miałem coraz bardziej dosyć - raczej nie próbowałem tego nie okazywać. Dosyć dymu, którego zapach wdzierał się w pory skóry i przesiąkał we włókna ubrań, dosyć trzasku ognia za oknami, który coraz trudniej było ignorować, dosyć pulsującego w skroniach bólu i wspomnień, które wracały, mimo że próbowałem je odsunąć, dosyć świadomości, że oto właśnie, nie dalej niż dwie godziny temu, zaryzykowałem życie, by uratować kobietę, którą latami wyklinałem w myślach... I tego, że najpewniej zrobiłbym to znowu. Dosyć tego wszystkiego - świat się walił, dosłownie i w przenośni, a my zamiast ruszyć w cholerę z tego korytarza, staliśmy i gadaliśmy. Miałem ochotę wyjść stamtąd pierwszy, zostawić ich z ich naradą wojenną i snuciem planów na przyszłość, ale wiedziałem, że to nie jest ten moment. Alternatywnie - mógłbym przysiąc, że, jeśli jeszcze jedna osoba zacznie za moment rozważać opcje, które dawno powinny być za nami, to naprawdę sam coś wysadzę - podpalę ich własną klatkę schodową, bylebyśmy tylko się stąd ruszyli, i tak miała zapłonąć. Byłoby mnie na to stać - naprawdę - czasami cel uświęca środki, a ja nigdy przesadnie nie grzeszyłem wysokimi, idealistycznymi moralami.
Nawet w tej irytacji, w tej napiętej sytuacji, moje myśli wciąż wracały do tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Pomogłem jej, kurwa, Prudence - pomogłem jej dostać się do ministerstwa, pomogłem jej przeżyć, i gorsze w tym wszystkim było to, że zrobiłbym to znowu. Bez wahania. Nie dlatego, że była Prudence, jak sądziła reszta, tylko - no właśnie, dlaczego? Bo wyglądała, jakby nie dała rady bez wsparcia? Bo to był ktoś sprawiający znajome wrażenie, zresztą już raz wcześniej sobie pomogliśmy, więc było trzeba kontynuować tę tradycję pomocy? Bo sytuacja tego wymagała? Bo sumienie, które próbowałem latami trzymać w ryzach, znów się odezwało? Bo to był odruch, a ja byłem jebanym idiotą?
Nie dowierzałem. Po prostu... Nie. Nie to, że nie chciałem, bo przecież - do cholery - to już się stało, nie mogłem się cofnąć, nie mogłem wymazać tamtego momentu, w którym wyciągnąłem rękę, znaleźliśmy się razem w kryzysowej sytuacji, a później jeszcze pod ministerstwem... Z Prudence. Prudence. Przez cały czas, jaki spędziliśmy w drodze, myślałem, że to po prostu jakaś czarownica, która może ma znajome spojrzenie - teraz już wiedziałem, że z cieniem tamtej wersji siebie, chociaż nie z piorunami w oczach, ani nie z krzywą miną, jakby od razu miała mi wytknąć wszystko, co zrobiłem, wszystko, czego nie zrobiłem, wszystko, co powiedziałem, wszystko, czego nie powiedziałem i tak dalej - chyba to mnie zmyliło... Bo była miła - my byliśmy dla siebie mili, potrafiliśmy się dogadać, tak od razu, bez problemu.
To było jak uderzenie.
- Mosze pszestaniemy piepszyś i wlescie pójsiemy? - Mruknąłem pod nosem, może nie aż tak cicho, jak zamierzałem - coraz bardziej czułem, że powinniśmy już dawno spierdalać, bo ogień nie czekał, i nie zamierzał się łaskawie wycofać tylko dlatego, że nie umiemy się dogadać.
Dom na wsi, letnia rezydencja Ursuli - może nie była to najlepsza opcja na dłuższą metę, ale krótkoterminowo przynajmniej miała sens. Nie aż tak daleko od Londynu, w zakresie teleportacji, więc mogliśmy być w stanie mieć na oku wszystko, co się dzieje, ale na tyle daleko, żeby nie siedzieć w samym sercu tego piekła - wydawało się to jedyną sensowną możliwością w tym momencie.
- Dom na wsi... - Powiedziałem, nie podnosząc głosu, dawno tego nie robiłem z uwagi na fizyczne ograniczenia. - To najlepse loswiąsanie, nie tszeba szię głowiś, co dalej, bo Ula na pewno nas pszyjmie, posa tym zawse jeszt zolientowana, jak to ona, najłatwiej tam tszymaś lękę na pulsie. - Nie szukałem aprobaty, bo moja decyzja została podjęta, ja wiedziałem, gdzie spierdalam - nie patrzyłem, kto się zgodzi, kto prychnie, kto rzuci spojrzenie w stylu: „O, proszę, znowu się odzywa, wielki specjalista w zarządzaniu kryzysowym”. Po prostu powiedziałem to, co należało powiedzieć - to, co było cholernie logiczne. Głos miałem niższy i bardziej szepczący, niż zwykle, gardło suche od dymu i zmęczenia, ale słowa padły jasno. Nie musiałem tego rozwijać, każdy z nas wiedział, że nie chodzi tylko o bliskość geograficzną - potrzebujemy miejsca, które nie będzie oderwaną od świata norą, tylko punktem obserwacyjnym, centrum dowodzenia, jeśli w ogóle jeszcze coś takiego miało sens.
I może by na tym się skończyło, może dałoby się wreszcie ruszyć, gdyby nie ci dwoje - Astaroth i jego siostra. Geraldine. Geraldine znów coś powiedziała, tym tonem, który sprawiał, że człowiek miał ochotę wywrócić oczami aż do samego wnętrza czaszki, szczegółowo oglądając detale. Zawsze miała coś do powiedzenia, jakby miała wyłączny patent na pouczanie innych. Merlinie, czy ona musiała się odzywać przy każdej okazji, z tą swoją manierą wyższości w tonie głosu, jakby każde zdanie, które wypowiada, było ostatecznym słowem w dyskusji? Spojrzałem na Eliasa. Potrzebowałem punktu zaczepienia - jego twarz była skupiona, ale jednocześnie coraz bardziej zniecierpliwiona, jednak zachowywał opanowanie - dobrze. Przynajmniej on jeden miał jeszcze resztki rozsądku, bo Ambroise wyglądał, jakby miał zacząć kąsać jak wąż. Ton głosu, postawa, sposób, w jaki Astaroth zaciskał pięści, napięty jak struna, już niemal trzaskający na każde słowo siostry, a Geraldine unosiła brodę, z miną byłej królowej balu, która przypadkiem znalazła się w towarzystwie kwestionującym jej władcze panowanie - wszystko to działało mi na nerwy. Astaroth wbił w nią spojrzenie, jakby chciał ją fizycznie odepchnąć od siebie samym wzrokiem, Ambroise wbił je w Astarotha, chociaż to jego było zimniejsze - mroziło i odstręczało, zamiast palić... I tak oto, zamiast myśleć o ratunku, mieliśmy przed sobą rodzeństwo z gościnnym udziałem drugiej połowy demonstrujące rodzinne napięcia w wersji live from jeszcze-nie-płonąca-klatka-schodowa.
Zamknąłem oczy, walcząc z własnym gniewem, bo wiedziałem, że nie powinienem się wtrącać - to nie było moje zadanie, więc jeszcze przez chwilę stałem tam, milcząc, czując jak w ustach zbiera mi się ślina. Napięcie w pomieszczeniu rosło, a ja już nie miałem siły na te gówno. W końcu wziąłem głęboki oddech, zmusiłem się, by wypluć słowa:
- W jednym ma lasję, staly. - Powiedziałem, głosem zbyt spokojnym, żeby nie był podejrzany, cholernie świadom, że wypowiadam słowa, których nigdy nie sądziłem, że użyję. Właśnie poparłem Geraldine Yaxley. - Tamten dom faktysznie lepiej szię nadaje, nawet bioląs pod uwagę twoją pszypadłoś, to pszy tym, co szię właśnie wydaszyło… W Snowdonii moszes mieś ploblemy s... Ze wsystkim, s jakimikolwiek szeszami, wsystko bęsie szię skupiaś wokół Londynu. Lepiej byś bliszej centlum nisz zaszyś szię w Snowdonii. - Święto, proszę państwa - niebo wali się na głowę, ziemia się rozstępuje. Koniec świata, skoro moje zdanie zgadza się z jej oceną sytuacji, ale nie robiłem tego dla niej. Nie zrobiłem tego, by poprzeć kogoś takiego. Zrobiłem to, bo to była jedyna sensowna decyzja, zrobiłem to, bo... Miała rację, i kurwa, to było jeszcze gorsze... Bo nie znosiłem, kiedy ktoś taki jak ona ma rację, ale logika była nieubłagana.
- Nie s sympatii, szeby było jasne. - Dodałem z lekkim uniesieniem brwi, patrząc na Geraldine. - Ale faktysznie, w tamtym domu łatwiej bęsie ogalnąś cokolwiek, pomogę. - Skinąłem głową, jakby to miało cokolwiek zmienić, i cicho wciągnąłem powietrze. Z tyłu głowy wciąż dudniło mi pytanie, którego nie zamierzałem wypowiadać na głos: „Co dalej? Co, kurwa, dalej?” Ale nie było już czasu na pytania - nie tutaj, nie teraz. Trzeba było iść, trzeba było działać, trzeba było - jakkolwiek absurdalnie to brzmiało - jeszcze trochę pożyć.
Ruszyłem pierwszy, wymijając resztę - ktoś musiał.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2818), Astaroth Yaxley (2073), Benjy Fenwick (4414), Elias Bletchley (1859), Geraldine Greengrass-Yaxley (2460)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.04.2025, 22:10
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Benjy Fenwick - 17.04.2025, 01:16
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Astaroth Yaxley - 17.04.2025, 20:10
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Elias Bletchley - 17.04.2025, 21:43
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.04.2025, 21:32
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.04.2025, 22:24
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Benjy Fenwick - 25.04.2025, 19:58
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Astaroth Yaxley - 25.04.2025, 23:30
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Elias Bletchley - 26.04.2025, 13:53
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.04.2025, 18:34
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.04.2025, 08:14
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Benjy Fenwick - 29.04.2025, 14:34
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Astaroth Yaxley - 29.04.2025, 16:45
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Elias Bletchley - 04.05.2025, 21:47
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.05.2025, 00:38
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.05.2025, 08:53
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Benjy Fenwick - 08.05.2025, 00:13
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Astaroth Yaxley - 09.05.2025, 14:16
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - przez Elias Bletchley - 18.05.2025, 16:10

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa