Miał ją okłamywać? To nie tylko Borginowie korzystali z "usług" Stanleya, ponieważ jego druga rodzina robiła to samo. Robert namiętnie korzystał z faktu, że miał chłopca na posyłki, który już coś potrafił. Nie każdy mógł wydawać rozkazy. Ktoś musiał je też przecież wykonywać... A że akurat padło na byłego brygadzistę, cóż... tak już w życiu bywało.
- A jaki mam wybór? - zapytał retorycznie. Cynthia - na całe szczęście - nie była w jego skórze i nie musiała wiedzieć jak to jest być potomkiem tej mieszanki jaką było połączenie Borginów z Mulciberami - Wierz mi lub nie, ale chciałbym być momentami jak moi inni koledzy, którzy pochodzą z normalnych rodzin. Takich, gdzie życie wyglądało całkowicie inaczej... - pokręcił tylko przecząco głową na zakończenie swojej wypowiedzi. Życie nie rozpieszczało Stanleya Borgina. Od początku jego dni podkładało mu kłody pod nogi, a on musiał pośród nich lawirować... bo czy miał inny wybór? Mógł się tylko przewrócić i nauczyć, albo wyjść z tego cało - bez żadnego szwanku. To było proste jak budowa cepa czy 2+2.
- Gadanie... - rzucił pod nosem. Co miał jej powiedzieć? "Potrzebuje świętego spokoju, który dostanę po śmierci?" Przecież by go chyba utopiła za takie gadanie, bo już to zdążyli przerobić.
Borgin nie do końca się zgadzał ze słowami Flint. To nie była stricte jego strata, ponieważ on sam nie potrafił się do niej ustosunkować. W gruncie rzeczy była mu trochę obojętna? Gdzieś tam niby kłuła, ale w ogólnym rozrachunku nie zrobiła takiej czystki w duszy Stanleya jak śmierć Anne.
Na kolejne stwierdzenie swojej rozmówczyni, uśmiechnął się pod nosem. "Niewinne oblicze nigdy nie istniało"? Nic bardziej mylnego. Ślizgonka mogła zapomnieć, ale Ślizgon nie - wystarczyło, aby przymknął oczy, a dalej widział tę niewinną uczennicę, która nie miała prawa wiedzieć, że "zostanie zepsuta" na przestrzeni kilku kolejnych lat.
- Istniało - odparł pewnym głosem - Zapewniam, że tak właśnie było... - dodał odrobinę ciszej. Chciał coś jeszcze dorzucić, ale się powstrzymał w ostatniej chwili. W końcu kto jak kto... Ale Stanley to chyba miał prawo, aby się wypowiedzieć w kwestii istnienia tego niewinnego oblicza, które przeszło metamorfozę po części z jego zasług... i winy.
- Tu niestety nie masz racji - powrócił do tematu wyroku w zawieszeniu - To jest mój największy problem aktualnie, bo na to są dowody. Nie ma dowodów na nic innego, więc tak długo jak nie ma na to dowodów, nie jest to aż takie ważne. Uwierz mi. Wiem co mówię. Byłem jednym z nich przez dobrych kilka lat - przypomniał - Wojna może się skończyć. Mogą mnie uniewinnić w masowym akcie łaski jako zwykłego bojownika, wszak nie będą w stanie oskarżyć wszystkich... Ale za tamto... muszą mi dać wyrok. Mają dowody na tacy. Są zeznania... dlatego właśnie jest to największe zmartwienie w razie czego... - westchnął. "W razie gdybym przeżył...". Tym słowom nie było jednak dane, aby mogły zawitać w ich świecie - musiały zostać skryte w umyśle ich autora. Powód? Podobny jak wcześniej - nie mógł tego typu słów mówić w obecności Cynthii, mimo że były jak najbardziej prawdziwe i oczywiste.
- W życiu. Nie pytaj jej o nic. Nie wspominaj nawet jej imienia w mojej obecności - odparł z pewną zajadłością w głosie - Nie wiem i nie mam zamiaru na razie się nic w tej kwestii dowiadywać. Za gorący temat, aby coś przy nim węszyć czy zagadywać. Sprawa musi trochę ucichnąć - próbował to jakoś wytłumaczyć - Nie wspominaj też mojego imienia jak będziesz z nią rozmawiać. Daje Ci dobrą poradę, bo inaczej to pewnie będzie chciała Ciebie spacyfikować i dowiedzieć się pewnych rzeczy - ostrzegł. Czy Brenna była do tego zdolna? Oczywiście. Nie znał jej od dzisiaj, a nawet zdarzyło im się współpracować. Dobrze wiedział do czego była zdolna ta wariatka.
Zignorował stwierdzenie dotyczące badań. "Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie". Skoro on miał się o nią nie martwić, ona powinna była zrobić to samo. Stanley był ulepiony z wytrzymałej gliny i udawało mu się na razie spadać na cztery łapy, kiedy było to konieczne.
Podniósł swój wzrok w jej kierunku, słysząc jak się podnosi. Pokręcił tylko przecząco głową, uciekając na krótką chwilę wzrokiem kiedy się zbliżyła. Szybko jednak powrócił do jej twarzy, skupiając swoją całą uwagę na tym, co miała za chwilę powiedzieć. Nie zaprotestował też kiedy zaczęła tarmosić mu włosy - robiła to odkąd sięgał pamięcią do ich wspólnych chwil.
- Znowu to sobie robisz... bierzesz tyle na swoje barki, wyglądasz prawie jak chodząca śmierć. Mam Ci załatwić kosę, abyś mogła skompletować swój strój? - zapytał pół żartem, pół serio - Obiecaj mi jedno - wbił swój wzrok prosto w nią. Trochę jakby chciał się przebić do jej duszy - Jak już zrobisz to co musisz, odpoczniesz. Możemy się tak umówić? - zapytał, unosząc jedną z brwi do góry. Nie miał zamiaru akceptować odmowy, ale nie chciał jej też męczyć, aby mu powiedziała. Była już wystarczająco zmęczona tym wszystkim, a Borgin nie chciał jej dodatkowo zamęczać - nie miał w tym żadnego interesu, a nawet jakby miał, nie mógłby jej tego zrobić.
Wszechobecna cisza była na swój sposób błogosławieństwem. Z drugiej zaś strony nie pozwalała na klasyczną zagrywkę, która głosiła - "mówiłaś coś? Ups... Nie usłyszałem". Ta karta musiała zostać ponownie wtasowana do talii, ponieważ nie miała użycia tutaj. Nie w tym rozdaniu.
- Szczerze? - odwrócił się w jej kierunku - Powinienem zniknąć i przestać się do Ciebie odzywać. Każde spotkanie czy wiadomość, to tylko niepotrzebne ryzyko, które spada na Twoje barki, a Ty już masz wystarczająco kłopotów na swojej głowie. Nie uratujesz całego świata jeżeli będziesz musiała żyć ze świadomością, że wiesz coś, co chcą usłyszeć koledzy i koleżanki z biura Aurorów... Że wiesz gdzie spędza czas Stanley Borgin i gdzie można go złapać... - ciężko westchnął - A ja jestem ostatnią osobą, która chciałaby, abyś miała w tym życiu jeszcze trudniej. Naprawdę - mówił spokojnym głosem - Więc nie wiem co zamierzam teraz zrobić. Pewnie poczekać na rozwój wydarzeń, nie wychylając się za bardzo ze swojej kryjówki, aby nikogo nie narażać. Ani siebie, ani moich współpracowników, ani byłych towarzyszy z Ministerstwa
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972