05.05.2025, 08:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.05.2025, 08:22 przez Lorien Mulciber.)
Krzywe interesy, huh?
Uśmiechnęła się niewinnie, jakby nie dowierzała, że ktoś z Wizengamotu mógłby być uwikłany w jakieś krzywe akcje. No bo jak to tak… Stać na służbie ochronie prawa i robić nielegalne biznesy na boku? Oburzające! Nie. Komu jak komu Lorien wyjątkowo zależało na utrzymaniu istniejącej polityki finansowej kraju, ze wszystkimi jej lukami prawnymi.
Ale teraz mieli inne problemy.
Przezornie, gdy tylko Robert otworzył drzwi do gabinetu, czarownica machnęła różdżką, zagarniając resztę swoich demonicznych pociech z powrotem pod szklaną gablotę. Ostatnie czego potrzebowali o tej godzinie to masowa ucieczka strażników z więzienia. Nawet jeśli miniaturowych. Nawet jeśli z makiety.
Jedynie jej pieszczoszek nadal siedział wtulony w zagłębieniu między szyją, a ramieniem czarownicy, prychając i sycząc gniewnie na stażystę, który stanął w progu gabinetu.
Cmoknęła, łaskocząc wredną, ewidentnie magirasistowską (czy zaczarowane dementorki w ogóle rozumiały głęboki, wysoce skomplikowany koncept czystości krwi i sporu wynikającego zeń sporu leżącego u podstaw systemu? Absolutnie nie, ale jak to się mówi - jaka matka taka natka czy coś) dziadygę po brzuszku ukrytym pod pelerynką (o ile w ogóle takowy brzyszek posiadał).
No już, już, po co te nerwy.
Zmrużyła oczy. Harry… Harry… Biedny Harry. Taki młody, tak przeinteligentny. Szkoda, że zrodzony z takich rodziców.
Odstawiła na stół kawę. Ataki… Podpalenia… Śmierciożercy… W milczeniu spoglądała to na kuzyna to na stażystę. Nie przywykła wierzyć pierwszym lepszym mugolakom w kwestiach tak ważnych, ale ten tutaj wydawał się mocno spanikowany. To nie brzmiało jak jakiś głupi żart jaki mogli mu wyrządzić koledzy. Starając się ograniczyć drżenie rąk, zgarnęła wszystkie istotne dokumenty do szuflady biurka - jakby to teraz miało znaczenie. Ale miało - dla Lorien miało. Każda taka nieistotna rzecz miała znaczenie, gdy zajmowała jej ręce i pozwalała myśleć. Dlaczego teraz, dlaczego dzisiaj. Co z rodzicami? We Włoszech jeszcze przynajmniej przez dwa tygodnie. Alexander? Był w pracy? Powinna sprawdzić? Czy do DT dotarła informacja? Morpheus? Przygryzła wnętrze policzka. Co z Anthonym?
- Siadaj.- Poleciła ostro chłopakowi. W między czasie wyciągnęła z torebki fiolkę eliksiru na uspokojenie, ale jeśli Harry naiwnie wierzył, że to dla niego, to srogo się pomylił. Wypiła zawartość buteleczki, plus minus dwie porcje. Potrzebowała zachować trzeźwość umysłu, choć przez parę godzin. Odczekała aż usiądzie na miejscu wcześniej zajmowanym przez Roberta.- Jeśli to jest jakiś… jak to teraz młodzież mówi… prank, to lepiej przyznaj się teraz.
Chłopak skulił się, roztrzęsiony jeszcze bardziej.
- N-Nie! Przysięgam!- Wydukał.- Podobno… całe ulice płoną… Pokątna! Horyzontalna! No wszystko! N..Nie kłamię.
Jakby na potwierdzenie jego słów przez drzwi wsadziła głowę młoda dziewczyna z BUMu. Ledwo co po kursach.
- Pani Mulciber! Panie Crouch! Muszą się państwo natychmiast ewakuować! - Starała się zachować powagę i profesjonalizm, ale widać było po niej roztrzęsienie.- Londyn został zaatakowany!
Jak szybko się pojawiła, tak szybko uciekła. Lorien wreszcie podniosła się z krzesła, biorąc swoją różdżkę i torebkę. Dementorek wtulił się mocniej w jej szyję próbując nie spaść.
- Harry, mój złoty chłopcze... - Głos Lorien wybrzmiał nagle bardziej słodką nutą. Jak zawsze, kiedy czegoś od kogoś chciała, doskonale wiedząc, że ów ktoś nie będzie w pozycji, żeby odmówić. Podsunęła chłopakowi pod nos miseczkę karmelków.- Poczęstuj się.- Odczekała aż chłopak niepewnie weźmie jednego cukierka. Utkwił wzrok w dementorku, który... właśnie wymachiwał mu małą, trupią piąstką. A przynajmniej tak to wyglądało, bo któżby tam mógł wiedzieć, że za parę lat mugole to podłapią, a sam gest okrzyknięty zostanie mianem "Kozakiewicza" po jakimś polskim tyczkarzu. No na pewno żadne z nich. - Odpocznij tu moment, a potem… Zjedź na dół. Zajrzyj do sal Wizengamotu, w niektórych trwają posiedzenia… I upewnij się, że wiedzą też o sytuacji w Departamencie Tajemnic.
Odstawiła miseczkę z powrotem na blat biurka dopiero, gdy stażysta (wyraźnie przerażony wizją zaczepiania kogokolwiek z Departamentu Tajemnic), pokiwał niemrawo głową. Uśmiechnęła się szeroko. Zuch chłopak.
- Robercie musimy iść.- Narzuciła na ramiona swoją pelerynę, schowała różdżkę do kieszeni. Złapała kuzyna pod ramię. Nie była do końca pewna co powinni zrobić dalej, ale wpierw należało się wydostać z II piętra póki jeszcze była ku temu okazja. Kiedy zaczną tu wpadać aurorzy, BUM i pomniejsi urzędnicy… Wolała uniknąć tłoku jeśli była w stanie. Więc atrium. Atrium brzmiało jak dobry punkt wyjścia.
Z zaskakującą jak na kogoś jej gabarytów siłą, wyciągnęła Crouch’a na zewnątrz, zostawiając w środku roztrzęsionego stażystę.
// używa podwójnej porcji eliksiru na uspokojenie, w celach czysto zapobiegawczych - założyłam, że parę fiolek ma zawsze na podorędziu w pracy, bo jednak maledictusem jest od dzieciństwa, jest względnie odpowiedzialną osobą, a przewaga bogacz raczej gwarantuje, że ją na eliksiry stać.
Uśmiechnęła się niewinnie, jakby nie dowierzała, że ktoś z Wizengamotu mógłby być uwikłany w jakieś krzywe akcje. No bo jak to tak… Stać na służbie ochronie prawa i robić nielegalne biznesy na boku? Oburzające! Nie. Komu jak komu Lorien wyjątkowo zależało na utrzymaniu istniejącej polityki finansowej kraju, ze wszystkimi jej lukami prawnymi.
Ale teraz mieli inne problemy.
Przezornie, gdy tylko Robert otworzył drzwi do gabinetu, czarownica machnęła różdżką, zagarniając resztę swoich demonicznych pociech z powrotem pod szklaną gablotę. Ostatnie czego potrzebowali o tej godzinie to masowa ucieczka strażników z więzienia. Nawet jeśli miniaturowych. Nawet jeśli z makiety.
Jedynie jej pieszczoszek nadal siedział wtulony w zagłębieniu między szyją, a ramieniem czarownicy, prychając i sycząc gniewnie na stażystę, który stanął w progu gabinetu.
Cmoknęła, łaskocząc wredną, ewidentnie magirasistowską (czy zaczarowane dementorki w ogóle rozumiały głęboki, wysoce skomplikowany koncept czystości krwi i sporu wynikającego zeń sporu leżącego u podstaw systemu? Absolutnie nie, ale jak to się mówi - jaka matka taka natka czy coś) dziadygę po brzuszku ukrytym pod pelerynką (o ile w ogóle takowy brzyszek posiadał).
No już, już, po co te nerwy.
Zmrużyła oczy. Harry… Harry… Biedny Harry. Taki młody, tak przeinteligentny. Szkoda, że zrodzony z takich rodziców.
Odstawiła na stół kawę. Ataki… Podpalenia… Śmierciożercy… W milczeniu spoglądała to na kuzyna to na stażystę. Nie przywykła wierzyć pierwszym lepszym mugolakom w kwestiach tak ważnych, ale ten tutaj wydawał się mocno spanikowany. To nie brzmiało jak jakiś głupi żart jaki mogli mu wyrządzić koledzy. Starając się ograniczyć drżenie rąk, zgarnęła wszystkie istotne dokumenty do szuflady biurka - jakby to teraz miało znaczenie. Ale miało - dla Lorien miało. Każda taka nieistotna rzecz miała znaczenie, gdy zajmowała jej ręce i pozwalała myśleć. Dlaczego teraz, dlaczego dzisiaj. Co z rodzicami? We Włoszech jeszcze przynajmniej przez dwa tygodnie. Alexander? Był w pracy? Powinna sprawdzić? Czy do DT dotarła informacja? Morpheus? Przygryzła wnętrze policzka. Co z Anthonym?
- Siadaj.- Poleciła ostro chłopakowi. W między czasie wyciągnęła z torebki fiolkę eliksiru na uspokojenie, ale jeśli Harry naiwnie wierzył, że to dla niego, to srogo się pomylił. Wypiła zawartość buteleczki, plus minus dwie porcje. Potrzebowała zachować trzeźwość umysłu, choć przez parę godzin. Odczekała aż usiądzie na miejscu wcześniej zajmowanym przez Roberta.- Jeśli to jest jakiś… jak to teraz młodzież mówi… prank, to lepiej przyznaj się teraz.
Chłopak skulił się, roztrzęsiony jeszcze bardziej.
- N-Nie! Przysięgam!- Wydukał.- Podobno… całe ulice płoną… Pokątna! Horyzontalna! No wszystko! N..Nie kłamię.
Jakby na potwierdzenie jego słów przez drzwi wsadziła głowę młoda dziewczyna z BUMu. Ledwo co po kursach.
- Pani Mulciber! Panie Crouch! Muszą się państwo natychmiast ewakuować! - Starała się zachować powagę i profesjonalizm, ale widać było po niej roztrzęsienie.- Londyn został zaatakowany!
Jak szybko się pojawiła, tak szybko uciekła. Lorien wreszcie podniosła się z krzesła, biorąc swoją różdżkę i torebkę. Dementorek wtulił się mocniej w jej szyję próbując nie spaść.
- Harry, mój złoty chłopcze... - Głos Lorien wybrzmiał nagle bardziej słodką nutą. Jak zawsze, kiedy czegoś od kogoś chciała, doskonale wiedząc, że ów ktoś nie będzie w pozycji, żeby odmówić. Podsunęła chłopakowi pod nos miseczkę karmelków.- Poczęstuj się.- Odczekała aż chłopak niepewnie weźmie jednego cukierka. Utkwił wzrok w dementorku, który... właśnie wymachiwał mu małą, trupią piąstką. A przynajmniej tak to wyglądało, bo któżby tam mógł wiedzieć, że za parę lat mugole to podłapią, a sam gest okrzyknięty zostanie mianem "Kozakiewicza" po jakimś polskim tyczkarzu. No na pewno żadne z nich. - Odpocznij tu moment, a potem… Zjedź na dół. Zajrzyj do sal Wizengamotu, w niektórych trwają posiedzenia… I upewnij się, że wiedzą też o sytuacji w Departamencie Tajemnic.
Odstawiła miseczkę z powrotem na blat biurka dopiero, gdy stażysta (wyraźnie przerażony wizją zaczepiania kogokolwiek z Departamentu Tajemnic), pokiwał niemrawo głową. Uśmiechnęła się szeroko. Zuch chłopak.
- Robercie musimy iść.- Narzuciła na ramiona swoją pelerynę, schowała różdżkę do kieszeni. Złapała kuzyna pod ramię. Nie była do końca pewna co powinni zrobić dalej, ale wpierw należało się wydostać z II piętra póki jeszcze była ku temu okazja. Kiedy zaczną tu wpadać aurorzy, BUM i pomniejsi urzędnicy… Wolała uniknąć tłoku jeśli była w stanie. Więc atrium. Atrium brzmiało jak dobry punkt wyjścia.
Z zaskakującą jak na kogoś jej gabarytów siłą, wyciągnęła Crouch’a na zewnątrz, zostawiając w środku roztrzęsionego stażystę.
Koniec sesji
// używa podwójnej porcji eliksiru na uspokojenie, w celach czysto zapobiegawczych - założyłam, że parę fiolek ma zawsze na podorędziu w pracy, bo jednak maledictusem jest od dzieciństwa, jest względnie odpowiedzialną osobą, a przewaga bogacz raczej gwarantuje, że ją na eliksiry stać.