03.05.2025, 16:55 ✶
Zrobiło się ponuro. Dziwnie, bo rzuciłem okiem na okno, a tam wciąż świeciło słońce. Zresztą, nawet nie musiałem się upewniać. Promienie przebijały się przez szybę, rozświetlając wnętrze baru ciepłym światłem, które nijak nie pasowało do ciężaru zalegającego mi na klatce piersiowej.
Pogoda była piękna jak na powrót do Hogwartu... Ale my mieliśmy ten etap życia już dawno za sobą. Dopadła nas dorosłość. Taka prawdziwa – z rachunkami, ze związkami, które się rozpadały, z porankami, które śmierdziały kacem i samotnością. Miałem wrażenie, że trwa to już całe wieki. Dlatego cierpiałem katusze, gdy nie siedzieliśmy całą paczką razem, we swobodnej atmosferze, robiąc sobie jaja nawet z powietrza. To była norma. Zawsze. A teraz? Teraz było... tak, jak jest.
Miałem ochotę unieść brew w geście ironii, ale ostatecznie tylko westchnąłem. Przepiłem smutki alkoholem, a zaraz potem okadziłem wnętrze baru tytoniowym dymem. Niesamowite, jak uskrzydlało to uczucie; dym wypełniający płuca, otulający ciało od środka jak kołderka wsparcia. Byłem od tej kołderki uzależniony.
– Mam bogate wnętrze? Eliaszu, kochanie, to brzmi jak diagnoza po kolonoskopii – stwierdziłem ponuro rozbawiony. Czarny humor na czarne chwile. – Albo kiepski podryw – dodałem, wzruszając ponownie ramionami.
Zresztą, nawet po takiej bajerze mógłbym mu wpaść w ramiona, bo przecież powodem mojego wyjścia z domu nie była chęć obserwowania Eliasa Bletchleya. Powodem była cisza. Ta przejmująca, pełzająca, nienawistna cisza, która zawładnęła mieszkaniem. Nie znosiłem jej. A kiedy Pan Puszek robił wychodne albo spał sobie w kącie, mając totalnie na mnie wywalone, to kończyło się dramatem w moim wnętrzu.
Chwila... czy ja faktycznie miałem tendencje do dramatyzowania?
– A z tą psychiatrią… no cóż. Masz rację. Człowiek chce zrozumieć, co z nim nie tak, a kończy z dyplomem, kotem i pokojem pełnym cudzych wspomnień, które trzeba posegregować alfabetycznie. Moje natomiast leżą gdzieś pod łóżkiem. Z kurzu robią się im płuca – podsumowałem, tak naprawdę rozważając tę dramatyczną część swojej osobowości.
Może faktycznie miałem w sobie coś z tragicznej postaci? Z tym swoim zranionym egiem i poranionym sercem. A jeszcze Cornelius... Czasami doprowadzał mnie do szału, kiedy udawał, że pozjadał wszystkie rozumy świata. A nie pozjadał. Niestety, kiedy się uparł, nie mogłem z nim wygrać. Co najwyżej tupnąć nogą i obrazić się na resztę dnia.
I czy w naszej paczce to nie ja byłem tym od słuchania, doradzania, od to przejdzie, kochanie? Czyżby Eliasz kradł mi fuchę? Cóż... mimo wszystko postanowiłem się otworzyć. Może byłem zdesperowany? A może to alkohol już mnie zmiękczał od środka?
– Nie jestem pewien... Nie pozbierałem jeszcze tego do kupy, ale orientujesz się, jaki tryb życia prowadzę. Mogę sypiać z kim chcę, pić co chcę, robić co chcę, dmuchać ludziom w ego, a i tak zostaje mi w środku cisza. Może dramatyczna, może poetycka – nie mnie oceniać. Po prostu cicha. Jak po wybuchu, kiedy już kurz opadnie, i orientujesz się, że nikogo nie ma – wyznałem, wzdychając ciężko.
A z tym westchnięciem przyszło i przypomnienie o moich aktualnych, dzielnych towarzyszach na placu boju, zwanym barem – szklanka, papieros. Ruchy niespieszne, jakby mechaniczne. Jakbym chciał w tym wszystkim odnaleźć jakąś rytmiczną medytację. Nie patrzyłem na Eliasa. Próbowałem na półce pełnej alkoholi zobaczyć swoje wnętrze. A może duszę?
– Może tęsknię za Bettany? Choć wiem, że to bardzo zły pomysł. Po prostu... puste mieszkanie mnie frustruje. Paliłem je w wyobraźni, bo w praktyce jest zbyt wygodne, by się go pozbywać. No i mam was za sąsiadów... To pocieszające — zacząłem nawijać, chyba próbując zamazać ten moment uzewnętrznienia się. Jakby się dało wytrzeć go gumką z tablicy. Ale te litery świeciły brokatowo, może bardziej jak neony, wręcz krzyczały do Eliasa: TEN TYP SERIO JEST DRAMA QUEEN. Zwłaszcza kiedy wspomina o byłej.
Cornelius zresztą jasno mi wyperswadował, że to nie była laska dla mnie. Ale jednak... Była?
– No i znowu zrobiło się melancholijnie. Eliaszu, zamówmy koniak albo mnie przytul, zanim zaczniemy recytować poezję o przemijaniu – zawyrokowałem, chcąc nas ochronić przed najgorszym... Czyżby najgorszym, co mogło nas spotkać?
Pogoda była piękna jak na powrót do Hogwartu... Ale my mieliśmy ten etap życia już dawno za sobą. Dopadła nas dorosłość. Taka prawdziwa – z rachunkami, ze związkami, które się rozpadały, z porankami, które śmierdziały kacem i samotnością. Miałem wrażenie, że trwa to już całe wieki. Dlatego cierpiałem katusze, gdy nie siedzieliśmy całą paczką razem, we swobodnej atmosferze, robiąc sobie jaja nawet z powietrza. To była norma. Zawsze. A teraz? Teraz było... tak, jak jest.
Miałem ochotę unieść brew w geście ironii, ale ostatecznie tylko westchnąłem. Przepiłem smutki alkoholem, a zaraz potem okadziłem wnętrze baru tytoniowym dymem. Niesamowite, jak uskrzydlało to uczucie; dym wypełniający płuca, otulający ciało od środka jak kołderka wsparcia. Byłem od tej kołderki uzależniony.
– Mam bogate wnętrze? Eliaszu, kochanie, to brzmi jak diagnoza po kolonoskopii – stwierdziłem ponuro rozbawiony. Czarny humor na czarne chwile. – Albo kiepski podryw – dodałem, wzruszając ponownie ramionami.
Zresztą, nawet po takiej bajerze mógłbym mu wpaść w ramiona, bo przecież powodem mojego wyjścia z domu nie była chęć obserwowania Eliasa Bletchleya. Powodem była cisza. Ta przejmująca, pełzająca, nienawistna cisza, która zawładnęła mieszkaniem. Nie znosiłem jej. A kiedy Pan Puszek robił wychodne albo spał sobie w kącie, mając totalnie na mnie wywalone, to kończyło się dramatem w moim wnętrzu.
Chwila... czy ja faktycznie miałem tendencje do dramatyzowania?
– A z tą psychiatrią… no cóż. Masz rację. Człowiek chce zrozumieć, co z nim nie tak, a kończy z dyplomem, kotem i pokojem pełnym cudzych wspomnień, które trzeba posegregować alfabetycznie. Moje natomiast leżą gdzieś pod łóżkiem. Z kurzu robią się im płuca – podsumowałem, tak naprawdę rozważając tę dramatyczną część swojej osobowości.
Może faktycznie miałem w sobie coś z tragicznej postaci? Z tym swoim zranionym egiem i poranionym sercem. A jeszcze Cornelius... Czasami doprowadzał mnie do szału, kiedy udawał, że pozjadał wszystkie rozumy świata. A nie pozjadał. Niestety, kiedy się uparł, nie mogłem z nim wygrać. Co najwyżej tupnąć nogą i obrazić się na resztę dnia.
I czy w naszej paczce to nie ja byłem tym od słuchania, doradzania, od to przejdzie, kochanie? Czyżby Eliasz kradł mi fuchę? Cóż... mimo wszystko postanowiłem się otworzyć. Może byłem zdesperowany? A może to alkohol już mnie zmiękczał od środka?
– Nie jestem pewien... Nie pozbierałem jeszcze tego do kupy, ale orientujesz się, jaki tryb życia prowadzę. Mogę sypiać z kim chcę, pić co chcę, robić co chcę, dmuchać ludziom w ego, a i tak zostaje mi w środku cisza. Może dramatyczna, może poetycka – nie mnie oceniać. Po prostu cicha. Jak po wybuchu, kiedy już kurz opadnie, i orientujesz się, że nikogo nie ma – wyznałem, wzdychając ciężko.
A z tym westchnięciem przyszło i przypomnienie o moich aktualnych, dzielnych towarzyszach na placu boju, zwanym barem – szklanka, papieros. Ruchy niespieszne, jakby mechaniczne. Jakbym chciał w tym wszystkim odnaleźć jakąś rytmiczną medytację. Nie patrzyłem na Eliasa. Próbowałem na półce pełnej alkoholi zobaczyć swoje wnętrze. A może duszę?
– Może tęsknię za Bettany? Choć wiem, że to bardzo zły pomysł. Po prostu... puste mieszkanie mnie frustruje. Paliłem je w wyobraźni, bo w praktyce jest zbyt wygodne, by się go pozbywać. No i mam was za sąsiadów... To pocieszające — zacząłem nawijać, chyba próbując zamazać ten moment uzewnętrznienia się. Jakby się dało wytrzeć go gumką z tablicy. Ale te litery świeciły brokatowo, może bardziej jak neony, wręcz krzyczały do Eliasa: TEN TYP SERIO JEST DRAMA QUEEN. Zwłaszcza kiedy wspomina o byłej.
Cornelius zresztą jasno mi wyperswadował, że to nie była laska dla mnie. Ale jednak... Była?
– No i znowu zrobiło się melancholijnie. Eliaszu, zamówmy koniak albo mnie przytul, zanim zaczniemy recytować poezję o przemijaniu – zawyrokowałem, chcąc nas ochronić przed najgorszym... Czyżby najgorszym, co mogło nas spotkać?